29 stycznia 2015

Car Festival - i wcale nie chodzi o samochody

W rodzinie męża są tylko dwa takie wydarzenia, które sprawiają że wszyscy biorą urlop, piszą dzieciom usprawiedliwienia do szkoły i jadą setki kilometrów w rodzinne strony. Pierwszym jest święto Ganesh Chaturthi (wtedy wolne jest ustawowo), a drugim największy festiwal w Mangalore, który to jest festiwalem obchodzonym tylko przez tą konkretną kastę - Car Festival, zwany też Kodial Teru.


Kiedy już lata temu mąż wspominał, że akurat trwa Car Festival, to oczywiście moja pierwsza myśl, że pewnie coś z samochodami, może jakieś show, albo coś w tym rodzaju. Tylko, że wspominał też coś o tym, że wujek jest ochotnikiem i codziennie chodzi do świątyni na 5.00 rano, żeby otwierać kokosy i wyskrobywać z nich biały miąższ. Ok, tylko co samochody mają do kokosów? Z małżonkiem mym jednak czasem ciężko się dogadać, bo to co dla niego jest oczywistą oczywistością, dla mnie jest prędzej czarną magią, a jako typowy chłop zdolności wysławiania się aby otoczenie dokładnie zrozumiało, miewa ograniczone.  

Car Festival znany jest w całym regionie, ale wcale nie chodzi o samochody. Car - to bowiem rydwan o specjalnej konstrukcji, z kołami na dole, pokojem dla kapłana i wizerunku boga po środku i z ogromną głową na górze. Od tych rydwanów cała ulica nazywa się Car Street. 

Car Festival, jak mnóstwo innych festiwali w Indiach jest świętem ruchomym, lokalnym i dotyczy jednej konkretnej community (kasty, społeczności) oraz jednej konkretnej świątyni. Oznacza to, że żeby świętować trzeba brać wolne, ale i tak tłumy dopisują. Większość kast ma jakieś swoje bardzo ważne święta, które koniecznie co roku trzeba zaliczyć, które wcale nie są znane osobom postronnym. Choć festiwal jest otwarty dla wszystkich, to osób spoza kasty jest zawsze tylko garstka. Być może dlatego, że jeszcze 15 lat temu osoby spoza wcale nie były mile widziane, a wchodząc do świątyni mężczyźni byli proszeni o rozebranie się z górnych warstw, żeby pokazać czy noszą nić bramińską! Przez ten czas nastąpił jednak postęp i uczestniczyć może każdy, a wszyscy są naprawdę mile widziani. 

Jeśli ktoś chciałby wziąć udział w jednym z takich lokalnych festiwali to polecam sprawdzić miejsce i daty na tej stronie: www.tdtemple.org


















O co w tym festiwalu chodzi? Przede wszystkim, jak to w Indiach, o jedzenie! Codziennie przez 6 dni w świątyni serwowane jest za darmo jedzenie. Rano spodziewać się można porrige, czyli rozgotowany ryż w wodzie, a po południu i wieczorem typowe wegetariańskie dania. Podobno wszyscy okoliczni mieszkańcy wcale nie gotują wtedy w domach, tylko chadzają kilka razy dziennie na darmową wyżerkę. 


Ochotnicy, którzy biorą udział w przygotowaniach, poprzez bezinteresowną pracę na rzecz społeczności mają się teoretycznie wzbogacać duchowo, a wierni spożywając te dania w świątyni powinni mieć na uwadze, że pokarm jest poświęcony. Tak naprawdę sens duchowy nie jest wcale za bardzo respektowany. Dla przeciętnego wyznawcy hinduizmu ważniejsze jest spędzanie czasu razem z rodziną i spotkanie raz do roku w gronie swojej kasty. Najważniejszą bowiem sprawą jest w Indiach bycie częścią community - wspólnoty. Obchodzenie świąt i powielanie rytuałów ma przede wszystkim zbliżyć ludzi do siebie, a religijność jest gdzieś na dalszym planie. Dla postronnego obserwatora może się wydawać wręcz na odwrót i hindusi zdają się być wręcz fanatykami religijnymi, ale zapytani odpowiedzą, że chodzi głównie o zbliżenie się i bycie częścią klanu. 

My także poszliśmy na darmową wyżerkę, a jak! Rok temu zabrałam nawet koleżankę z Polski, a ludzie dookoła byli zachwyceni że dwie białe siedzą i jedzą z nimi. Tutaj zawsze następuje moment konsternacji. Jedzenie jest przecież na liściach bananowca, sztućców brak. Jak one będą jeść?! Widok białych siedzących na ziemi po turecku i jedzących z liści prawą ręką sprawia, że ludzie dookoła są wręcz w siódmym niebie, a po posiłku wręcz nam gratulują i zapraszają ponownie. Sporo osób jednak tylko patrzy niczym szpieg. Rok temu wyszpiegowała nas znajoma teściowej, która od razu poszła zanieść jej relację. Mąż był tym razem widziany nie z jedną białą, ale z dwiema! I to do tego w świątyni. Istny harem!

   
Jedzenie serwują ochotnicy, a mężczyźni tradycyjnie powinni jeść bez koszulki.
Idąc na jedzenie trzeba koniecznie zabrać starą gazetę, żeby na niej usiąść, butelkę z wodą, żeby przemyć liścia i chusteczki do przetarcia. Nie zaszkodzi też płyn do dezynfekcji rąk.

Zdecydowanie też lepiej pójść w okolicach 18.00 niż 20.00, gdy tłumy robią się nieprzebrane, a ludzie tutaj niestety nie umieją stać w kolejce. Wszyscy się pchają i lecą na złamanie karku zająć miejsce, normalnie jak jakaś szarańcza! W tym roku byliśmy grupowo z rodziną właśnie wieczorem, no i niestety powiem szczerze, że w takich warunkach nigdy więcej! I choć koncept w sumie fajny, to właśnie z  tego powodu mąż przestał chodzić i nie był w świątyni aż 15 lat.

Szarańcza wpycha się do środka.
W końcu się udało wywalczyć miejsce!
Jedzenie jedzeniem, ale gdzie te car'y - rydwany? Procesja jest dopiero w dwa ostatnie dni. Najpierw tzw. Małe Teru, czyli mniejszy rydwan, a w ostatni dzień rydwan duży. Zaczyna się późno około 11.00 wieczorem, więc do tego czasu cała Car Street oblężona jest przez stragany i straganiki z przekąskami, sokami i różnymi duperelami. Ludzie siadają gdzie bądź na murkach lub chodnikach, bo innym miejsc siedzących brak.

Dla kobiet to przede wszystkim rewia mody, a Car Street jest niczym wybieg. Wszystkie zakładają lepsze sari, a z sejfów wyciągają złotą biżuterię. Na ulicy każda będzie pozostałe lustrować, a dyskusje będą dotyczyły tego komu mąż ostatnio jaką kupił biżuterię. 

Kilka godzin oczekiwania mija na plotkach i robieniu sobie selfie oraz na wklejaniu od razu zdjęć na facebooka. Przez 3 dni facebook był zawalony zdjęciami z festiwalu i zobaczyć można było kto jeszcze był, a kogo nie udało się wypatrzeć w tłumie. 

A na sam koniec w końcu procesja. Bóstwo wynoszone jest ze świątyni i obnoszone ulicą. Następnie wsadzone jest do rydwanu, a mężczyźni ciągną rydwan siłą własnych mięśni. Do tego dochodzą fajerwerki.

Drogę przed procesją oczyszcza ogień.









2 komentarze:

  1. To ja podzielam zdanie twojego męża, ta szarańcza mnie zniechęca totalnie. I jeszcze siedzenie na podłodze i jedzenie rękami, nigdy nie mogłam sie do tgeo przekonać. Na szczęście w Mumbaju zawsze były talerze i sztućce;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi szarańcza przeszkadza okropnie, więc nie wiem czy jeszcze pójdę :) Mąż poszedł dla mnie, żeby pokazać. W końcu to część jego "dziedzictwa kulturowego". Ale byłam, zobaczyłam i może jeszcze kiedyś pójdę, a może nie :) Taki styl jedzenia to typowy raczej na południu. Już się przyzwyczaiłam :)

      Usuń

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...