26 marca 2015

Mangalore: TOP 3 miejsca poza miastem

Niedziele to zazwyczaj jedyny dzień wolny w Indiach, gdzie tydzień pracy trwa niestety aż 6 dni. Dlatego też, co niedziela, staramy się gdzieś wyjechać, albo zrobić coś nowego. Obydwoje dobraliśmy się tak, że uwielbiamy ciągle coś zwiedzać. Nie ma po prostu nic lepszego niż wycieczka w coraz to nowe miejsca! Ale skoro wolny jest tylko jeden dzień to co tu robić? Ruszamy więc na zwiedzanie najbliższej okolicy, a ta choć wcale szerzej nie jest znana, okazała się zaskakująco rewelacyjna. 

Ten sezon zwiedzania okolicy ogłaszam niestety za zakończony! Nadeszło już budzące grozę indyjskie lato. Warunki zewnętrzne są naprawdę ekstremalne. Nie pozostaje nic innego jak zaszyć się w domu i wspominać. A jest co! 


TOP 3 Wokół Mangalore:

1. Świątynia Karinjeshwari 


Świątynia Karinjeshwari poświęcona jest Shivie i jego żonie - bogini Parvati. Leży zaledwie 38km na wschód od miasta przy drodze zmierzającej do miasteczka - Belthangady. 


Jak całe mnóstwo świątyń w Indiach położona jest na szczycie kamiennej góry. Hinduizm, jako religia, bardzo często wybiera na miejsce kultu okolice, które nawiązują do potęgi natury i przyrody. Czci się m.in. rzeki, a gdy obok siebie jest i rzeka lub jezioro oraz potężne skały, to obecność hinduistycznych świątyń jest więcej jak pewna! 

Zdecydowaną zaletą zwiedzania gór poświęconych bóstwom jest fakt, iż wszystko jest za darmo. A ponieważ Indusi nienawidzą wręcz wysiłku fizycznego, a wspinaczka odstrasza 90% chętnych do modłów, to zazwyczaj w rezultacie otrzymujemy ciszę i spokój, tak bardzo upragnione po zbyt długim przebywaniu w hałaśliwych indyjskich miastach.



Shiva i Parwati. Nie są tutaj specjalnie piękni.



2. Świątynia Narahiri


Czyli ponownie miejsce kultu położone na skale. Znów mamy też do czynienia z Shivą. Tym razem trzeba odjechać jedynie 28km na wschód za miasto. Miejsce to, choć odrobinę mniej spektakularne, to ma większe znaczenie religijne. Stawy przy świątyni uważane są za święte. Kąpiel w nich uznaje się za szczególne błogosławieństwo. Dokonać tego można tylko w ściśle wyznaczony przez indyjski kalendarz dzień. Zazwyczaj ustalany jest on na okolice lipca. W świątyni odbywa się wówczas doroczne święto, a do zanurzenia zgłaszają się rzesze wyznawców. 





3. Fort Jalamabad

65km na wschód od Mangalore, 7km na północ od Belthangady.  

Nasza ostatnia niedzielna wycieczka w tym sezonie odbyła się do ruin Fortu Jalamabad,  który jest pozostałością po panowaniu Sułtana Tipu z Majsuru. Jakże żałuję, że nie zdecydowaliśmy się wcześniej! To miejsce jest naprawdę rewelacyjne. Teren dookoła jest w miarę płaski, aż tu nagle wynurza się niesamowicie wysoka pionowa skała, a na samym szczycie fort, a raczej to co po nim pozostało. To była prawdziwa wspinaczka, tak jak powinno być w górach. 

Zaczęło się nawet dość niewinnie, lecz z czasem było coraz gorzej. 

A jednak wyprawa w połowie marca to nie był najlepszy pomysł. Myślałam, że po drodze wyzionę ducha! Było zdecydowanie za gorąco! Tragicznie wręcz, gdzie trasa wcale nie była aż taka trudna. Polecam nagrzać piekarnik i wsadzić tam głowę, podobne wrażenia gwarantowane. Wiele osób być może nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo niesamowicie gorąco bywa w niektórych miejscach na świecie. Organizm wystawiony jest w takim momencie na prawdziwie ekstremalne wyzwania. W sytuacji, gdy ciężko jest stać i oddychać, forsowna wspinaczka nie była zbyt mądra. Wejście zajęło nam prawie 3 godziny, zejście kolejną godzinę. Wyglądałam jak szczur, czerwona na twarzy i ociekająca potem.

Po drodze ruiny i porozwalane armaty.
Schody wykute w skale.

Na południu Indii powietrze nigdy nie jest przejrzyste. Zawsze unosi się szara mgła, a dookoła oblepiająca wilgoć.










Uwielbiam w Mangalore fakt, że leży nad morzem i plaż tu nie brakuje, ale już samo miasto jest pełne górek i pagórków, a wystarczy pojechać zaledwie 30km w głąb lądu by trafić w prawdziwe góry pełne skał i skałek. I choć te okoliczne miejsca wcale nie są znane, to są piękne. Niestety choć jeszcze wielu z nich nie udało mi się odwiedzić, to wszystko wskazuje na to, iż prędko się tego nie uda nadrobić. Ruszam bowiem w inną część tego ogromnego kraju. Zostaję na południu Indii, ale będę po przeciwnej stronie półwyspu Indyjskiego. Ruszam do Chennai. 

24 marca 2015

Mangalsutra na rocznicę. Indyjskie symbole zamężnej kobiety.

Wychodząc za mąż w Indiach nie byłam jakoś specjalnie podekscytowana indyjskim ślubem, ani tutejszą kulturą. Ślub religijny w obrządku hinduistycznym w ogóle nie wchodził nawet pod uwagę. Obydwoje byliśmy temu przeciwni. Wprawdzie poglądy i osobowość trochę mi się od tego czasu zmieniły, i myślę że nawet fajnie by było wystroić się w to całe złoto, założyć jedwabne sari i brać ślub w pięknie ustrojonym kwiatami madapie (rodzaj sceny lub podestu, w którym siedzą młodzi). Te wszystkie rytuały są takie malownicze! Tylko, że zaraz przychodzi znów druga myśl. Czy na pewno byłabym gotowa brać ślub w tym obrządku tylko dlatego, że to wszystko tak ładnie wygląda? Nie, raczej nie. Zdecydowanie nie!

Nie byłam też nigdy przekonana za bardzo do noszenia tradycyjnych indyjskich symboli ślubnych. O ile mężczyzna w Indiach może czasem będzie nosił złoty pierścień, to kobieta powinna nosić na sobie cały szereg symboli. Przede wszystkim przeciwna byłam samej idei, że coś muszę. Poza tym jednak nie miałam absolutnie żadnego natchnienia i ochoty zakładać symboli, z którymi się w żaden sposób nie identyfikowałam. 

Kobieta zamężna w Indiach ozdobiona jest szeregiem elementów, które wskazują na jej stan cywilny. Uważa się bowiem, że mężatka jest szczególnie pobłogosławiona, powinna być szczęśliwa z tego faktu i to podkreślać. Jednym słowem, mężatka ma być niczym choinka, obwieszona ornamentami. Dotyczy to zwłaszcza kobiet wyznania hinduistycznego. 


Najpopularniejsze symbole zamężnej kobiety:

  • Mangalsutra

Mangal - święta, pomyślna, sutra - nić, to zdecydowanie najważniejszy symbol zamężnej kobiety w Indiach. Może ona nie nosić nic innego, ani nawet nie posiadać obrączki, ale mangalsutra musi być! Mangalsutra to naszyjnik. Wzory i rodzaje są przeróżne. Każda kasta ma jakiś swój charakterystyczny element i rodzaj designu, dlatego też mangalsutrę kupuje zawsze mąż wraz ze swoją rodziną. W końcu żona wchodzi do rodziny męża, a nie na odwrót. Zawsze zawiera ona czarne koraliki przeplatane złotem. Mangalsutrę może założyć żonie jedynie mąż, a sam moment może być odebrany jako dość intymny. Założenie naszyjnika to zdecydowanie najważniejszy element ceremonii dla panny młodej. Symbolika naszyjnika porównywalna jest do znanej nam obrączki. Kobieta nie powinna go zdejmować tak długo jak jest zamężna, aż do czasu gdy mąż np. umrze. Brak mangalsutry na szyi mężatki wywołuje w otoczeniu konsternację, a zwłaszcza osoby ze starszego pokolenia załamują ręce i lamentują, jakby stała się tragedia. W południowych Indiach mówi się na nią raczej thaali, a właściwie thaali to złota nić w naszyjniku składającym się z różnych elementów oraz złoty element zawieszki. Co więcej! Ten symbol jest tak ważny i zakorzeniony w lokalnej kulturze, że wiele kobiet wyznania np. katolickiego także nosi mangalsutrę! Podobno zawieszkę na mangalsutrze ozdobioną mają krzyżem lub wizerunkiem Jezusa. Chciałabym się przyjrzeć z bliska, czy to prawda! Póki co oczywiście byłoby mi bardzo głupio o to kogoś prosić! W kaście męża zawieszka do łańcuszka posiada zawsze dwa czerwono-pomarańczowe koraliki. W Maharastrze popularne są zawieszki z diamentami lub cyrkoniami, a w wielu innych społecznościach w Indiach zawieszka jest złota, pojedyncza, albo z dwiema złotymi kuleczkami. Sam łańcuszek zaś może być bardzo długi, niemal do pasa, średnio-długi lub króciutki. Łańcuszek tradycyjnie jest też podwójny, ale w wersji codziennej wiele współczesnych kobiet woli pojedynczy. Absolutnie wszystkie kobiety w indyjskiej rodzinie męża noszą mangalsutrę non stop. Tego się po prostu nigdy nie zdejmuje i już! 

  • Sindur
źródło: makeupandbeuty.com
Drugi najważniejszy symbol. Czerwony proszek noszony jest przez mężatki na przedziałku włosów w postaci grubej linii, albo małej kropeczki. Czerwony proszek służący do ozdabiania przedziałku nazywany jest "kumkum". Pierwszy raz sindur nakłada nowej żonie mąż podczas zaślubin. Nakładanie czerwonego sinduru na przedziałek żony przez męża bywa też codziennym, dość intymnym w swojej wymowie rytuałem pomiędzy małżonkami. Zwłaszcza że w tym społeczeństwie okazywanie sobie bliskości, czy uczucia nie jest możliwe, ani dobrze widziane, a tym bardziej gdy mieszka się w joint family (rodzinie łączonej, przede wszystkim z teściami). Większość znanych mi kobiet, nakłada sobie sindur samodzielnie. Kilka razy widziałam jak szwagierce sindur nakłada jej teściowa, a z kolei teściowej ona. Taka wymiana pomiędzy dwiema kobietami w domu. Wiele współczesnych indyjskich kobiet unika nakładania sinduru. Albo nakładają go tylko na specjalne okazje, albo jak im się przypomni. Jeśli zaś czują się zobowiązane go nosić, to często starają się nakładać jak najmniejszą, minimalną "kapkę" proszku. Gruba i długa kreska na cały przedziałek, to prędzej będzie domena kobiet np. ze wsi. Bardziej świadome osoby mają z tym proszkiem też pewien problem. Nakładany codziennie, przez lata podobno może wręcz wywoływać łysienie! W końcu nie wiadomo jakie substancje mogą być dodane do popularnego, taniego proszku. Co ciekawe, znana Indyjska marka makijażu Lakme posiada w swej ofercie także i sindur, którego opakowanie wygląda jak błyszczyk.

  • Pierścionki na palcach u stóp
źróło: kannada.boldsky.com
Dokładnie na drugich palcach, zaraz po dużym palcu. Dwa symetryczne srebrne pierścionki noszą wszystkie, bez wyjątku zamężne kobiety w rodzinie męża. Prosty srebrny pierścionek to podstawa. Przypomina ślimaczek i jest tak gruby, że wydaje się być naprawdę niewygodny w noszeniu. Pierścionki mają kobiecie przypominać by zachowywała się godnie i nie hańbiła siebie jako żony oraz rodziny męża. Ma pamiętać o swoich powinnościach i ograniczeniach wynikających z zamążpójścia. Nie wyobrażam sobie noszenia tego na co dzień! To musi być strasznie niewygodne.



  • Bindi
Bindi to ta kultowa czerwona kropka na czole indyjskich kobiet. Element drwin i kpin mojej polskiej rodziny. Jestem przez polską rodzinę bindi wręcz prześladowana. No bo jak można nosić coś tak głupiego? Noszone bindi przez indyjskie kobiety, może wprowadzić w naszych zachodnich umysłach sporo zamieszania. Tak naprawdę bowiem, noszą je także kobiety czy dziewczyny, które wcale zamężne nie są. Zwłaszcza ozdobne, czy kolorowe bindi prędzej traktuje się jako ornament, czy rodzaj biżuterii. Co więcej, zdecydowana większość wdów bindi nadal nosi, zwłaszcza tutaj na południu (tzn. nie wiem jak gdzie indziej). Przede wszystkim jest to po prostu tradycja, a w porównaniu z innymi symbolami - bindi wcale aż tak ważnym symbolem kobiety zamężnej nie jest. Nosi się z przyzwyczajenia, by podkreślić swoją przynależność do danej religii i w dużej mierze dla stylu, bo czoło bez bindi wygląda łyso. Tradycyjnie na pewno bindi symbolizowało położenie w tym miejscu "trzeciego oka", czyli znów pomyślny znak, a mężatka powinna nosić wszystko co pomyślne. 

  • Bransoletki
Za tą parę złotych bransoletek zbieram nieustanny ciąg komplementów.
Zamężna kobieta powinna dbać by zawsze być atrakcyjna dla męża, a atrakcyjna będzie gdy się ładnie przyozdobi. Noszenie bransoletek ma więc dodać jej uroku. Wedle tradycji bransoletki powinny być zawsze noszone w parach. Nie ma nic gorszego niż pojedyncza bransoletka na nadgarstku mężatki. Mnóstwo kobiet nosi je na co dzień, ale czy tylko mężatki? Wcale nie. Ten element to obecnie bardziej zwykła biżuteria niż symbol stricte małżeński. Mężatki starają się nosić, choćby delikatne, tym bardziej że wiele kobiet dostaje na ślub bransoletki z prawdziwego złota, więc grzechem byłoby je trzymać gdzieś zamknięte, choć nie zawsze udaje się o nich pamiętać, tym bardziej że większość kobiet nosi na nadgarstku też zegarek. Niemniej jednak całkiem łyse nadgarstki u mężatki nie są pomyślnym znakiem. 

  • Pierścionek ślubny (obrączka)
Także w Indiach młodzi wymieniają się na ślubie pierścionkami. Tak właśnie! Pierścionkami, a nie obrączkami. Nasze proste obrączki nie mają tutaj wzięcia, ani tradycji. Swoją obrączkę kupowałam w Indiach i muszę przyznać, że pomimo tak wielu salonów z biżuterią było to pewne wyzwanie! O ile pomału wkracza biżuteria platynowa, która jest z resztą bardzo droga, to ja chciałam klasyczną obrączkę z żółtego złota. A jeśli złoto to prędzej indyjskie ornamenty, niż prostota naszych obrączek. Oczywiście jakiś tam wybór był, ale moja obrączka faktycznie przypomina w pewnym stopniu pierścionek. Mąż swoją musiał wręcz robić na zamówienie. Mężczyźni na ślub wolą tutaj żółto-złote pierścienio-sygnety z wielkimi kamieniami. Zwłaszcza śmiesznie to wygląda, gdy kamień jest np. różowy. Sporo mężczyzn tych sygnetów też w sumie nie nosi, wychodzi więc na to że ich zmieniony stan cywilny pozostaje bez zmian w wyglądzie, podczas gdy od kobiety oczekuje się noszenia tak wielu elementów. Co jednak bardzo interesujące, to fakt że pierścionki ślubne nosi się na prawej dłoni i do tego na dokładnie tym samym palcu co w naszej polskiej kulturze!


Wśród innych symboli można też wymienić: bransoletki na kostkę, pierścionek w nosie lub kolczyki w uszach. Kobieta ma być po prostu wystrojona w biżuterię. To symbolizuje szczęście i zwiastuje pomyślność. W wielu rejonach Indii wdowy muszą się pozbyć całej biżuterii, na znak żałoby. Jednakże w kulturach południowych Indii tego zwyczaju wcale nie ma! Moja teściowa jest wdową, i jak wiele innych wdów w regionie cała aż kapie złotem, ubiera się w pstrokato-kolorowe sari, a na czole oczywiście nadal nosi bindi. Nie nosi jednak mangalsutry, ani sinduru na przedziałku, ponieważ te dwa symbole są tutaj zdecydowanie najważniejsze i wdowie nie przystają.


Byłam taka sceptyczna, a jednak na drugą rocznicę dostałam właśnie mangalsutrę. Może jeszcze nie do końca taką z prawdziwego zdarzenia, ale prawie! Skoro to mąż ją ma kupić i założyć żonie to tym razem nawet i u nas tradycji stało się za dość. Wprawdzie moja mangalsutra nie jest jeszcze złota, a jedynie pozłacana, to bardzo mi się podoba! Mam nadzieję, że trochę przetrwa, tym bardziej, że wcale nie noszę jej codziennie. Oczywiście, żeby przełamać tradycję wcale nie chciałam mangalsutry z czerwonych korali, jaką powinnam dostać wedle kasty męża. Co więcej kobiety u niego w rodzinie noszą aż 2 naszyjniki! Dopiero ten drugi składa się z tradycyjnych czarnych korali przeplatanych złotem, zawieszka jest jednak nadal z korali. Ja chciałam oczywiście taką świecącą, więc wcale nie typową. No i faktycznie dwie osoby się mnie już pytały, czy wręcz twierdziły, wskazując palcem na naszyjnik, że to kultura marathi. Trudno! Widocznie się nie znam. Ponieważ faktycznie nie wiem jaki design należy do kogo. Może kiedyś się przekonam do czerwonych korali... Póki co raczej nie. 



Co się jednak stało, że w ogóle się zgodziłam, a wręcz nalegam by mąż mi kiedyś kupił taką prawdziwą ze złota? Jakby nie było mieszkam tutaj, w tej kulturze i to jak wyglądam na pewno wysyła do ludzi sygnały. Tym bardziej, że Indusi z wyglądem zewnętrznym tak wiele łączą! Jak Cię widzą, tak Cię piszą, a strój i elementy, choćby zarostu u mężczyzn świadczą choćby o wyznaniu! Muzułmanie golą brodę w szczególny sposób, katolicy będą często nosić krzyżyk, a kobieta zamężna będzie nosić mangalsutrę. Pewne symbole noszone na sobie mogą tutaj też wiele ułatwić, lub pozwalają uzyskać większy szacunek. A kto wie, może to że będę nosić mangalsutrę pozwoli mi uniknąć jakichś nieprzyjemności? Nigdy nie wiadomo co i gdzie może się przytrafić, a jeden pomyślny symbol, który jest tak szeroko w tej społeczności rozpoznawany  nie zaszkodzi, a może pomóc.

Indyjskie symbole zamężnej kobiety nie istnieją w polskiej świadomości. Śmiało można więc zakładać mangalsutrę. I tak każdy pomyśli, że to zwyczajny naszyjnik, a póki co naszyjniki jeszcze w Polsce żadnej sensacji nie robią. Pierścionki na stopach i to do tego dwa symetryczne? Ok, niech już będzie. Ludzie lekko zrobią kwaśną minę, ale uznają to prędzej za niegroźne zboczenie. Pierścionek na dłoni? Nic prostszego! Wprawdzie design nie ten, i to przecież nie można traktować jak obrączkę, ale nosić można bez przeszkód. Bransoletki na kostkach? - wkraczamy na niebezpieczne wody! O ile noszone bez absolutnie żadnych dzwoneczków i najlepiej na jednej kostce to jeszcze jako tako przejdą. Spróbujcie za to nosić je na dwóch, a do tego z brzęczącymi dzwoneczkami! Konsternacja otoczenia murowana. Za plecami już szykują się plotki, oj nie będzie dla was litości. Sindur i bindi, czyli gorąco, bardzo gorąco! Ten element w Polsce jest absolutnie nie akceptowany. Kropka na czole? To już grozi wyzwaniem nas w twarz od czubków. Ja tutaj wcale nie żartuję. Akurat ta "kropka" wprowadza zawsze wiele śmiechu, by nie powiedzieć rechotu pełnego arogancji i drwiny. A gdy jeszcze wyjdzie na jaw, że obecnie bindi to po prostu naklejka, to już koniec. I Ty chcesz chodzić z nakleją na czole? Koniec, po Tobie! Tracisz twarz wśród rodziny i znajomych. Trzeba mieć albo stalowe nerwy, albo liczyć się z totalnym ostracyzmem. Sindur będzie za to całkowicie nie zrozumiany. Prędzej otoczenie uzna, że się skaleczyliśmy i leci nam krew, lub też że mamy jakąś inną ranę. Nakładając sindur należy się spodziewać wiecznego pytania: "Co Ci się stało w czoło?".

13 marca 2015

Shikakai - Naturalny szampon do włosów. Sekret pięknych włosów hindusek.

Jako kosmetykoholiczka lubię odkrywać w Indiach różne nowe i czasem co najmniej dziwne produkty do pielęgnacji. Tym bardziej, że tutaj nadal łatwo dostępne są różne naturalne i znane od wieków produkty. Jednym z nich jest SHIKAKAI (acacia concinna).

Shikakai, czyli "owoc dla włosów" znany jest tutaj od wieków do pielęgnacji i mycia włosów. Robi się z niego po prostu naturalny szampon. Owoce najpierw zasusza się na słońcu, a następnie mieli na proszek, który można przechowywać przez długie miesiące. Przed samym użyciem proszek rozrabia się z wodą na brązową pastę i naturalny szampon jest gotowy do aplikacji na głowę. Shikakai ma włosy umyć, ale też odżywić, sprawić że nie będą się plątały, a do tego może pomóc w zwalczaniu łupieżu i odżywić cebulki włosów. Tylko czy to naprawdę działa?

Przyzwyczajeni jesteśmy raczej do chemicznych, łatwych w użyciu i pieniących się szamponów, więc nasuwa się pytanie w jaki sposób brązowa papka ma te włosy umyć? Prędzej się wydaje, że je ubrudzi. 

  • Czysty proszek shikakai
Skoro proszek sam w sobie ma być taki genialny to oczywiście poszedł na pierwszy ogień. Pierwsze spostrzeżenie: lepiej go nie wąchać z bliska! Strasznie drażni nos. Atak kichania murowany.

Sposób użycia: proszek trzeba zmieszać z ciepłą wodą, a następnie ubić go np. trzepaczką, albo wlać do butelki i potrząsać, aż wytworzy się niewielka piana. Konsystencja powinna być lejąca, ale jednak zagęszczona. Po nałożeniu trzeba trzymać od kilku do kilkunastu minut, a jeżeli na włosy nałożony był wcześniej olej, to lepiej poczekać aż godzinę

Efekty były u mnie fatalne! A do tego syf jaki ta maź zostawiała w łazience był nie do opisania. Konsystencja raz była za gęsta i we włosach pozostały grudki proszku, więc w rezultacie musiałam myć włosy jeszcze raz. Innym razem była za wodnista i nakładając ubrudziłam całą łazienkę włącznie z sufitem - nie ma to jak zgrabność. Rezultat? Tragedia! Shikakai nie tylko myje włosy, on je myje aż za dobrze! Są tak czyste że aż pozbawione czegokolwiek. Włosy są poplątane, a do tego suche jak siano. Istny koszmar. Być może shikakai jest odpowiedni dla indyjskiego typu włosa, ale na pewno nie dla mnie. Pozbyłam się tego paskudztwa i obiecałam sobie, że nigdy więcej. Jedno jest pewne shikakai działa i to aż przesadnie dobrze. Można się jedynie pokusić o nabycie proszku w celu mieszania go z innymi składnikami (np. proszku z amli, hibiskusa, neem, bhringraj) lub też by dodać go do standardowej sklepowej maski do włosów. 

  • Meera Herbal Hair Wash Powder

Tym razem pora na dość znany w Indiach proszek do mycia Meera, który jest mieszanką różnych roślin. Shikakai jest tutaj jednym z wielu składników. Wśród innych można wyróżnić: puder ze skorupki kokosa, tulsi, kozieradkę, hibiskus, fasolkę mung, amlę, a do tego orzechy piorące.

Amla znana jest w Indiach, jako rewelacyjna roślina do włosów, zwłaszcza w postaci olejku. A do tego orzechy piorące robią to, czego zdecydowanie brakowało czystemu proszkowi shikakai - pianę!

Skład proszku Meera po lewej.
Po prawej: skład szamponu Meera.
W porównaniu z czystym shikakai używanie proszku Meera to czysta przyjemność! Wystarczy zalać proszek wodą i w moment pojawia się piana. Po nałożeniu na włosy szokujące jest wrażenie, niemal identyczne jak przy użyciu zwykłego szamponu. Całość się pieni i dość łatwo rozprowadza na włosach. Tego proszku nie trzeba też trzymać. Lepiej spłukać od razu. Trzymany zbyt długo da znów niepożądany efekt siana na włosach. Niestety także brudzi. Ponadto nie zauważyłam, by był aż tak genialny by nie trzeba było nakładać odżywki. Standardową odżywkę lepiej nałożyć od razu po spłukaniu. 

Generalnie znów pojawia się problem nadmiernego oczyszczenia i sianowatości włosów, dlatego choć ten proszek lubię, to nie używam za każdym razem. Mogę za to bardzo polecić dla osób olejujących włosy! Olej zmywa się błyskawicznie. Wystarczy umyć raz i po oleju nie ma śladu. Proszek Meera używam jedynie jeśli nakładam olej przed myciem. 

  • Szampon shikakai w kostce

Kolejna ciekawostka - Szampon w kostce niczym mydło. Ale jak to? I to w ogóle działa? Działa! Kostkę normalnie namydlam w dłoniach i przenoszę pianę na włosy. I znów uczucie jest niemalże jakbym myła zwykłym szamponem. Pieni się jednak zdecydowanie słabiej, ale absolutnie wystarczająco by umyć całe włosy. Ten szampon myje włosy, aż po spłukaniu skrzypią! Oleje też zmywa rewelacyjnie. Faktycznie rozplątuje włosy, ale nie są one niestety po myciu wystarczająco miękkie. Robią się przyjemne w dotyku dopiero po standardowym nałożeniu odżywki. Podstawowa funkcja mycia działa super, ale chyba nic poza tym.


  • Shikakai dla blondynki?

Wiele indyjskich produktów do włosów przeznaczonych jest do ciemnych włosów, a mnóstwo naturalnych składników włosy przyciemnia. Shikakai raczej włosów nie przyciemnia. Na swoich włosach absolutnie żadnej zmiany koloru nie odnotowałam. Naturalne blondynki o średnim odcieniu włosów mogą więc używać bez obaw. Nie mogę za to stwierdzić, jak to wygląda u blondynek farbowanych.

Na bazie sławy shikakai pojawiają się też zwykłe szampony, ale składnik ten pojawia się w nich w dość śladowej ilości. Jednakże przez łatwość użycia i przyzwyczajenie sięgam po nie częściej. Zwłaszcza szampon Meera z shikakai i migdałami przypadł mi do gustu. Jest naprawdę genialny. 

Dość niesamowity jest fakt, że starożytne naturalne produkty z roślin nadal używa się w Indiach jako kosmetyki pielęgnacyjne. Ciekawa jestem co w zeszłych wiekach używały do mycia włosów kobiety w Europie? U nas ta wiedza nie jest obecnie zbyt powszechna, podczas gdy w Indiach jest w ciągłym użyciu. 

12 marca 2015

Karkala Bahubali. Święto w dźynijskiej świątyni.

50km od Mangalore w miasteczku o nazwie Karkala znajduje się drugi co do wielkości w stanie Karnataka posąg Gomateshwary, znany też jako Lord Bahubali. A skoro Gomateshwara, to oznacza że mowa jest o dźinizmie. 

O tej dość mało znanej religii i o największym na świecie posągu z monolitu znajdującym się w Shravanabelagoli pisałam już wcześniej: TU

Posąg w Karkali nie jest aż tak piękny, ani ogromny, ale ma dla wyznawców bardzo duże znaczenie religijne. To własnie w Karkali odbył się w styczniu jeden z najistotniejszych dla dźinistów festiwal - Mahamasthakabhisheka (gratulacje dla kogoś, kto potrafi to wypowiedzieć za pierwszym razem). Festiwal jest wyjątkowy, ponieważ zdarza się jedynie raz na 12 lat.





To niezwykle rzadkie święto zgromadziło w miasteczku rzesze ludzi. Chociaż miałam już ostatnio dosyć i świątyń i skupisk ludzkich, to jednak skoro to tylko raz na 12 lat, wypadało by pójść. A na miejscu, jak to w Indiach, dodatkowe atrakcje. Znowu były parady uliczne. Tak naprawdę związek większości scenek z festiwalem był żaden. Ot, po prostu dodatkowa rozrywka. Naprawdę nie ma co się zbytnio zastanawiać nad znaczeniem. Były więc dinozauro-jaszczurki i smoki (w tym smok chiński, tak długi że zdjęcie nie wyszło):


Tancerze kathakali.




Lajkoniki! Czyżby lajkoniki wywodziły się z Indii? Muszę chyba zgłębić tą kwestię. 

Bahubali w miniaturze, najprawdopodobniej ze styropianu. Oraz inscenizacja ślubu.

U podnóża szał rozrywek, ale tymczasem najważniejsze były obchody w świątyni na kamiennej górze. Mahamasthakabhisheka to rytualna "kąpiel" posągu świętego. Posąg obmywany jest najpierw mlekiem, następnie namaszczany mąką ryżową, wodą kokosową i sokiem z trzciny cukrowej, wodą z kurkumą, pastą sandałową, a na koniec wodą z różnymi ziołami i płatkami kwiatów. Ostatnim elementem jest ponowne obmycie posągu wodą. Nie wnikam jaka jest celowość tych rytuałów, choć dość zastanawiające może być takie marnotrawstwo produktów spożywczych.   




Wokół Lorda Bahubali postawiono ogromną wielopiętrową platformę by dotrzeć ponad jego głowę, która będzie polewana. Zwiedzający mogli okrążyć świątynię, ale tylko wyznawcy dźinizmu mieli pozwolenie by siedzieć w centrum i czekać na rozwój wypadków.

Ogromny wieniec dla posągu.



Festiwal był w regionie bardzo szeroko reklamowany i przyciągnął tłumy. A jednak żadna reklama nie pomogła ludziom w totalnej dezinformacji. Nikt nie był w stanie określić o której godzinie nastąpi polewanie. Był już późny wieczór, zbliżała się północ i nadal nic! Ile można czekać? I choć chciałabym to polewanie zobaczyć, gdyż zdjęcia w gazecie z następnego dnia były imponujące, to nie wiem czy jeszcze kiedyś się zdecyduję. Polewanie odbyło się ostatecznie po 3 nad ranem! Dźinizm to jednak bardzo tajemnicza religia. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...