27 stycznia 2015

Ślub za milion, czyli z cyklu: bo kto bogatemu zabroni?

Byliśmy ostatnio znowu na ślubie i to nie byle jakim ślubie! Takiego przepychu chyba jeszcze nigdy nie widziałam. Okazało się bowiem, że rodzice panny młodej to milionerzy. 

Historia owiana jest pewną tajemnica i nikt otwarcie się o nic nie pyta, ale oczywiście plotki krążą przeróżne. Chłopak, który był naszą stroną rodziny nie należy do specjalnie zamożnych. Ot, zwykła rodzina z klasy średniej. Żyją w miarę dobrze, ale bez specjalnych rewelacji. Tymczasem nagle chłopak wyjechał na studia do Stanów, a reszta rodziny pozostała w stanie szoku, gdyż nikt się nie spodziewał, że jego rodzice - posiadający sklep z ubraniami, są zdolni na takie wydatki. Po roku studiów chłopak powrócił, aby oznajmić że się żeni z dziewczyną spoza kasty. A jednak nigdy nie było z tego powodu żadnego skandalu i nikt się nie sprzeciwiał, gdyż wkrótce się okazało jak bogata jest dziewczyna. Jak widać kasa potrafi zamknąć wszelkie spekulacje. 


Ślub Konkani-Telugu - czyli, małżeństwo z miłości


Chłopak nie jest z nami blisko spokrewniony, ale za to mój mąż zna go od dziecka. Mimo tego zaproszeni zostaliśmy tylko na 2 części: reception i na ślub następnego dnia. Prawdę powiedziawszy wiem, że z rana, przed reception odbywała się jeszcze specjalna pooja, a po niej sesja zdjęciowa. Oprócz tego były uroczystości religijne w domach młodych. Nie wiem, czy były jeszcze jakieś dodatkowe części. Bardziej postronni goście w zasadzie nigdy nie są zapraszani na coś więcej niż reception i sam ślub, a w przypadku ślubu tylko na samo zawarcie małżeństwa, a nie na poprzedzające je od rana rytuały. 

Państwo młodzi obydwoje mieszkali w Bangalore, gdzie się najprawdopodobniej poznali. Plotki głoszą, że studia w Stanach zasponsorował chłopakowi przyszły teść. Tym bardziej, że jego córka też tam się właśnie wybierała. Choć obydwoje pochodzą z kasty braminów, to jednak z zupełnie innych części kraju. Chłopak od nas jest braminem, którego językiem jest konkani, a dziewczyna pochodzi z rodziny telugu-języcznej (stan Andhra Pradesh). 

Dzień 1. Reception.


Miejscem ślubu oraz reception był pałac w Bangalore. Budynek, który normalnie jest muzeum pełnym zwiedzających, był nadal otwarty. Przypadkowi turyści patrzyli więc z zaciekawieniem, a dużo osób weszło normalnie na ślub, a nawet zostali na jedzenie! Można by rzec: to się nazywa mieć farta. Przychodzisz zobaczyć muzeum, a trafiasz na big fat indian wedding. 

Bangalore Palace. Przed pałacem postawiono kapliczkę z bogiem Ganeshą.









Za ślub płacił całkowicie ojciec panny młodej. Takiego rozmachu jeszcze w życiu nie widziałam. Esencja indyjskiej megalomanii i uwielbienia kiczu, a także typowy przykład pokazówki i wręcz chełpienia się swoim bogactwem. Przyszły pan młody aż łapał się za głowę, ale nie mógł mieć wkładu w to jak będzie wyglądał jego ślub. Na spotkaniu przed ślubem opowiedział nam, jak w żartach powiedział do teścia, że skoro już aż tyle wydaje to on chce przybyć do pałacu na słoniu Arjunie. Słoń ten jest najsłynniejszym słoniem maharadży z Majsuru i zna go każdy w Karnatace. Przyszły teść zamyślił się w powadze i stwierdził, że zobaczy co się da zrobić!! 

Ostatecznie słonia Arjuny nie udało się sprowadzić. Były więc dwa sztuczne słonie, które za to ruszały trąbą i uszami i wydawały słoniowe ryki na cały regulator! 

Sztuczny ryczący słoń.
Brama wjazdowa.






Cały pałac oczywiście pięknie wystrojono. Jednakże kwiaty, draperie, czy inne standardowe dekoracje to było nic. Na wejściu witały nas bowiem żywe figury stworzone z białych dziewczyn. 



Żywa fontanna. Jeśli się przyjrzeć to widać wodę cieknącą z dłoni i głowy.
Była także żywa fontanna - także zrobiona z białej dziewczyny, której woda leciała strumieniami z głowy i z dłoni. "Fontanna" ruszała się różnymi kocimi ruchami przez kilka godzin. 

Cała impreza była filmowana i fotografowana na szeroką skalę. Zatrudniono 20 fotografów i kilku operatorów kamery. Była także kamera latająca, a dla gości darmowe zdjęcia, które były drukowane w kilka minut i pakowane w okolicznościową kopertę.

Widownia-goście i kamera na wysięgniku oraz telebim. 
W różnych miejscach porozstawiane były ogromne telebimy transmitujace na żywo to co się dzieje na scenie. Pokazywano też streszczenie wydarzeń z rana, kiedy miało miejsce uroczyste przybycie młodych. Wjechali w zabytkowych samochodach, przed nimi korowód bębniarzy a także aktorzy kathakali. Następnie dziewczyna obwieziona została w palankinie, a na dziedzińcu trwały pokazy tańca. Z rana gośćmi była tylko sama najbliższa rodzina, więc mało kto mógł być świadkiem tych wszystkich atrakcji. Z mojego punktu widzenia to bardzo dziwne rozwiązanie.

Muzyka podczas reception była na żywo. To chyba była klasyczna muzyka indyjska, albo po prostu stare hity sprzed lat. Kobiety śpiewały w charakterystycznym piszczącym stylu przypominającym miauczenie kotów. Byli też śpiewacy, a także saksofonistka. 

Czym jest jednak to całe reception? I dlaczego zazwyczaj jest przed ślubem, a nie po? Reception w południowych Indiach to rodzaj przyjęcia ślubnego, ale bez tańców, bez zabawy, a w przypadku braminów bez ani kropli alkoholu. Młodzi uroczyście wkraczają na scenę, po czym zasiadają na tronach, a goście-widownia ich podziwiają. Następnie ustawia się kolejka ludzi, ponieważ każdy musi młodym pogratulować i każdy musi mieć z nimi zdjęcie. Młodzi muszą stać, pozować i się uśmiechać. W tym wypadku stali tak minimum 3 godziny. Czemu przed ślubem? Nie wiem! Może dlatego, że po ślubie jest tyle religijnych rytuałów, włącznie z wkroczeniem nowej żony do domu męża, że nie ma czasu. 

Na scenie gości kontrolował wysoki czarny bodyguard. 
Kolejka do zdjęć



Dress code 

Podczas reception panuje bardziej dowolny dress code. Pośród panien młodych modne jest ostatnio eksperymentowanie ze strojami z innych części kraju. Królują północnoindyjskie lehengi. Goście też mogą wybierać różne stroje. Mężczyźni garnitury lub po prostu spodnie z koszulą, albo nawet mniej formalnie. Kobiety dowolny rodzaj sari, z częstszą przewagą tzw. fancy sari, czyli sari w nowoczesnym wydaniu, nie nawiązujące do żadnych tradycji. Mogą być też lehengi, a także ozdobne salwar kameezy. Oczywiście spora część kobiet wybiera tradycyjne silk sari - czyli sari z jedwabiu, które można powiedzieć są ikoną tradycyjnej mody kobiecej w południowych Indiach. Drugiego dnia, podczas samego ślubu, który jest uroczystością religijną silk sari zdecydowanie dominowały. Choć wcale nie każda kobieta je miała na sobie. Tutaj zasada jest taka: najbliższa rodzina zdecydowanie sari z jedwabiu i strój jak najbardziej tradycyjny, ale im młodsze dziewczyny tym większa dowolność, im starsze tym bardziej tradycyjnie. Im dalsi i niespokrewnieni goście tym większa dowolność. Mężczyźni w dzień ślubu rezygnują z marynarek i zostają w samych koszulach, a pewna część zakłada tradycyjne indyjskie męskie kurty, ale niezbyt ozdobne.

Dla nas - bab, ten ślub to było prawdziwe targowisko próżności. Stroiłyśmy się razem godzinami, aby na miejscu urządzić sobie sesje zdjęciowe, zwłaszcza że impreza była dość nudna. Nareszcie miałam pomocników w ubieraniu sari, gdyż moje samodzielne próby dają strasznie niechlujny wygląd i choć zazwyczaj zabieram ze sobą sari na przebranie na imprezy tego typu, to zazwyczaj jestem zła i tracę humor, że muszę się o to prosić pośród kobiet w rodzinie i nikt sam nie wychodzi do mnie z taką inicjatywą, więc z sari rezygnuję. 

Tak zwane fancy sari.
A jednak choć reception było z ogromnym rozmachem to w Indiach liczy się i tak tylko jedno - jedzenie! Jeśli jedzenie będzie niedobre to impreza zostanie zapamiętana jako nieudana. I niestety jedzenie okazało się wśród gości porażką. Było po prostu mało smaczne. Nawet ja, osoba całkowicie niewybredna i prawie wszystkożerna, trochę ponarzekałam. Przede wszystkim były tylko dania wegetariańskie. W sumie wszystko mi jedno, ale to co było, nie było w większości smaczne i tyle, a do tego połowa dań to była pseudo chińszyzna. Jak zawsze w Indiach jedzenie to bufet i jedzenie na stojąco z talerzem w ręku, choć nawet było kilka stołów z krzesłami.

Różne rodzaje dosy i idli.
Tak zwane sałatki, czyli surowe warzywa pokrojone w plastry. Kuchnia indyjska zdecydowanie z sałatek nie słynie. Po lewej mały talerz z tzw. russian salad - czyli sałatką jarzynową w wegetariańskim majonezie. Podobna do polskiej - sałatka jarzynowa zdobywa pomału nawet w Indiach jakąś tam popularność. Czy ktoś zauważył krokodyla z bitter gourd (karela, przepękla ogórkowata)?

Z tego wszystkiego najbardziej smakowały mi po prostu owoce. Były też desery indyjskie, ale większość taki ulepek, że może zemdlić. Fontanna z czekolady była już niestety wyjedzona. 

I nawet na takim ślubie za milion, a nawet za trzy miliony w przeliczeniu na złotówki, do mycia rąk po jedzeniu wstrętne zatkanie metalowe zlewy. 
























Dzień 2. Ślub

Ślub znowu się zaczął przed świtem, gdy na dworze jeszcze czarno. Całe szczęście tym razem nie musiałam być z rana. Wystarczyło przyjść w okolicach 9.00-10.00, gdyż zawarcie ślubu astrolog wyznaczył na 10.25. Oznaczało to jednak, że oglądanie większości różnych rytuałów mnie ominęło.

Mandap i krzesła dla widowni dookoła.





























Muzykanci robiący podkład muzyczny imprezy. Dźwięki tradycyjne indyjskie. 
























Tym razem gości witały indyjskie hostessy w białych sari. Po prawej ołtarzyk z pozostałościami po Gauri Pooja.










Zwyczaje i rytuały ślubne wśród obydwu rodzin były częściowo inne. Ceremoniał jednak w zasadzie zawsze poprowadzony jest w obrządku od strony dziewczyny, czyli wychodzi na to że byłam świadkiem ślubu w stylu telugu. A jednak nie za bardzo się tym razem interesowałam tym co i jak się dzieje na scenie. Goście niby siedzą i patrzą, ale wokół młodych, ich rodziców i kapłanów zawsze kręci się tyle ludzi na scenie, że ciężko coś dopatrzeć. Indyjscy goście też są zazwyczaj znudzeni. Każdy z nich widział już to setki razy. Na tym ślubie byłam jak typowy indyjski gość. Łaziłam znudzona w tą i z powrotem szukając przekąsek, robiąc sobie samej sesje zdjęciowe i plotkując z osobami, które znałam. Tymczasem jednak parę osób zwróciło uwagę na fakt, iż ceremoniały z obydwu kast zostały tutaj połączone. Rytuały braminów konkani i braminów telugu się ze sobą przeplatały, a na scenie było jakby więcej kapłanów. Być może dlatego ten ślub trwał aż tak niemiłosiernie długo. Zaczęli około 5 rano, a o 15.00, gdy już wychodziłam młodzi nadal wykonywali rytuały na scenie. Pominięto też zwyczajową kolejkę do zdjęć, która zazwyczaj powtarza się 2 razy. 

Posypywanie głów na zmianę. U konkani tego nie ma, więc to musi być zwyczaj telugu.


Przez większość czasu tylko tyle widać co się dzieje na scenie. Plecy kobiet...



















































Lepiej widać patrząc na telebimach. 
O wyznaczonej godzinie panna młoda wprowadzona została przez wujka (wujek prowdzi dziewczynę w Indiach, nie ojciec) na scenę i młodzi stanęli naprzeciwko przedzieleni płachtą. Następnie płachta opadła i w przeciwieństwie do ślubu konkani nie wymienili się wieńcami, a położyli dłonie na głowach. 

Okrążanie ognia.


Ciekawym momentem, na który akurat zwróciłam uwagę był moment składania słownej przysięgi przez nowych teściów dziewczyny - rodziców pana młodego. Kapłan pytał się ich czy będą ją traktować jak własną córkę i czy będą dbać i troszczyć się o jej dobro w ich domu i czy przysięgają, a teściowie musieli powiedzieć: tak. 

Gdy goście byli już coraz bardziej znudzeni i głodni wkroczyli tancerze tańca dandiya. Tradycyjni bramini przecież nie będą tańczyć! Ale z chęcią popatrzą. Potem ewentualnie dołączą się dzieci. Spośród setek gości obecnych na sali do tańca włączyła się garstka, może 10 osób dorosłych, a do tego wszyscy byli tylko z naszej rodziny. 

Lunch był znowu na liściach bananowca i tym razem smak lepszy niż podczas reception. Choć w tym wypadku jedzenie totalne south indian, czyli kopiec ryżu z wodnistymi sosami i trochę dodatków. A po jedzeniu każdy odbierał pakunek z kokosem jako prezentem.

Ciekawostka: mały zbiorniczek z suchym ryżem. W pewnym momencie trzeba ten ryż wyjąć i rzucić nim na mandap w stronę młodych na szczęście. Poza tym stoisko z prezentami - kokosami, a u góry uroczyste przybycie, bębniarze i tancerze kathakali.





































Ślub nie był zbyt pasjonujący wyszłam więc w międzyczasie na zewnątrz. A tam prezenty od ojca dziewczyny:





















Stał też taki palankin i kolejka kobiet by zrobić sobie w nim zdjęcie. 





























Na dzień ślubu założyłam sari z pseudo-jedwabiu, które kupiłam ze szwagierką miesiąc wcześniej na markecie Chikpet w Bangalore. 

Dla nas jako gości sam ślub był dużym wydarzeniem, ale wydarzeniem rodzinnym. Zjechało sporo osób z odległych miejsc. To był czas spotkań z dawno nie widzianymi osobami, wizyt w różnych domach i wspólnego strojenia się z kobietami. Szkoda tylko, że moja szwagierka siedziała sama na uboczu, poza kręgiem, jakby wiecznie onieśmielona własną rodziną. Często nie wiem jak do niej podejść, jej życie jest tak inne, a do tego jest tak zamknięta w sobie. A jednak wspólne ubieranie sari, jakoś w niewielkim stopniu nas do siebie zbliżyło, a gdy wyjeżdżałam widziałam ten blask w jej oczach i w końcu niewielki uśmiech w moim kierunku. 

6 komentarzy:

  1. Ależ to wszystko bajkowo wyglada i brzmi ;-) Jak byłam pierwszy raz na ślubie w Indiach przede wszystkim zdziwiło mnie, że nie ma dań miesnych, alkoholu i tańców. My jako znajomi znajomych bylismy tylko zaproszenie na jeden dzień, uroczystość sprowadzała sie do tego, że się posiedziało, poogladało i pojadło;-)
    Byłam też pare razy na weselu w pracy, jako dekoracja (czyli biała podaje talerze;-), taka fantazja Indusów, która na weselu za milion przybrała jeszcze wiekszy wymiar;-)
    Dodam jeszcze, że na zdjęciu z ruchomym słoniem, zdecydowanie odciagasz uwage od słonia, wygladasz pięknie (na wszystkich zdjęciach) ;-)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahh dziękuję za komplement :D Czyli też byłaś taką białą hostessą? W sumie chyba dość fajna sprawa. Też bym mogła być :D Alkohol i tańce czasami są ale to w inny dzień i to nie każdy zorganizuje. Kuzyn jest rozrywkowy to zrobił na ślubie córki, ale zaproszeni byli wybrańcy, czyli większość indyjskich ciotek klotek nie, bo by się zgorszyły.

      Usuń
    2. To powiem ci jeszcze, że kiedy zapytałam znajomej Polski (żony Indusa) czy nie che iść ze mną na takie wesele, żeby troche zarobić, to stwierdziła, że mąż by jej w zyciu nie pozwolił ;-) To znowu były te ich podziały i kastowość, jako lepsza kasta nie możesz tak pracować. Jakoś mnie to zawsze denerwowało w Indiach, totalny brak równości i wywyższanie się. Ciekawe czy twój mąż by się zgodził ;-)

      Usuń
    3. Mój by się zgodził, ale on się słabo nadaje na Indusa lol Poza tym ostatnie słowo i tak byłoby moje :D ale doskonale wiem co masz na myśli :) Też mamy dużo osób tak myślących w indyjskiej rodzinie.

      Usuń
  2. Oj zdecydowanie są osoby, które mogą sobie na to pozwolić choć udane wesele nie równa się drogie wesele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Szkoda, że tak mało osób w Indiach to rozumie. Tutaj króluje wciąż ślepo powielane "postaw się a zastaw się".

      Usuń

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...