7 stycznia 2015

Coorg: Bylakuppe


Bylakuppe obok Kushalnagar to już w sumie nie jest Coorg, choć jest bardzo blisko. Leży tylko 40 km od Madikieri, a do tego jest zaraz przy trasie Madikieri-Mysore. Wrażenie jest niesamowite! Nagle, ni stąd ni zowąd, jest się w zupełnie innym kręgu kulturowym. Wszystko robi się inne, włącznie z ludźmi. W kilka chwil człowiek przenosi się do zupełnie innego kraju!

Bylakuppe to mini Tybet ukryty w południowych Indiach. Cała okolica naznaczona jest wpływami tybetańskimi, chociażby fakt, iż szyldy sklepów już na kilka kilometrów przed zmieniają się na tybetańskie. 

Ale jak to się stało? I skąd Ci Tybetańczycy tutaj? Przecież Tybet leży tysiące kilometrów stąd, w Chinach. 


O ile osiedla tybetańskie na północy Indii, gdzieś w górach i w sumie niedaleko granicy są czymś bardziej logicznym, to tybetańskie miasteczka gdzieś daleko w południowych Indiach są czymś raczej zaskakującym. Bylakuppe to nie jedyne, ale za to największe skupisko diaspory tybetańskiej w całych południowych Indiach. 

Tybet jako niepodległe państwo funkcjonował zaledwie kilkadziesiąt lat, a niepodległość stracił w 1950 roku. Od tego czasu stanowi część Chin, które nie tolerują jakichkolwiek dążeń Tybetu do ponownej niepodległości. Co więcej! Kultura, tradycje i język tych ludzi są do dziś niszczone przez Chińczyków. Zabijając kulturę  i przymusowo "zchińczając" ludność Tybetu Chińczycy chcą raz na zawsze zakończyć dążenia niepodległościowe. Po krwawym powstaniu w 1959 roku, gdy Dalai Lama uciekł do Dharamsali w Indiach. Rzesze Tybetańczyków także opuściło swoją ojczyznę, znajdując nowy dom w Indiach. 

Rząd Indii wyciągnął przyjacielską dłoń i ofiarował uchodźcom ziemię, na której mogli się osiedlić, prowadzić uprawę i żyć w spokoju, do czasu ewentualnego powrotu z uchodźstwa do Tybetu. Póki co, po 50 latach, nic nie wskazuje na ich powrót. W założonych osiedlach prężnie rozwija się ich kultura, kształci się młodzież i podtrzymywana jest tradycja religijna. Zwłaszcza kształcenie młodzieży jest ważne! Jak w Polsce pod zaborami, tak i Tybetańczycy dbają by następne pokolenia nie zapomniały o swoich korzeniach, języku, religii. Dzieci bywają wręcz wysyłane na kształcenie z Tybetu do Indii, gdyż w Indiach mają większe szanse by poznać własną kulturę.

KLASZTOR NAMDROLING


Główną atrakcją w Bylakuppe jest tzw. Złota Świątynia, stanowiąca część ośrodku buddyjskiej edukacji religijnej dla mnichów tybetańskich. Nie będę jednak wcale pisać o wierzeniach czy praktykach tej grupy etnicznej. Po prostu nie mam o tym za bardzo pojęcia, a krótka kilkugodzinna wizyta w takim miejscu, to dosłownie nawet nie liźnięcie tej kultury. 


Świątynia zachwyca, okoliczności przyrody w samym klasztorze powalają. Życie mnichów odbywa się rytmicznie według modlitw. Wrażenie jest niesamowite. Choć dookoła tłumy turystów, gdyż klasztor jest w pełni otwarty dla zwiedzających, to mnisi niewzruszeni kontynuują swoje czynności, zachowując się nieomal jakby nie zauważali, że są niemal aktorami w spektaklu, podczas gdy turyści są widzami. A jednak laik, taki jak ja i tak nie wie na co patrzy. Mnisi nagle grupowo gdzieś wędrują, wykonują jakieś rytuały, modlą się o wyznaczonej porze, a osoby z zewnątrz czują tylko, że uchylony dla nich został mały skrawek innego świata.


Palili te liście. Piękny, cudowny zapach! Potem ze świątyni przynieśli jakąś małą rzeźbę z arbuza i następnie spalili. Nie wiem niestety o co chodziło.





Akurat trwały modlitwy. To było jedno z najbardziej genialnych przeżyć! Niesamowite. Równoczesna recytacja, plus bębny, jakieś fujarki i dmuchanie w muszle. Cały budynek aż się trząsł a dźwięk czuć było aż w kręgosłupie. 




Mając w głowie Tybet - skojarzenia to raczej zimne wysokie góry. A tutaj mamy nietypowy widok Tybet pod palmami!

Klasztor tybetański pod palmami.

Klasztor jest piękny i bardzo czysty, jest też oblegany. Tłumy turystów wszędzie dookoła, lecz dla mnichów życie toczy się dalej. A jednak tuż poza murami wkracza indyjski świat - krowy pasące się między śmieciami.


Po modlitwach powrót do kwater. 

Niesamowite rośliny na terenie klasztoru.





Poza klasztorem jest całe miasteczko. Sporo sklepików z zupełnie innymi ubraniami, biżuterią i jedzeniem. Kupiłam zapas różnych makaronów tybetańskich. Żałuję bardzo, że nie udało mi się zajrzeć do żadnej z okolicznych tybetańskich knajpek. Uwielbiam tybetańskie pierożki momo.














To chyba makieta Lhasy.






Kolorowe flagi powiewają już kilka kilometrów przed osiedlem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...