29 stycznia 2015

Car Festival - i wcale nie chodzi o samochody

W rodzinie męża są tylko dwa takie wydarzenia, które sprawiają że wszyscy biorą urlop, piszą dzieciom usprawiedliwienia do szkoły i jadą setki kilometrów w rodzinne strony. Pierwszym jest święto Ganesh Chaturthi (wtedy wolne jest ustawowo), a drugim największy festiwal w Mangalore, który to jest festiwalem obchodzonym tylko przez tą konkretną kastę - Car Festival, zwany też Kodial Teru.


Kiedy już lata temu mąż wspominał, że akurat trwa Car Festival, to oczywiście moja pierwsza myśl, że pewnie coś z samochodami, może jakieś show, albo coś w tym rodzaju. Tylko, że wspominał też coś o tym, że wujek jest ochotnikiem i codziennie chodzi do świątyni na 5.00 rano, żeby otwierać kokosy i wyskrobywać z nich biały miąższ. Ok, tylko co samochody mają do kokosów? Z małżonkiem mym jednak czasem ciężko się dogadać, bo to co dla niego jest oczywistą oczywistością, dla mnie jest prędzej czarną magią, a jako typowy chłop zdolności wysławiania się aby otoczenie dokładnie zrozumiało, miewa ograniczone.  

Car Festival znany jest w całym regionie, ale wcale nie chodzi o samochody. Car - to bowiem rydwan o specjalnej konstrukcji, z kołami na dole, pokojem dla kapłana i wizerunku boga po środku i z ogromną głową na górze. Od tych rydwanów cała ulica nazywa się Car Street. 

Car Festival, jak mnóstwo innych festiwali w Indiach jest świętem ruchomym, lokalnym i dotyczy jednej konkretnej community (kasty, społeczności) oraz jednej konkretnej świątyni. Oznacza to, że żeby świętować trzeba brać wolne, ale i tak tłumy dopisują. Większość kast ma jakieś swoje bardzo ważne święta, które koniecznie co roku trzeba zaliczyć, które wcale nie są znane osobom postronnym. Choć festiwal jest otwarty dla wszystkich, to osób spoza kasty jest zawsze tylko garstka. Być może dlatego, że jeszcze 15 lat temu osoby spoza wcale nie były mile widziane, a wchodząc do świątyni mężczyźni byli proszeni o rozebranie się z górnych warstw, żeby pokazać czy noszą nić bramińską! Przez ten czas nastąpił jednak postęp i uczestniczyć może każdy, a wszyscy są naprawdę mile widziani. 

Jeśli ktoś chciałby wziąć udział w jednym z takich lokalnych festiwali to polecam sprawdzić miejsce i daty na tej stronie: www.tdtemple.org


















O co w tym festiwalu chodzi? Przede wszystkim, jak to w Indiach, o jedzenie! Codziennie przez 6 dni w świątyni serwowane jest za darmo jedzenie. Rano spodziewać się można porrige, czyli rozgotowany ryż w wodzie, a po południu i wieczorem typowe wegetariańskie dania. Podobno wszyscy okoliczni mieszkańcy wcale nie gotują wtedy w domach, tylko chadzają kilka razy dziennie na darmową wyżerkę. 


Ochotnicy, którzy biorą udział w przygotowaniach, poprzez bezinteresowną pracę na rzecz społeczności mają się teoretycznie wzbogacać duchowo, a wierni spożywając te dania w świątyni powinni mieć na uwadze, że pokarm jest poświęcony. Tak naprawdę sens duchowy nie jest wcale za bardzo respektowany. Dla przeciętnego wyznawcy hinduizmu ważniejsze jest spędzanie czasu razem z rodziną i spotkanie raz do roku w gronie swojej kasty. Najważniejszą bowiem sprawą jest w Indiach bycie częścią community - wspólnoty. Obchodzenie świąt i powielanie rytuałów ma przede wszystkim zbliżyć ludzi do siebie, a religijność jest gdzieś na dalszym planie. Dla postronnego obserwatora może się wydawać wręcz na odwrót i hindusi zdają się być wręcz fanatykami religijnymi, ale zapytani odpowiedzą, że chodzi głównie o zbliżenie się i bycie częścią klanu. 

My także poszliśmy na darmową wyżerkę, a jak! Rok temu zabrałam nawet koleżankę z Polski, a ludzie dookoła byli zachwyceni że dwie białe siedzą i jedzą z nimi. Tutaj zawsze następuje moment konsternacji. Jedzenie jest przecież na liściach bananowca, sztućców brak. Jak one będą jeść?! Widok białych siedzących na ziemi po turecku i jedzących z liści prawą ręką sprawia, że ludzie dookoła są wręcz w siódmym niebie, a po posiłku wręcz nam gratulują i zapraszają ponownie. Sporo osób jednak tylko patrzy niczym szpieg. Rok temu wyszpiegowała nas znajoma teściowej, która od razu poszła zanieść jej relację. Mąż był tym razem widziany nie z jedną białą, ale z dwiema! I to do tego w świątyni. Istny harem!

   
Jedzenie serwują ochotnicy, a mężczyźni tradycyjnie powinni jeść bez koszulki.
Idąc na jedzenie trzeba koniecznie zabrać starą gazetę, żeby na niej usiąść, butelkę z wodą, żeby przemyć liścia i chusteczki do przetarcia. Nie zaszkodzi też płyn do dezynfekcji rąk.

Zdecydowanie też lepiej pójść w okolicach 18.00 niż 20.00, gdy tłumy robią się nieprzebrane, a ludzie tutaj niestety nie umieją stać w kolejce. Wszyscy się pchają i lecą na złamanie karku zająć miejsce, normalnie jak jakaś szarańcza! W tym roku byliśmy grupowo z rodziną właśnie wieczorem, no i niestety powiem szczerze, że w takich warunkach nigdy więcej! I choć koncept w sumie fajny, to właśnie z  tego powodu mąż przestał chodzić i nie był w świątyni aż 15 lat.

Szarańcza wpycha się do środka.
W końcu się udało wywalczyć miejsce!
Jedzenie jedzeniem, ale gdzie te car'y - rydwany? Procesja jest dopiero w dwa ostatnie dni. Najpierw tzw. Małe Teru, czyli mniejszy rydwan, a w ostatni dzień rydwan duży. Zaczyna się późno około 11.00 wieczorem, więc do tego czasu cała Car Street oblężona jest przez stragany i straganiki z przekąskami, sokami i różnymi duperelami. Ludzie siadają gdzie bądź na murkach lub chodnikach, bo innym miejsc siedzących brak.

Dla kobiet to przede wszystkim rewia mody, a Car Street jest niczym wybieg. Wszystkie zakładają lepsze sari, a z sejfów wyciągają złotą biżuterię. Na ulicy każda będzie pozostałe lustrować, a dyskusje będą dotyczyły tego komu mąż ostatnio jaką kupił biżuterię. 

Kilka godzin oczekiwania mija na plotkach i robieniu sobie selfie oraz na wklejaniu od razu zdjęć na facebooka. Przez 3 dni facebook był zawalony zdjęciami z festiwalu i zobaczyć można było kto jeszcze był, a kogo nie udało się wypatrzeć w tłumie. 

A na sam koniec w końcu procesja. Bóstwo wynoszone jest ze świątyni i obnoszone ulicą. Następnie wsadzone jest do rydwanu, a mężczyźni ciągną rydwan siłą własnych mięśni. Do tego dochodzą fajerwerki.

Drogę przed procesją oczyszcza ogień.









27 stycznia 2015

Ślub za milion, czyli z cyklu: bo kto bogatemu zabroni?

Byliśmy ostatnio znowu na ślubie i to nie byle jakim ślubie! Takiego przepychu chyba jeszcze nigdy nie widziałam. Okazało się bowiem, że rodzice panny młodej to milionerzy. 

Historia owiana jest pewną tajemnica i nikt otwarcie się o nic nie pyta, ale oczywiście plotki krążą przeróżne. Chłopak, który był naszą stroną rodziny nie należy do specjalnie zamożnych. Ot, zwykła rodzina z klasy średniej. Żyją w miarę dobrze, ale bez specjalnych rewelacji. Tymczasem nagle chłopak wyjechał na studia do Stanów, a reszta rodziny pozostała w stanie szoku, gdyż nikt się nie spodziewał, że jego rodzice - posiadający sklep z ubraniami, są zdolni na takie wydatki. Po roku studiów chłopak powrócił, aby oznajmić że się żeni z dziewczyną spoza kasty. A jednak nigdy nie było z tego powodu żadnego skandalu i nikt się nie sprzeciwiał, gdyż wkrótce się okazało jak bogata jest dziewczyna. Jak widać kasa potrafi zamknąć wszelkie spekulacje. 


Ślub Konkani-Telugu - czyli, małżeństwo z miłości


Chłopak nie jest z nami blisko spokrewniony, ale za to mój mąż zna go od dziecka. Mimo tego zaproszeni zostaliśmy tylko na 2 części: reception i na ślub następnego dnia. Prawdę powiedziawszy wiem, że z rana, przed reception odbywała się jeszcze specjalna pooja, a po niej sesja zdjęciowa. Oprócz tego były uroczystości religijne w domach młodych. Nie wiem, czy były jeszcze jakieś dodatkowe części. Bardziej postronni goście w zasadzie nigdy nie są zapraszani na coś więcej niż reception i sam ślub, a w przypadku ślubu tylko na samo zawarcie małżeństwa, a nie na poprzedzające je od rana rytuały. 

Państwo młodzi obydwoje mieszkali w Bangalore, gdzie się najprawdopodobniej poznali. Plotki głoszą, że studia w Stanach zasponsorował chłopakowi przyszły teść. Tym bardziej, że jego córka też tam się właśnie wybierała. Choć obydwoje pochodzą z kasty braminów, to jednak z zupełnie innych części kraju. Chłopak od nas jest braminem, którego językiem jest konkani, a dziewczyna pochodzi z rodziny telugu-języcznej (stan Andhra Pradesh). 

Dzień 1. Reception.


Miejscem ślubu oraz reception był pałac w Bangalore. Budynek, który normalnie jest muzeum pełnym zwiedzających, był nadal otwarty. Przypadkowi turyści patrzyli więc z zaciekawieniem, a dużo osób weszło normalnie na ślub, a nawet zostali na jedzenie! Można by rzec: to się nazywa mieć farta. Przychodzisz zobaczyć muzeum, a trafiasz na big fat indian wedding. 

Bangalore Palace. Przed pałacem postawiono kapliczkę z bogiem Ganeshą.









Za ślub płacił całkowicie ojciec panny młodej. Takiego rozmachu jeszcze w życiu nie widziałam. Esencja indyjskiej megalomanii i uwielbienia kiczu, a także typowy przykład pokazówki i wręcz chełpienia się swoim bogactwem. Przyszły pan młody aż łapał się za głowę, ale nie mógł mieć wkładu w to jak będzie wyglądał jego ślub. Na spotkaniu przed ślubem opowiedział nam, jak w żartach powiedział do teścia, że skoro już aż tyle wydaje to on chce przybyć do pałacu na słoniu Arjunie. Słoń ten jest najsłynniejszym słoniem maharadży z Majsuru i zna go każdy w Karnatace. Przyszły teść zamyślił się w powadze i stwierdził, że zobaczy co się da zrobić!! 

Ostatecznie słonia Arjuny nie udało się sprowadzić. Były więc dwa sztuczne słonie, które za to ruszały trąbą i uszami i wydawały słoniowe ryki na cały regulator! 

Sztuczny ryczący słoń.
Brama wjazdowa.






Cały pałac oczywiście pięknie wystrojono. Jednakże kwiaty, draperie, czy inne standardowe dekoracje to było nic. Na wejściu witały nas bowiem żywe figury stworzone z białych dziewczyn. 



Żywa fontanna. Jeśli się przyjrzeć to widać wodę cieknącą z dłoni i głowy.
Była także żywa fontanna - także zrobiona z białej dziewczyny, której woda leciała strumieniami z głowy i z dłoni. "Fontanna" ruszała się różnymi kocimi ruchami przez kilka godzin. 

Cała impreza była filmowana i fotografowana na szeroką skalę. Zatrudniono 20 fotografów i kilku operatorów kamery. Była także kamera latająca, a dla gości darmowe zdjęcia, które były drukowane w kilka minut i pakowane w okolicznościową kopertę.

Widownia-goście i kamera na wysięgniku oraz telebim. 
W różnych miejscach porozstawiane były ogromne telebimy transmitujace na żywo to co się dzieje na scenie. Pokazywano też streszczenie wydarzeń z rana, kiedy miało miejsce uroczyste przybycie młodych. Wjechali w zabytkowych samochodach, przed nimi korowód bębniarzy a także aktorzy kathakali. Następnie dziewczyna obwieziona została w palankinie, a na dziedzińcu trwały pokazy tańca. Z rana gośćmi była tylko sama najbliższa rodzina, więc mało kto mógł być świadkiem tych wszystkich atrakcji. Z mojego punktu widzenia to bardzo dziwne rozwiązanie.

Muzyka podczas reception była na żywo. To chyba była klasyczna muzyka indyjska, albo po prostu stare hity sprzed lat. Kobiety śpiewały w charakterystycznym piszczącym stylu przypominającym miauczenie kotów. Byli też śpiewacy, a także saksofonistka. 

Czym jest jednak to całe reception? I dlaczego zazwyczaj jest przed ślubem, a nie po? Reception w południowych Indiach to rodzaj przyjęcia ślubnego, ale bez tańców, bez zabawy, a w przypadku braminów bez ani kropli alkoholu. Młodzi uroczyście wkraczają na scenę, po czym zasiadają na tronach, a goście-widownia ich podziwiają. Następnie ustawia się kolejka ludzi, ponieważ każdy musi młodym pogratulować i każdy musi mieć z nimi zdjęcie. Młodzi muszą stać, pozować i się uśmiechać. W tym wypadku stali tak minimum 3 godziny. Czemu przed ślubem? Nie wiem! Może dlatego, że po ślubie jest tyle religijnych rytuałów, włącznie z wkroczeniem nowej żony do domu męża, że nie ma czasu. 

Na scenie gości kontrolował wysoki czarny bodyguard. 
Kolejka do zdjęć



Dress code 

Podczas reception panuje bardziej dowolny dress code. Pośród panien młodych modne jest ostatnio eksperymentowanie ze strojami z innych części kraju. Królują północnoindyjskie lehengi. Goście też mogą wybierać różne stroje. Mężczyźni garnitury lub po prostu spodnie z koszulą, albo nawet mniej formalnie. Kobiety dowolny rodzaj sari, z częstszą przewagą tzw. fancy sari, czyli sari w nowoczesnym wydaniu, nie nawiązujące do żadnych tradycji. Mogą być też lehengi, a także ozdobne salwar kameezy. Oczywiście spora część kobiet wybiera tradycyjne silk sari - czyli sari z jedwabiu, które można powiedzieć są ikoną tradycyjnej mody kobiecej w południowych Indiach. Drugiego dnia, podczas samego ślubu, który jest uroczystością religijną silk sari zdecydowanie dominowały. Choć wcale nie każda kobieta je miała na sobie. Tutaj zasada jest taka: najbliższa rodzina zdecydowanie sari z jedwabiu i strój jak najbardziej tradycyjny, ale im młodsze dziewczyny tym większa dowolność, im starsze tym bardziej tradycyjnie. Im dalsi i niespokrewnieni goście tym większa dowolność. Mężczyźni w dzień ślubu rezygnują z marynarek i zostają w samych koszulach, a pewna część zakłada tradycyjne indyjskie męskie kurty, ale niezbyt ozdobne.

Dla nas - bab, ten ślub to było prawdziwe targowisko próżności. Stroiłyśmy się razem godzinami, aby na miejscu urządzić sobie sesje zdjęciowe, zwłaszcza że impreza była dość nudna. Nareszcie miałam pomocników w ubieraniu sari, gdyż moje samodzielne próby dają strasznie niechlujny wygląd i choć zazwyczaj zabieram ze sobą sari na przebranie na imprezy tego typu, to zazwyczaj jestem zła i tracę humor, że muszę się o to prosić pośród kobiet w rodzinie i nikt sam nie wychodzi do mnie z taką inicjatywą, więc z sari rezygnuję. 

Tak zwane fancy sari.
A jednak choć reception było z ogromnym rozmachem to w Indiach liczy się i tak tylko jedno - jedzenie! Jeśli jedzenie będzie niedobre to impreza zostanie zapamiętana jako nieudana. I niestety jedzenie okazało się wśród gości porażką. Było po prostu mało smaczne. Nawet ja, osoba całkowicie niewybredna i prawie wszystkożerna, trochę ponarzekałam. Przede wszystkim były tylko dania wegetariańskie. W sumie wszystko mi jedno, ale to co było, nie było w większości smaczne i tyle, a do tego połowa dań to była pseudo chińszyzna. Jak zawsze w Indiach jedzenie to bufet i jedzenie na stojąco z talerzem w ręku, choć nawet było kilka stołów z krzesłami.

Różne rodzaje dosy i idli.
Tak zwane sałatki, czyli surowe warzywa pokrojone w plastry. Kuchnia indyjska zdecydowanie z sałatek nie słynie. Po lewej mały talerz z tzw. russian salad - czyli sałatką jarzynową w wegetariańskim majonezie. Podobna do polskiej - sałatka jarzynowa zdobywa pomału nawet w Indiach jakąś tam popularność. Czy ktoś zauważył krokodyla z bitter gourd (karela, przepękla ogórkowata)?

Z tego wszystkiego najbardziej smakowały mi po prostu owoce. Były też desery indyjskie, ale większość taki ulepek, że może zemdlić. Fontanna z czekolady była już niestety wyjedzona. 

I nawet na takim ślubie za milion, a nawet za trzy miliony w przeliczeniu na złotówki, do mycia rąk po jedzeniu wstrętne zatkanie metalowe zlewy. 
























Dzień 2. Ślub

Ślub znowu się zaczął przed świtem, gdy na dworze jeszcze czarno. Całe szczęście tym razem nie musiałam być z rana. Wystarczyło przyjść w okolicach 9.00-10.00, gdyż zawarcie ślubu astrolog wyznaczył na 10.25. Oznaczało to jednak, że oglądanie większości różnych rytuałów mnie ominęło.

Mandap i krzesła dla widowni dookoła.





























Muzykanci robiący podkład muzyczny imprezy. Dźwięki tradycyjne indyjskie. 
























Tym razem gości witały indyjskie hostessy w białych sari. Po prawej ołtarzyk z pozostałościami po Gauri Pooja.










Zwyczaje i rytuały ślubne wśród obydwu rodzin były częściowo inne. Ceremoniał jednak w zasadzie zawsze poprowadzony jest w obrządku od strony dziewczyny, czyli wychodzi na to że byłam świadkiem ślubu w stylu telugu. A jednak nie za bardzo się tym razem interesowałam tym co i jak się dzieje na scenie. Goście niby siedzą i patrzą, ale wokół młodych, ich rodziców i kapłanów zawsze kręci się tyle ludzi na scenie, że ciężko coś dopatrzeć. Indyjscy goście też są zazwyczaj znudzeni. Każdy z nich widział już to setki razy. Na tym ślubie byłam jak typowy indyjski gość. Łaziłam znudzona w tą i z powrotem szukając przekąsek, robiąc sobie samej sesje zdjęciowe i plotkując z osobami, które znałam. Tymczasem jednak parę osób zwróciło uwagę na fakt, iż ceremoniały z obydwu kast zostały tutaj połączone. Rytuały braminów konkani i braminów telugu się ze sobą przeplatały, a na scenie było jakby więcej kapłanów. Być może dlatego ten ślub trwał aż tak niemiłosiernie długo. Zaczęli około 5 rano, a o 15.00, gdy już wychodziłam młodzi nadal wykonywali rytuały na scenie. Pominięto też zwyczajową kolejkę do zdjęć, która zazwyczaj powtarza się 2 razy. 

Posypywanie głów na zmianę. U konkani tego nie ma, więc to musi być zwyczaj telugu.


Przez większość czasu tylko tyle widać co się dzieje na scenie. Plecy kobiet...



















































Lepiej widać patrząc na telebimach. 
O wyznaczonej godzinie panna młoda wprowadzona została przez wujka (wujek prowdzi dziewczynę w Indiach, nie ojciec) na scenę i młodzi stanęli naprzeciwko przedzieleni płachtą. Następnie płachta opadła i w przeciwieństwie do ślubu konkani nie wymienili się wieńcami, a położyli dłonie na głowach. 

Okrążanie ognia.


Ciekawym momentem, na który akurat zwróciłam uwagę był moment składania słownej przysięgi przez nowych teściów dziewczyny - rodziców pana młodego. Kapłan pytał się ich czy będą ją traktować jak własną córkę i czy będą dbać i troszczyć się o jej dobro w ich domu i czy przysięgają, a teściowie musieli powiedzieć: tak. 

Gdy goście byli już coraz bardziej znudzeni i głodni wkroczyli tancerze tańca dandiya. Tradycyjni bramini przecież nie będą tańczyć! Ale z chęcią popatrzą. Potem ewentualnie dołączą się dzieci. Spośród setek gości obecnych na sali do tańca włączyła się garstka, może 10 osób dorosłych, a do tego wszyscy byli tylko z naszej rodziny. 

Lunch był znowu na liściach bananowca i tym razem smak lepszy niż podczas reception. Choć w tym wypadku jedzenie totalne south indian, czyli kopiec ryżu z wodnistymi sosami i trochę dodatków. A po jedzeniu każdy odbierał pakunek z kokosem jako prezentem.

Ciekawostka: mały zbiorniczek z suchym ryżem. W pewnym momencie trzeba ten ryż wyjąć i rzucić nim na mandap w stronę młodych na szczęście. Poza tym stoisko z prezentami - kokosami, a u góry uroczyste przybycie, bębniarze i tancerze kathakali.





































Ślub nie był zbyt pasjonujący wyszłam więc w międzyczasie na zewnątrz. A tam prezenty od ojca dziewczyny:





















Stał też taki palankin i kolejka kobiet by zrobić sobie w nim zdjęcie. 





























Na dzień ślubu założyłam sari z pseudo-jedwabiu, które kupiłam ze szwagierką miesiąc wcześniej na markecie Chikpet w Bangalore. 

Dla nas jako gości sam ślub był dużym wydarzeniem, ale wydarzeniem rodzinnym. Zjechało sporo osób z odległych miejsc. To był czas spotkań z dawno nie widzianymi osobami, wizyt w różnych domach i wspólnego strojenia się z kobietami. Szkoda tylko, że moja szwagierka siedziała sama na uboczu, poza kręgiem, jakby wiecznie onieśmielona własną rodziną. Często nie wiem jak do niej podejść, jej życie jest tak inne, a do tego jest tak zamknięta w sobie. A jednak wspólne ubieranie sari, jakoś w niewielkim stopniu nas do siebie zbliżyło, a gdy wyjeżdżałam widziałam ten blask w jej oczach i w końcu niewielki uśmiech w moim kierunku. 

17 stycznia 2015

Kurczak w zielonej masali - Chicken Green Masala

Ostatnio jadłam to danie kilka razy w restauracjach. Wersje były różne. A gdy niedawno kupiłam książkę kucharską z regionalnymi daniami i to danie też tam było, postanowiłam nauczyć się je robić :D 

To jest wersja bez sosu, tzw. wersja dry. A jednak bardzo łatwo zmienić to danie i dorobić sos, np. zalewając pod koniec mlekiem kokosowym (z kokosa prawdziwego lub z kartonu/puszki). Można też sos zrobić dolewając wodę.  Do wody można dolać kremówki i w ten sposób zagęścić. Jednakże w tym wypadku usmażyłabym kurczaka osobno i dodała później, gdyż może zrobić się gumowaty. Wszystko zależy od tego jak bardzo danie ma być gęste lub wodniste. 

SKŁADNIKI:

  • kurczak - różne kawałki z kością, 1kg
  • pomidory (opcjonalnie, można nie dawać) - pokrojone w małą kostkę, 2 szklanki
  • cebula - mała kostka, 2 szklanki
  • ghee/klarowane masło (lub masło zwykłe lub olej roślinny) - 3 łyżki
  • śmietana/kremówka/jogurt naturalny - jeśli na koniec wyjdzie za ostre, dodać coś białego dla złagodzenia smaku

ZIELONA MASALA:
(wszystkie te składniki należy zmiksować na sos w blenderze)

  • natka kolendry - ogromny pęczek, im więcej tym lepiej 
  • listki mięty - pół szklanki
  • szpinak - pół szklanki lub więcej. Im więcej zielonych składników tym lepiej.
  • zielone chilli (opcjonalnie) - u mnie 4 duże sztuki, wyszło ostro! można nie dawać, ale minimum 1 bym dała
  • czosnek - pół główki czosnku. Powinno być go sporo!
  • imbir - spory kawałek, na 5 cm (gdzieś się zapodział na zdjęciu)
  • garam masala - w proszku (1-2 łyżki) lub w postaci całych składników: cynamon (1 średni kawałek), kardamon (3 ziarna), goździki (4 sztuki)
  • pozostałe przyprawy: (Uwaga! Tutaj można dodawać co się ma. Jakaś gotowa mieszanka przypraw indyjskich albo odrębne przyprawy. Nie przejmować się, gdy niektórych brak)
                - kurkuma - pół łyżeczki
                - nasiona kminu rzymskiego lub kmin w proszku - 1 łyżeczka
                - nasiona kolendry lub kolendra w proszku - 1 łyżeczka
                - nasiona pieprzu lub pieprz w proszku - pół łyżeczki
                - nasiona kozieradki - pół łyżeczki
                - mak (w Indiach nasionka są jasno beżowe) - 1 łyżeczka


1. Zielone składniki oraz przyprawy wrzucić do blendera i zmiksować na sos. Dolać trochę wody, gdyż inaczej ciężko miksować. Sos jednak nie ma być wodnisty.


2. W nieprzywierającym naczyniu podgrzać ghee lub olej i wrzucić cebulę. Podsmażyć chwilę. Następnie zalać zielonym sosem z blendera. Gotować bez przykrycia na małym ogniu przez 10 minut. Dobrze jeśli woda z sosu trochę wyparuje.


3. Po 10 min wrzucić pomidory oraz kurczaka. Zamieszać i zostawić do gotowania, aż pomidory się rozpadną, a kurczak ugotuje. Mieszać co jakiś czas. Gotowanie zajmie przynajmniej pół godziny, jak nie więcej. Nie dolewać żadnej wody, bo mięso zrobi się gumowate. Ja wrzuciłam jeszcze kilka niezmielonych paseczków szpinaku.

4. Upewnić się, że mięso jest dobrze ugotowane. Sprawdzić smak! Jeśli wyszło za ostre na sam koniec dodać gęstą śmietanę lub kremówkę i porządnie zamieszać. Złagodzi to smak. Można też dodać, jeśli po prostu wolimy wersję bardziej kremową. U mnie z białym ryżem. Zielona masala jest tak aromatyczna, że biały ryż absolutnie wystarczy. Jedząc należy wmieszać zieloną masalę w ryż.

SMACZNEGO!

16 stycznia 2015

Indie oczami rodziny z Polski, czyli - Polska mamunia przyjeżdża na wakacje!

Moja polska mamunia przyjeżdża do mnie w odwiedziny! Zaraz przyjeżdża, za kilkanaście dni! W końcu po tylu latach ktoś z Polski mnie tutaj odwiedzi! W końcu ktoś z mojej rodziny zobaczy na własne oczy te Indie! Pierwsze zetknięcie z Indiami zaserwowałam im w końcu już 6 lat temu! Nawet w podobnym terminie mamunia przylatuje. Ja też pierwszy raz wylądowałam w lutym. I nawet w tym samym mieście. Jedziemy mamę odebrać z lotniska w Mumbaju.

Plan jest taki, że zrobimy szybkie, jednodniowe zwiedzanie Mumbaju, a następnego dnia od razu lot do mnie do Mangalore, aby za kilka chwil udać się na wakacje na Goa. Prawdę powiedziawszy przy ustalaniu planu nie obyło się bez kłótni i mojej urażonej dumy. 

Przede wszystkim mama zdecydowała się przyjechać nagle, a o samym fakcie powiadomiła mojego męża (nie mnie) już po tym jak zapłaciła za bilet! Ani nie zapytała czy ten termin nam odpowiada, ani nic. Zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym! Jakie to typowe dla niej. Inną sprawą jest fakt, iż nikt inny nie chciał z mamą lecieć, a mama nie zna angielskiego. No ale teraz musi sobie poradzić. Sama chciała :D 

Początkowo na moje pytania co chciałaby zobaczyć twierdziła, że nic chce nic, że tęskni i wystarczy jej jeśli będziemy siedzieć w domu. Jasne!! Nie dam się tak podpuścić! Od razu wiedziałam, że to ściema. Tygodniami jednak nie chciała się zdeklarować. Ustaliłam więc plan zwiedzania. I gdy już miałam wszystko zaplanowane, mama w końcu przestała udawać i oznajmiła, że ona chce być tylko na Goa, a do żadnych świątyń i bożków wśród bałwochwalców ona nie chce absolutnie być! Prawdę powiedziawszy mogłam się od razu domyślić.
Co o Indiach wie moja polska rodzina: 

Bo Indie są przede wszystkim głupie i bez sensu. Indie ich nie interesują i pojęcie mają znikome. Oczywiście absolutnie w żaden sposób nie mam pretensji, przecież nie muszą być! Z tego samego powodu też nigdy ich nie nakłaniałam na przyjazd. Już kilka razy mieli okazję, ale zawsze woleli wakacje gdzieś w Europie, gdyż przede wszystkim ma być cicho, spokojnie, odludnie i czysto. W Indiach nic z tego nie ma! Jest całkowicie przeciwnie, czyli okropnie. Gdy powiedziałam, że w Indiach jest raczej przede wszystkim głośno, tłumnie, bardzo brudno i bywa nerwowo, to wiadomo było, że do Indii w życiu nie przyjadą. 




Indie znają jedynie mocno pobieżnie z telewizji, choć tutaj całe szczęście nie prześladują mnie stwierdzeniami, że w Indiach tylko gwałcą. Zbyt mało ich takie wiadomości obchodzą. Tatę interesowały programy typu Top Gear o ruchu drogowym w Indiach i nie mógł się nadziwić, jak tak można jeździć, więc to był często główny temat konwersacji mego męża z tatą, zwłaszcza, że mąż prowadzi w Indiach dobrze! I naprawdę świetnie sobie radzi na tutejszych szalonych drogach, przede wszystkim chyba dlatego że tylko taki ruch drogowy zna od urodzenia. 




Bo Indie to bałwochwalstwo, bo tam wierzą w bożki i są jakieś posągi z głową słonia i krowy są święte, a wiara w coś tak ordynarnego to grzech i poruta! Wychowałam się w domu Świadków Jehowy, gdzie nawet oddawanie czci posążkom Jezusa jakie uskuteczniają katolicy to grzech śmiertelny, a co dopiero posążki setek wymyślnych bóstw! Rodzice z ogromną ulgą i całkowitą akceptacją przyjęli mój i męża ateizm, ale gdyby mąż się okazał wierzącym hinduistą to nie wiem, czy mama przełknęła by łatwo ten fakt. Reakcją byłaby zapewne pełna konsternacja i jakaś wewnętrzna odraza. Hinduizm, jako religia jest w moim domu postrzegamy z uprzedzeniami oraz ze sporą dozą niechęci. A jednak z uwagi na fakt, iż byliśmy kiedyś Świadkami to nie było za to zupełnie problemu z akceptacją innego koloru skóry męża. U Świadków absolutnie niedopuszczalny był rasizm na tle etnicznym! Nawet wydawnictwa i książki, które studiowałam od dziecka pełne były obrazków ludzi o każdym kolorze skóry, a równość wszystkich ludzi była mi wpajana na zebraniach.


Bóstwa czy bałwochwalstwo? 


Bo Indie to kicz! Od bollywoodu uszy więdną, kobiety w nadmiernie kolorowych strojach wyglądają jak papugi, a pamiątki turystyczne są tandetne! Marmurowa figurka słonia, drewniane pudełko z ornamentami, bransoletki, naszyjniki - wszystko nie ładne, nie podoba się, koszmarne. O dziwo szale z pseudo-paszminy jako tako podeszły, ale ogólnie rzecz biorąc wytwory indyjskie się absolutnie nie podobają! 
Kicz?


Bo w Indiach jest to wstrętne i ostre jedzenie. Akurat w tym wypadku to opinia tylko mamy. Ojciec, jako palacz lubi jeść ostro, a siostra wegetarianka ceni różnorodność dań bezmięsnych. Mama indyjskiego jedzenia jednak absolutnie nie trawi. Prawie zawsze odmawia ich spożycia, a przywiezione przeze mnie przyprawy nawet typu kardamon, czy cynamon chce wyrzucać na śmietnik. Mama lubi jedzenie bardzo mdłe, nawet jak na polskie standardy niedoprawione. Gotowane przez nią obiady zazwyczaj trzeba było sobie doprawiać samemu. Nie mam więc pojęcia co tu będzie jadła! Choć oczywiście w domu będę jej gotować polskie dania, które też sami często jadamy, ale na wyjeździe nie mam w planach stania w garach. 


Jak można to jeść?



Bo w Indiach jest syf. I tutaj absolutnie nie zaprzeczę. Indie są bardzo brudne i miejscami śmierdzą. Europejskie standardy czystości jeszcze nie dotarły i nie wiem kiedy i czy dotrą, raczej nie w tym stuleciu. Oczywiście nie całe Indie są zawalone śmieciami! Są miejsca brudne ale są też nieskazitelnie czyste! Na pewno nie zamierzam mamy zabierać w miejsca ekstremalne, choć też nie będę chuchać i dmuchać i izolować od gorszych realiów. Sama jestem ciekawa reakcji :) 

Indie = SYF

Bo w Indiach jest za gorąco. No niestety! I ja na to nic nie poradzę. Taki panuje klimat i już. Dla innego w Polsce może być za zimno. Tata powiedział, że nie chce do Indii, bo nie lubi upałów. Na pewno bardzo ciężko ten klimat znieść osobom zimnolubnym. Oczywiście to dużo zależy od pory roku (a te są inne niż w Europie) i regionu, gdyż są takie momenty i regiony, że jest zwyczajnie zimno i bez kurtki ani rusz. Lepiej chyba jednak, że jedziemy na Goa. Będzie basen, morze i klimatyzacja, a mój początkowy plan zwiedzania zabytków skutkował by prędzej wykończeniem z gorąca. Prawdę powiedziawszy luty to jeszcze nie są żadne upały, ale ja już tak przywykłam do tych temperatur, a do tego lubię gorąc, bo w Polsce wiecznie marznę, że ciężko mi ocenić jak mama będzie to czuć po przylocie z polskiej zimy. 

Bo w Indiach jest odrażające robactwo. I tak i nie! Oczywiście w warunkach tropikalnych jest więcej insektów i żyjątek, ale przecież nie natrafia się co 2 kroki na węże, pijawki czy pająki wielkości dłoni. Czasem jednak robaki czy karaluchy się zdarzą. Na mój pomysł by zatrzymać się w domkach przy plaży (w ekskluzywnych domkach, żadnych szałasach!) reakcją była panika i absolutnie nie! 
Niestety, bywa też gorzej...


No właśnie, bo gdy mama wyskoczyła że chce tylko i wyłącznie Goa i stwierdziła, że zwiedzać świątyń, pałaców czy plantacji nie chce to byłam zła. A już najbardziej się wkurzyłam, gdy zapytała po co w ogóle lecimy z Mumbaju do Mangalore i stwierdziła, że to strata czasu! Bo naiwnie liczyłam na to, że może chciałaby zobaczyć też jak mieszkam, jak wygląda miasto i okolice z których pochodzi mąż. Tym bardziej, że męża rodzice bardzo polubili. No właśnie! Tylko, że polubili jego, ale nie jego kraj, miasto, kulturę i religię. Męża odbierają w całkowitym oderwaniu od jego indyjskości. On jako osoba - super i spoko, ale on w kontekście pochodzenia - oj niefajnie, od razu czuć w nich taki opór i barierę w odbiorze. 

Okazało się że mama chce po prostu fajne wakacje i z w miarę fajnym towarzystwem, które do tego będzie użyteczne - bo obwiezie tu i tam i zna angielski. A czy te wakacje w Indiach czy gdzie indziej, to już bez znaczenia. Jako że w opinii mamy Indie fajnym krajem nie są, stąd Goa. Bo turystyka jest tam mocno rozwinięta, dużo białych i luźniejsza atmosfera. A zobaczenie gdzie i jak mieszkam, no to już w ostateczności niech będzie, ale w sumie strata czasu. 

Może to i lepiej, że będzie Goa. Może jej się coś spodoba w tych Indiach, a ja sama prawdę powiedziawszy też niezmiernie się cieszę! Wakacje w luźniejszej atmosferze też nam dobrze zrobią i mi też pozwolą odetchnąć od indyjskiej codzienności. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...