18 grudnia 2015

Powódź w Chennai


Przerwa w blogowaniu trochę mi się przedłuża. Ciężko jest powrócić do regularności, zwłaszcza po zmianie stylu życia. Nie obiecując nic na przyszłość, ani nie planując, bo plany nie wychodzą, muszę jednak o tej powodzi napisać. W Chennai, gdzie obecnie mieszkam była powódź! Powódź stulecia.

W najśmielszych przypuszczeniach nie przewidywałam, że będę kiedykolwiek naocznym świadkiem czegoś takiego. Wiadomo jak to jest, zawsze się myśli, że to dotyczy innych, a nie nas. A jednak!

Słyszałam, że to niesamowicie upalne i suche miasto. Ludzie w żartach mówią, że występują tu tylko trzy pory roku - gorąca, bardzo gorąca i piekielnie gorąca. Miało tu prawie nie padać, a nawet w monsun nie należało się spodziewać zbyt wiele deszczy. 

Pogoda popsuła się już na początku października. Nagle zaczęło całymi dniami padać. Już po dwóch tygodniach deszczy sytuacja była nieciekawa. Część dróg zalana, ale powiedzmy jeszcze dało się funkcjonować. Tymczasem najgorsze miało dopiero nadejść. Po kilku dniach ulewnych deszczy, 1-wszego grudnia rozpętało się prawdziwe piekło. Zgodnie z zaleceniami mieliśmy zapasy gotowego jedzenia, wody czy mleka. Starałam się nie popadać w paranoje, ale jednak wewnętrzny niepokój coraz bardziej dławił w środku. Widząc jak na moich oczach poziom wody z minuty na minutę podnosi się niepokojąco, ciężko nie być kłębkiem nerwów, zwłaszcza gdy mieszkanie jest na parterze, a wszędzie dookoła woda, coraz więcej wody. 





Do nocy ulewa się tylko nasiliła. Nie mogłam spać, co pół godziny biegłam do okna spojrzeć co się dzieje. Gdy zobaczyłam, że woda wkracza do domku obok ogarnęło mnie niemałe przerażenie. Już po południu przygotowałam dom na katastrofę. Wszystkie rzeczy przeniosłam na najwyższe półki, zasłony zawiązałąm w supeł, dokumenty i co cenniejsze przedmioty do walizek, w pełnej gotowości na ewakuację. 

Około 3.00 nad ranem ewakuowała się biedota z sąsiadujących chatek. Najbiedniejsi zawsze cierpią w takich sytuacjach najbardziej. Dwa kilometry od naszego domu rzeka Adyar, sprawczyni zamieszania, wylała z brzegów, zalewając pół miasta i zmiatając z powierzchni ziemi slumsowe chałupy postawione tuż obok. 

Zdołałam się zdrzemnąć na 3 godziny by o 7.00 nad ranem być świadkiem zawalenia się domu obok. Licha konstrukcja nie wytrzymała i cała ściana runęła, pozbawiając dachu nad głową naszych bardzo ubogich sąsiadów. Przestało chociaż padać, ale woda zamiast się obniżać zaczęła jeszcze wzrastać. Władze otworzyły zapory na przepełnionych tamach, zmywając wszelkie nadzieje na poprawę sytuacji. 

Dopiero wyjście na ulice przedstawiło rozmiar tragedii. I tak mieliśmy mnóstwo szczęścia. Były dzielnice zalane po drugie piętro, w szpitalu zmarli ludzie, gdyż zalało generator i zabrakło prądu do podtrzymywania ich przy życiu. Nam groziło jedynie utknięcie w domu-wyspie. Nieomal zabrakło paliwa w samochodzie, a w portfelu gotówki. W całym mieście nie można było płacić kartą, ani wypłacać w bankomatach. W całym mieście nie było prądu, i w całym mieście nie działała żadna sieć komórkowa. 

Nasz dom, chyba cudem ocalał bez szwanku. Jednak stał się niczym wyspa. Wszelkie drogi dojazdowe totalnie zalane. Do tego wszystkiego już od ponad 12 godzin nie było prądu. Cała lodówka rozmrożona, telefony na wymarciu, a do tego brak sieci. Całkowite odcięcie od świata. Zupełnie nie wiedziałam co się dzieje ze znajomymi, a do tego to środek tygodnia. Co z pracą? Czy w biurze ktoś zarządził ewakuację? Zamiast od razu uciekać z Chennai naiwnie poszłam jeszcze do pracy. 












Mieszkańcy Chennai wylegli na ulice zachowując stoicki spokój i pogodę ducha, robiąc z rzeki na ulicy widowisko pełne śmiechu. Każdy motocykl czy samochód, który zdołał przedrzeć się przez wodę nie gasnąc, witali gromkimi brawami i gwizdami uznania. Powódź, to przecież też rewelacyjny powód by zrobić sobie selfie. 




W pracy nie czekało nic obiecującego. Część ludzi została na noc nie będąc w stanie dotrzeć do domu. Wygłodniali, bo jedzenie do kantyny nie dotarło, zostały im czipsy i herbatniki. Pozostawieni sami sobie, bo na miejscu nie było nikogo, kto by zarządził co dalej. Dopiero, gdy klatka schodowa zaczęła zamieniać się w wodospad, a poziom wody zbliżał do drzwi, ktoś rzucił myśl, by ewakuować się na 7-me piętro, a komputery leżące na podłodze przenieść na biurka. Dla mnie tego już było za wiele. Wiedziałam, że jeśli zaraz się stąd nie ruszę to utknę na amen. Idąc do pracy szłam w wodzie do kolan, wychodząc półtorej godziny później woda sięgała już niemal pasa. To było coś obrzydliwego! Otwarte ścieki, zmieszane z wodą. Kupy i siki, ludzkie i zwierzęce, chemikalia i nie wiadomo co jeszcze. Ochyda! Otwarte kable dryfujące pod wodą uzmysłowiły dlaczego w całym Chennai odcięto prąd. Kilka dni wcześniej ktoś zginął porażony prądem w wodzie. 

Do głównej drogi dotarłam cała mokra. Zastępy samozwańczych wolontariuszy na ulicach kierujące ruchem i udzielające wskazówek stwierdziły, że z Chennai nie da się wyjechać. Z jednej strony wylała rzeka Adyar z drugiej droga zalana jest przez jezioro. Jednak już byliśmy zdecydowani. Chcieliśmy przynajmniej spróbować. I całe szczęście, gdyż ewakuacja zakończyła się pomyślnie. Faktycznie jezioro wylało, samochód prawie zgasł - odgłosy jakie przy tym wydawał, walcząć z wdzierającą się w jego wnętrza wodą sprawiły, że stanęło mi serce. Do tego znowu z nieba lunęło, a nawet 100km w głąb lądu nadal drogi były zalewane przez okoliczne jeziora i rzeki.. 




Dopiero następnego dnia rano uzmysłowiłam sobie jakim byłam wcześniej kłębkiem nerwów, oraz jak wiele mieliśmy szczęścia. Prawdziwa tragedia dotknęła inne dzielnice Chennai. Jeszcze przez kilka kolejnych dni w mieście nie było prądu, a do sąsiadów dodzwoniliśmy się dopiero po ponad tygodniu. Ciekawe jak szybko Chennai się podniesie po tej tragedii? 


I tylko TASMAC (stanowy monopolista na sprzedaż alkoholu) nie ucierpiał, był nadal otwarty i pełen klientów.             

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...