29 grudnia 2014

House warming - Puja

W pierwszym poście dotyczącym imprezy na otwarcie domu pisałam o tym, że cała otoczka i goście to tylko dodatek. Najważniejsza jest bowiem puja - czyli specjalna modlitwa występująca w hinduizmie. Puja z okazji house warming ma za zadanie wprowadzić do nowego domu boga, gdyż przecież żaden dom czy mieszkanie nie może funkcjonować bez opieki bóstw, oraz rozpalić nowe ognisko domowe - jak się potem dowiedziałam, te dwie rzeczy odbywają się całkowicie dosłownie!

Pomyślna data została ustalona na kilka tygodni w przód. Modlitwy nie można przecież zrobić w obojętnie jaki dzień! Pomyślność ustalana jest przez gwiazdy, więc wyznacza ją astrolog. Tymczasem, być może według gwiazd data była idealna, ale w życiu ziemskim okazała się beznadziejna! Rodzina jednak za żadne skarby nie chciała dostosować swoich planów do ziemskich przesłanek, gwiazdy przecież wiedzą lepiej!

Mieszkanie było używane, całe do remontu, a remont w toku i końca nie widać. Nic jeszcze nie wykończone, w każdym pomieszczeniu czegoś brakuje. To jednak nie ważne. Najgorsze, że nie ma kapłana! Wszyscy znajomi kapłani już na ten dzień zarezerwowani. Kapłana z innej community - czyli kasty, rodzina absolutnie nie chce! Co robić? Teściowa się wydziera na wszystkich już od kilku dni. Szuka kapłanów w innych miastach. Wszyscy są w stresie, a "pomyślna data" już za kilka dni. Wściekłość, rozpacz, wrzaski teściowej - to na pewno będzie pomyślny dzień, jak nic! 

Nadszedł w końcu ten dzień. Impreza oczywiście wcale nie gotowa. Bóstwo musiało być jednak tego dnia koniecznie wprowadzone do domostwa. Nie jestem pewna, czy dobrze tutaj ich zrozumiałam, ale wyszło na to, że skoro rodzina pochodzi z kasty braminów, czyli ex-kapłanów, to rolę przewodnika modlitw spełnił senior rodu, czyli dziadek. Przeprowadzony został prosty rytuał, zaproszono dosłownie kilkoro sąsiadów. Najważniejsze jednak, było że bóg Ganesha zajął o wyznaczonej godzinie swoje miejsce. Rozbito kilka kokosów na szczęście, walono z całej siły w blaszany bębenek by zrobić dużo hałasu, a rodzina złożyła bóstwu pokłon na podłodze. Obowiązek został dopełniony, aczkolwiek pozostało pewne uczucie niedosytu i żalu. 


Co się odwlecze, to się jednak nie uciecze. Kolejna bardzo pomyślna data została wyznaczona niebawem. Tym razem nie było mowy o fuszerce! Choć syn planował skromną uroczystość dla najwyżej 40 osób, wściekła teściowa, zażenowana poprzednim niepowodzeniem, wymogła by impreza była z rozmachem. Postaw się, a zastaw się, a synu płać!

SATYANARAYAN PUJA
Obowiązkiem każdego domownika przed rytuałem była kąpiel. Nie można się modlić brudnym. Kolejka do łazienki ustawiła się więc już skoro świt. Z resztą kapłan miał przyjść około 8.00 rano, a catering ze śniadaniem pojawił się około 7.30. 

Jako, że lubię wstawki o jedzeniu, to jest i jedzenie! W miseczce mamy sambar - najpopularniejsza zupa na południu Indii, która służy raczej jako dip do innych rzeczy. Białe placki idli - gotowanie na parze, tym razem zawinięte w zielone liście, stąd tutaj nieregularny kształt. Brązowa kulka to ambade. Żółty pudding to ananasowa sheera, a do tego chutney kokosowe, ale z dodatkiem czegoś zielonego. 


Kapłan przybył z reklamówką wypchaną po brzegi różnymi artefaktami. Przedmioty mają różne znaczenie symboliczne, a jednak hindusi zapytani jakie, nie mają zielonego pojęcia. Wśród najistotniejszych są liście bananowca, dużo suchego ryżu i kokosy. Poza tym sporo wieńców z kwiatów, haldi i kumkum - żółty i czerwony proszek służący do wymiany błogosławieństw i najważniejszy tego dnia, kociołek z drewnem, a do tego jakieś specjalne gałązki, które miały szczególne znaczenie. 


Kapłan rozpakował artefakty w białych szatach roboczych, by za moment przebrać się w szaty czerwone. Rozpoczęły się rytuały, w których przez kilka godzin brali udział syn i synowa. Razem z kapłanem zasieli na niziutkich stołeczkach, by przez kolejne długie minuty powtarzać za nim przeróżne gesty. Kapłan co i rusz przekładał jakieś źdźbła roślin z jednego miejsca na drugie, kładł kwiaty to tu to tam, kazał rzucać ryż i wykonywać tysiące innych gestów, których znaczenie nie było znane nawet zgromadzonej indyjskiej rodzinie. Cała ceremonia poprowadzona została w sanskrycie - starożytnym języku indyjskim, który obecnie jest bardziej językiem "liturgii" i tekstów religijnych.


Po ponad godzinie rytuałów zapalono w końcu ognisko. Nawet mi się spodobało, ale jednak kapłan wciąż i wciąż dokładał coraz to więcej drewna. Po kilku minutach buchnął ogromny ogień, cały pokój się zadymił, a ze spokojnych modłów zrobiła się impreza pod tytułem "zaraz się wszyscy zaczadzimy!". Dym rozprzestrzenił się wszędzie, w każdym pokoju i na klatkę schodową. Wszedł do oczu powodując straszliwe pieczenie i potoki łez, wszedł do płuc sprawiając dotkliwy ból, atak okropnego kaszlu i brak tchu. Wszyscy zaczęli kaszleć i się dusić. Ból fizyczny był nie do opisania. Już rozumiem na czym polega śmierć przez zaczadzenie w płonących budynkach. Wyszłam po prostu na ulicę. Nie mogłam tego znieść. Stałam przed blokiem i tylko witałam kolejnych gości jak odźwierny. Indyjska rodzinka dalej twardo stała w czadzie. Niepojęte. Kilka osób z lekceważeniem zaśmiało się na moje uwagi o niebezpieczeństwie dla zdrowia i niebezpieczeństwie pożaru. A jednak wieczorem szwagier zaczął się skarżyć na bóle w klatce piersiowej i trudności w oddychaniu... 

Płonie ognisko, płonie w..... mieszkaniu!
Około południa nastąpiła długa przerwa. Kapłan dostał poczęstunek i zaaranżował nowe dekoracje. W tym czasie zeszło się już bardzo dużo gości. Dom ledwo ich mieścił. Sporo osób poszło na dach bloku, gdzie jest taras i gdzie rozstawiono baldachimy i krzesła. Tymczasem zaczęła się druga sesja modłów. 


Punktem kulminacyjnym było ponowne zapalenie mniejszego ognia na tacy i szybka grupowa modlitwa. Ogień puszczony został w tłum, by każdy sobie "pobrał" błogosławieństwo z ognia, wykonując gest zagarniający od płomienia na własną głowę. Była wymiana błogosławieństw poprzez pozostawienie żółtej i czerwonej kropki na czole, a także dotykanie stóp. W podzięce za przybycie każda zaproszona kobieta otrzymała też dla swojej rodziny podarek: metalową miseczkę wypełnioną bananami, kwiatami, kokosem, pieniędzmi (10 rupii) oraz skrawkiem materiału, który służy do uszycia sobie bluzeczki do sari. 



Ponieważ cała ceremonia poprowadzona została w sanskrycie to dopiero na sam koniec kapłan przemówił do ludzi w zrozumiałym języku i zaczął opowiadać historię. Historia ta dotyczyła źródeł pochodzenia pujy, korzyści jakie daje i zagrożeń, które mogą się pojawić jeśli ominie się modły. 

Punktem kulminacyjnym i powodem dla którego przyszły rzesze innych ludzi , nieobecnych na modlitwie, był lunch, czyli darmowe jedzenie. Kapłan otrzymał posiłek jako pierwszy. Następnie zaproszeni zostali goście. Znów miejsca było za mało i goście jedli turami. Rodzina znów musiała czekać na sam koniec, bo nie wypada jeść przed gośćmi.

Jak zawsze w przypadku uroczystości religijnych u braminów jedzenie było wegetariańskie, a w zasadzie wegańskie: 
  • biały ryż polany wodnistym dalem (zupą z soczewicy)
  • pakora z kalafiora - kalafior smażony w cieście (na środku talerza)
  • papad - duży chrupek (skrajnie na prawo)
  • togari gashi - jasny sos pod ryżem 
  • ambat z białą fasolką - czerwony sos
  • makaron ryżowy seviyan - nitkowate coś na dole (w Kerali znany też jako idiyappam)
  • jakieś chutney (po lewej stronie na dole)
  • tendli bibbe upkari - świeże, niedojrzałe orzechy nerkowca smażone z małymi indyjskimi a'la ogórkami zwanymi tindora. Rzadkie danie spotykane tylko w tej konkretnej kaście. 
  • sapat - (na lewo od ryżu) specjalny pudding podawany tylko w dniu pujy, przypomina sheerę.

27 grudnia 2014

Boże Narodzenie w Indiach

Boże Narodzenie to dosłownie Gwiazdka w Indiach! Podświetlone gwiazdy to tutaj symbol świąt.
Święta, święta i po świętach :) Niewątpliwą wadą mieszkania w różnych egzotycznych krajach, jest fakt że w okresie Świąt Bożego Narodzenia może nas dopaść niesamowita nostalgia i tęsknota za świątecznym nastrojem i całą tą otoczką, do której tyle osób ma duży sentyment. Z tyłu głowy zazwyczaj jest jakiś element żalu, że nie ma śniegu, temperatury powyżej 30 stopni nie nastrajają, a na mieście zamiast oświetlonych choinek, prędzej widać podświetlone palmy.

Ja jednak tego problemu zupełnie i całkowicie nie mam! Święta w Polsce to był od zawsze powód dużego stresu, wychodziły wszelkie podziały w rodzinie i zazwyczaj kończyło się kłótniami, wzajemnymi oskarżeniami i niechęcią do wszystkich i wszystkiego, aby na zakończenie poczuć się dogłębnie urażonym i zażenowanym. To był czas, gdy rodzina się dzieliła na obozy, a każdy z obozów był w stanie cichej lub całkiem otwartej wojny. Nie wspominając już, że tak na dobrą sprawę świąt u nas nie było. Choinki u nas w domu nie było nigdy, tym większą radość sprawiły mi święta w Indiach, gdzie w końcu mogłam postawić swoją choinkę i starać się pierwszy raz od dawna poczuć nastrój świąt. 

Nasza mała choinka i kilka innych skromnych dekoracji, a za oknem wychyla się gwiazda. 
Ale na początek trochę faktów. Chrześcijanie są w Indiach mniejszością religijną i stanowią zaledwie 2.3% populacji, co jednak daje aż 24 miliony wyznawców i jest większą liczbą ludzi niż populacja wielu europejskich krajów! W większości Indii ich obecność jest mało widoczna, a Święta Bożego Narodzenia można prędzej zobaczyć w formie dekoracji w centrach handlowych, niż na mieście. Tymczasem duże skupiska chrześcijan w Indiach są na wybrzeżu, zwłaszcza w terenach nadmorskich od Goa po Keralę. 

Sklep z ozdobami.
Boże Narodzenie w Mangalore zdecydowanie widać i czuć! Oczywiście, może nie aż tak bardzo jak w Polsce, ale jednak. Właśnie teraz dokładnie widać ilu w tym mieście jest katolików. Bloki i domy przystrojone są światłami, choinkami i gwiazdami. To strojenie domów, to niemal jak zaznaczanie terytorium. Patrz! Ja jestem Katolikiem i obchodzę Święta! Praktycznie w każdym bloku, choć jedno mieszkanie jest ozdobione. Najważniejszą dekoracją na święta w Indiach jest podświetlona gwiazda. Stwierdzenie, że święta Bożego Narodzenia to inaczej Gwiazdka, nabiera w Indiach dosłownego znaczenia!






U sąsiadów i w pobliskim kościele było tak. 
Prawdziwie Świąteczna atmosfera rozpoczęła się z końcem listopada. Zaczęło się od festynów przy kościołach.


Grudzień to wśród katolików z Mangalore przede wszystkim sezon ślubów. Tym bardziej, że rzesze młodych osób wyjechało za pracą do krajów Zatoki Perskiej, a właśnie teraz w okresie około świątecznym starają się wrócić na coroczne wakacje do domu. Skoro więc wszyscy się zjechali to czas na ślub!


Po mieście krążył też Mikołaj oddelegowany przez jedno z centrów handlowych. Nie miał sań, ale za to była sofa a'la tron. Z resztą to właśnie centra handlowe przodują jeśli chodzi o rozmach dekoracji. Organizują też różne eventy marketingowe zachęcające do dużych zakupów, śpiewanie angielskich kolęd, konkursy z nagrodami - komercja, jak wszędzie na świecie.









W pobliskim kościele miał też miejsce jakiś huczny festiwal, połączony z procesją uliczną i żywymi figurami przedstawiającymi scenki z życia Jezusa. Tłumy ludzi podążały za krzyżem w długim korowodzie ulicami miasta, dziewczynki rzucały na ulicę kwiaty, ale nie wiem dokładnie o co chodziło.




Za to u mnie na święta w tym roku mała tragedia! Zabrakło grzybów. Oczywiście przez grzyby, mam na myśli pieczarki. Dla mnie świąt nie ma bez barszczu z uszkami, a tu taka sytuacja. Przez 3 dni próbowałam gdzieś dostać i nic. W ogóle nie było dostaw do miasta. Pieczarki zasuszam szybko w mikrofali w trybie grill i można prawie normalnie robić i barszcz i uszka. W tym roku zonk! Ale nie daruję i zrobię! Barszcz z uszkami to moje ulubione danie wszech czasów i raz do roku muszę koniecznie zjeść. Zamiast tego był barszcz, ale w smaku lekko niedorobiony, a pierogi zrobiłam ruskie z farszem z ziemniaków i sera paneer. Karp indyjski nazywa się rohu i nie dość, że tani to w smaku lepszy od polskiego. Innym gatunkiem karpia w Indiach jest też catla, ale raczej wolę rohu. Do tego mąż wymodził krewetki w curry. Ciasta kupiłam gotowe. Zwłaszcza, że w Indiach na święta obowiązkowo trzeba zjeść plum cake - ciasto śliwkowe. Poza tym wśród katolików z Mangalore tradycją jest tzw. kuswar basket - koszyczek z  indyjskimi słodyczami, który niestety był już wykupiony.

Lokalni katolicy świętują przede wszystkim w kościołach, które w Wigilię wypełnione są po brzegi. Święta są mocno związane właśnie z kościołem, dość rodzinne, ale z drugiej strony też bardzo imprezowe. Tym bardziej że katolicy w Mangalore znani są z jednej strony z fanatyzmu religijnego (np. sporo osób jest codziennie na mszy, pół dnia w domu puszczają audycje tutejszego odpowiednika Radia Maryja, a codzienna rozmowa zawsze schodzi na temat wiary i kościoła!), ale z drugiej strony ze swobodnego podejścia do alkoholu, luźniejszej obyczajowości i z zamiłowania do imprez połączonych z tańcami. Nie może więc też zabraknąć bali świątecznych. W końcu Boże Narodzenie to impreza urodzinowa, trzeba się więc bawić! 



Wesołych Świąt 

17 grudnia 2014

House warming odsłona druga, czyli - Trochę o indyjskich Katolikach

Huczne "otwarcie domu" świętują wszystkie grupy religijne. O tym, czym jest "house warming" pisałam już w tym poście. A niedawno miałam okazję zobaczyć jak to wygląda w przypadku indyjskich Katolików. 

Nowy dom robił naprawdę dobre wrażenie. Zostało dobudowane dodatkowe piętro, a parter powiększono o kilka nowych pomieszczeń. Odbyło się to jednak kosztem "podwórka", wobec czego imprezę zorganizowano u sąsiadów. Miejsca nie dało się przegapić. Już z dala widać było rozwieszone baldachimy - zupełnie takie same, jak na imprezie u Hindusów. 


U indyjskich Katolików, przede wszystkim najważniejsze było poświęcenie nowego domu przez księdza. W każdym pomieszczeniu zawieszono małe krzyże, ale punktem centralnym był bogato przystrojony kwiatami ołtarzyk z licznymi krzyżami i podobiznami Jezusa. 

Ołtarzyk, przy którym ksiądz święcił dom.
Samo poświęcenie domu w gronie najbliższych to jednak wcale nie wszystko! Pod baldachimem ustawiono w rzędach mnóstwo plastikowych krzeseł, a scena ustawiona z przodu posłużyła za ambonę. Po poświęceniu miała miejsce msza, w której uczestniczyli wszyscy zaproszeni goście. Co poniektórzy mniej zainteresowani, albo osoby innego wyznania stali jednak bardziej z tyłu, lub siedzieli w ostatnich rzędach i tylko patrzyli. Tym bardziej, że msza poprowadzona została w języku konkani, w dialekcie którym mówią tylko Katolicy z Mangalore. Mój mąż także mówi w konkani, a jednak w innym dialekcie! Dialekt katolicki jest inny i hinduistyczny jest inny. Dodatkowo Katolicy z Mangalore mówią w jeszcze innym dialekcie niż Katolicy z Goa, a wszyscy teoretycznie posługują się jednym językiem! Z kolei Goa to jedyny stan w Indiach, w którym język konkani jest językiem urzędowym. 

Tymczasem mój mąż umie się posługiwać zarówno w hinduistycznym, jak i w katolickim dialekcie, a dialekt z Goa częściowo rozumie. Stąd brany jest bardzo często za Katolika, a gdy się okazuje że jednak nie jest, wzbudza w ludziach totalną konsternację. W Indiach każdy chce innych szeregować, klasyfikować. Nie można być przecież nikim! Bez wiary, bez pochodzenia, bez swojego jednego głównego języka! Mąż ludzi w Mangalore szokuje. Płynnie przechodzi w każdy lokalny język, a jednak nad je wszystkie przedkłada komunikacje po angielsku, pytany o wiarę odpowiada, że jest niewierzący, pytany o nazwisko unika odpowiedzi (po nazwisku można poznać wyznanie i kastę), z wyglądu zbyt nowoczesny, nie do zaklasyfikowania. Peszy i szokuje ludzi, zupełnie nie wiedzą jak go mają "ugryźć". 

Msza i ksiądz w białych szatach prowadzący kazanie.

Co było mocno zaskakujące, to fakt, iż z imprezy zrobiono dwa w jednym! Oprócz poświęcenia nowego domu zorganizowano też 80-dziesiąte urodziny seniorki rodu. Odśpiewano "Happy Birthday", wręczono prezenty, po czym zaczęła się ustawiać ogromna kolejka do sesji zdjęciowej z babcią. Gdzieś pomiędzy były jeszcze tańce, konkursy z nagrodami, a także wciśnięto wręczenie prezentów i podziękowanie wszystkim osobom zaangażowanym w budowę domu. Na scenę zaproszono od inżyniera po murarzy. Babcia wręczyła im pakunki. 

Kolejka do zdjęć.

Podarki dla budowniczych.




































W międzyczasie rozdano kawałki ciasta śliwkowego (plum cake) oraz kieliszki z czerwonym winem. Zszokowałam się lekko, w końcu było wczesne popołudnie, a ludzie w Indiach mają dość restrykcyjne podejście do alkoholu, tym bardziej na imprezie familijnej. Tymczasem mój szok się pogłębił totalnie!! Naprawdę, nie wiem co mam o tym myśleć. Indyjscy Katolicy, zwłaszcza tutaj na wybrzeżu, faktycznie słyną z luźnego podejścia do alkoholu, ale żeby aż tak! Wino podane zostało dzieciom - malutkim dzieciom! Pominięto może niemowlęta, ale już takim trzylatkom matki i ojcowie sami podali kieliszki i dzieci jak najbardziej z chęcią sobie golnęły. Szok! Ale jak to? Dzieci nie sięgające mi pasa, stały i sączyły czerwone mocne wino. O co w tym wszystkim chodzi? 

Byłam też bardzo ciekawa co będziemy jeść. Nie zawiodłam się! Były nowe, nieznane mi rzeczy. Catering prowadzony był przez katolicką firmę. Na talerzu znalazły się więc: 

  • Placki Sanna - bułki ryżowe gotowane na parze. Tak naprawdę jest to idli z dodatkiem drożdży, dzięki czemu bułka wychodzi puchata, pełna powietrza i rewelacyjna. Podobno mówi się, że ma być puchata jak bawełna i coś w tym jest. Idli mogą się schować! Od dziś chcę jeść tylko placki sanna.
  • Pork Bafat - czyli curry z wieprzowiny. W Indiach wieprzowina nie jest aż tak szeroko dostępna, a jednak indyjscy Katolicy słyną z dań z wieprzowiny. Co ciekawe, mięso jest krojone bez zastanowienia jaka to część. Kawałki samego tłuszczu i czegoś w stylu bekonu, a tylko gdzieniegdzie można w daniu znaleźć mięso. Powiem szczerze, że szukanie mięsa to jak szukanie igły w stogu siana. Pork bafat było wstrętne i obrzydliwe. Ordynarne kawały tłuszczu ze świni zanurzone w bardzo tłustym i oleistym sosie. Tego nie zjadłam. Co ciekawe placki sanna jedzone z pork bafat to tutaj podstawowe danie na Boże Narodzenie.
  • Oprócz tego było jakieś curry z kurczaka i kurczak po "chińsku" bez sosu, a do tego warzywne pulao z ryżu.


























Na imprezie spotkaliśmy niestety sąsiadkę. Choć mieszkamy na tym samym piętrze, to jakoś nie było okazji poznać się bardziej. Sąsiadka odegrała scenkę sugerującą, żeby ją odwieźć razem do domu, więc dla dobra sąsiedzkich relacji zabraliśmy się razem. Rozmowa mało się kleiła, więc mąż zagadał w jej katolickim dialekcie i powiedział, że pochodzę z kraju papieża Jana Pawła II i że on i ja byliśmy też w Watykanie kiedyś. Sąsiadka się zszokowała. Cała się aż podnieciła. Zaraz się posypały standardowe pytania. Od razu też założyła, że ja też jestem Katoliczką. Gdy stwierdziłam, że jestem niewierząca aż nie potrafiła uwierzyć. Nie chciało mi się też tłumaczyć, że prędzej byłam kiedyś Świadkiem Jehowy. Zaraz pytania do męża kim jest i skąd i dlaczego! Ludzie w Indiach nie mają skrupułów i są niezmiernie wścibscy. I znów łatwa umiejętność przechodzenia na różne dialekty i nie przyznawanie się konkretnie do żadnej religii wprowadziła kolejną osobę w totalną konsternację. A gdy jeszcze dodał, że jest niewierzący i chodzi i do świątyni i do kościoła i obchodzi Diwali, jak i Boże Narodzenie przyprawiło sąsiadkę o całkowity zawrót głowy. Niepojęte! Totalne bzdury jakieś! Sąsiadka nie była w stanie pojąć takich bezeceństw. Gdy tylko usłyszała jednak, że choinka już u nas stoi, to zatrzymała się na tej myśli już nie dopuszczając tych pozostałych grzesznych słów. "Wasz dom jest katolicki" - stwierdziła z całą pewnością, wręcz nam narzucając, po czym się pożegnała. 

16 grudnia 2014

House warming - Indyjska "parapetówka"

Życie rodzinne i domowe w Indiach bogate jest w wiele nieznanych mi dotąd tradycji, rytuałów czy też przesądów. Niektóre z nich mają znaczenie ściśle religijne, inne związane są raczej z miejscową kulturą, a czasem - jak w tym wypadku, łączą obydwa powody. 

Nie wiem jak to dokładnie powiedzieć po polsku? 

House Warming, czy też House Opening - to najważniejsza impreza na otwarcie nowego domu, jest jednym z najważniejszych filarów przyszłego szczęścia i powodzenia rodziny w tym miejscu. Ale czy można powiedzieć, że jest to "parapetówka"? Nie! Wcale nie! W dosłownym znaczeniu to raczej pierwsze "otwarcie domu" dla szerszej "publiczności", albo też "ocieplenie domu" - w sensie zapalenie w nim nowego "ogniska domowego".

Huczne "otwarcie domu" świętowane jest przez wszystkie grupy religijne. Muzułmanie zamawiają wtedy ogromne kilkunasto-kilogramowe gary z potrawą zwaną biryani. Katolicy sprowadzają księdza i zapraszają gości. Hindusi z kolei organizują pooję - modlitwy z udziałem kapłana. 

Wejście na imprezę zawsze ustrojone jest specjalnym baldachimem.
House warming jest zawsze bardzo huczne w przypadku wybudowania całkowicie nowego domu. Odrobinę mniejszy rozmach widać, gdy nie jest to dom, a jedynie nowe mieszkanie. Tymczasem zakup i odremontowanie mieszkania używanego jest trzecie w kolejności, tak przynajmniej wynika z moich obecnych obserwacji. Jeśli rodzina jedynie wynajmuje mieszkanie, to imprezy w zasadzie nie ma wcale. 

Przede wszystkim data musi być pomyślna! Jak wiele innych aspektów życia, także i w tym wypadku, dzień uroczystości wybrany został przez kapłana specjalizującego się w astrologii. Wybrano nie tylko najlepszy możliwy dzień, ale także godzinę. Hindusi podporządkowują wszelkie aspekty swojego życia horoskopowi, astrologom i pomyślnym datom. W tym wypadku nie może być inaczej!

Żaden hinduski dom nie może zacząć funkcjonować, jeśli nie zostanie do niego wprowadzony "Bóg" - dosłownie i w przenośni. Każdy dom, posiada specjalnie wyznaczone miejsce, w którym trzymany jest domowy ołtarzyk. 

Tego dnia zaproszeni zostaliśmy na ogromną imprezę. Gości było prawie 1000. Wiedziałam, że będzie sporo ludzi, ale to już przechodziło wszelkie pojęcie! Właściciele domu - bardzo daleka rodzina, sami zajmują się cateringiem na takie zloty, więc skoro koszty były dla nich samych znacznie niższe, postanowili zaprosić chyba pół miasta.

Już od rana odbywały się specjalne rytuały. Kapłan instruował domowników w jaki sposób mają się modlić oraz wprowadził posążki bóstw. Dla gości taka impreza jest dość nudna, a jeśli nie lubi się spędów rodzinno-towarzyskich, to może być wręcz nieznośnie uciążliwa. Nic specjalnego się nie dzieje. Siedzenie, ploty, dzieciarnia biega dookoła i wrzeszczy. Póki trwają modły nikt nie wchodzi do domu. Dopiero po ich zakończeniu można wejść. Każdy chodzi i podziwia co i jak zostało zrobione z miną znawcy, lub jakby oglądał wystawę w muzeum. Nie przynosi się prezentów! Jedynie zupełnie najbliższa rodzina daje coś na nowy dom.

Garkuchnia polowa.
Tak naprawdę każdy przyszedł na darmowe jedzenie! Mieszkanie, powiedzmy sobie szczerze, mało kogo obchodzi. Darmowa wyżerka jednak, to jest to! Rodzaj cateringu zależy zawsze od wyznania, a w przypadku wyznawców Hinduizmu - od kasty domowników. Tego dnia dawali południowo-indyjskie wodniste curry. Jak zawsze w rodzinie męża, typowa bramińska kuchnia wegetariańska podawana na liściach bananowca. 

Dania w garach. Typowe południowo-indyjskie wodniste curry i pulao z ryżu. Wszystko wegetariańskie. 






Choć na co dzień używam sztućców, to na takich spędach nie robię scen, tylko jak inni jem ręką z liścia. Nie stanowi to dla mnie żadnego problemu, a zawsze jest to jakieś inne kulturowo doświadczenie, plus wiem, że wielu osobom sprawię tym małym gestem ogromną przyjemność. Wszyscy się cieszą, że mi smakowało i że jadłam razem z innymi. Jedzenie razem i tak jak inni może być jakimś znakiem, że jesteśmy częścią community-społeczności, a w Indiach  bycie częścią społeczności rodzinnej jest ważne. 

Moja porcja (od prawej): papad - duży okrągły "chrupek", podi (smażony jackfruit), curry z mango, biały ryż, rasam - wodnista zupa polana po ryżu, valval (białe curry), curry z ziemniaków i zielonej papryki.
Tego dnia ludzi były nieprzebrane tłumy, więc do stołów zasiadali turami, a większość od razu po lunchu uciekła do domu. Takie imprezy w Indiach charakteryzują się jednak całkowitym brakiem jakiegokolwiek wyrafinowania w podawanym jedzeniu. To zawsze przypominający stołówkę bufet, plastikowe krzesła ogrodowe i często stalowe stoły przykryte jednorazowym papierowym "obrusem". 

Zaplecze imprezy.




Upał był po prostu niesamowity. Wykończeni zasiedliśmy pod wiatrakiem, gdy reszta gości kończyła jeszcze jeść. Dzieci urządziły pokazy tańców z podkładem muzycznym z komórki. Gospodyni odbierała ostatnie błogosławieństwa od gości, którym w zamian za dobre słowo dotykała stóp - na znak podziękowania i szacunku, a ja załapałam się nawet na mehendi! 






7 grudnia 2014

Sabarimala - przygotowania do pielgrzymki

W okolicach listopada, na ulicach miasta zaczęli pojawiać się dziwnie ubrani mężczyźni. W zasadzie powinnam jednak powiedzieć, że bardziej niż ubrani byli - nieubrani! Za ich cały strój służył bowiem jedynie owinięty wokół pasa długi kawałek czarnego materiału - coś jak spódnica, tylko że materiał raczej przypominał cienki ręcznik. Lungi - pod taką ogólną nazwą znany jest ten strój w całych Indiach. Czasem mówi się też dhoti, a w Kerali występuje nazwa mundu. Podobno w zależności od regionu i nazwy te stroje różnią się trochę: jedne będzie kolorowe, inne białe, kolejne w kratkę. Mundu np. zawsze będzie białe i nakrochmalone i stąd już inna nazwa. Niemniej jednak chodzi wciąż o jedną rzecz - "męską spódnicę"! I właśnie tak odzianych mężczyzn widać było wędrujących po mieście tu i ówdzie. Czasami mieli także coś na górze, koszulę czy bluzkę, ale za to zawsze chodzili po ulicy bez butów, wszędzie na boso!

Okazało się że ci wszyscy mężczyźni są w trakcie przygotowań do pielgrzymki. Coroczna pielgrzymka do Sabarimali jest jedną z największych i najważniejszych pielgrzymek dla wyznawców hinduizmu w całych Indiach. Niektóre źródła mówią wręcz, że jest to druga najliczniejsza coroczna pielgrzymka na świecie, zwłaszcza obecnie, gdyż w ostatnich latach zyskała sporo na popularności. Sama Sabarimala położona jest na południu Kerali, pośród pasm górskich Ghatów Zachodnich, na pograniczu z Tamil Nadu. Świątynia w Sabarimali poświęcona jest bogowi Ayyapanowi, który oddał się w tym miejscu medytacji, po tym jak pokonał potężne demony.

Aby udać się na pielgrzymkę nie trzeba być wyznawcą Hinduzimu, ale trzeba być za to mężczyzną! Kobietom nie wolno brać w niej udziału. W zasadzie zakaz obowiązuje tylko te kobiety, które mogą mieć miesiączkę, czyli od 10 do 50 roku życia. Podobno dlatego, że bóstwo - Ayyapan, któremu poświęcona jest pielgrzymka, wyznawał celibat. Hmm... no cóż. Nie, to nie, ale ciekawe czy jest za to jakieś miejsce pielgrzymek tylko dla kobiet? Jakoś nie sądzę! A może się mylę?

Pielgrzymem może być więc każdy chętny mężczyzna. Kilku wujków męża brało w tym udział, nawet więcej niż jeden raz. Okres przygotowań trwa 41 dni i jest bardzo restrykcyjny. Z jednej strony ma ich przygotować duchowo, ale z drugiej też fizycznie. Zwłaszcza dawniej wspinaczka była bardzo uciążliwa i wymagała sporej krzepy, a co słabsi osobnicy nie docierali, a nawet ginęli po drodze. Świątynia leży w górach, a ścieżka była wyboista i dodatkowo prowadziła przez dżunglę. Nawet obecnie nadal nie jest bezpiecznie. 3 lata temu setki ludzi zostało zadeptanych na śmierć. Na pielgrzymkę wyruszają bowiem miliony ludzi - ludzi z Indii, którzy nie umieją iść w kolejce, którzy wiecznie się pchają, którzy za nic mają kwestie bezpieczeństwa i którzy nie umieją w ogóle myśleć o konsekwencjach takich spendów. To jest coś w mentalności indyjskiej, której nigdy nie zrozumiem. 

W Mangalore głównym centrem przygotowań jest świątynia Kadri. Pielgrzymi przede wszystkim muszą przestrzegać ścisłego wegetarianizmu. Nie wolno spożywać nawet jajek, dozwolone są za to produkty mleczne. Dodatkowo jedzenie nie może wyjść spod rąk kobiety. Nie wolno też pić, palić, przeklinać, golić się, czy też obcinać paznokci. Obowiązkowy jest w tym czasie także celibat. Wielu pielgrzymów wyprowadza z tego powodu z domów. Żony muszą więc cierpliwie czekać. Mężczyźni muszą poza tym spać na ziemi bez poduszki. Cały dzień wypełniony jest sesjami modlitw, a także modlitw połączonych z ćwiczeniami: skłony i modły, przysiady i modły, itd. Dwa razy dziennie muszą też wziąć kąpiel w zimnej wodzie  w świątynnych studniach - tak dla krzepy i hartowania oraz trenowania silnej woli. Mężczyźni noszą też na twarzy oraz ciele 3 podłużne pasy, narysowane jakąś pastą oraz specjalne czarne korale. Przez 41 dni nie wolno im nosić obuwia. Świątynia w Sabarimali jest na wzgórzu, a wzgórze jest święte, dlatego wspinaczka odbywa się boso. Chodzenie przez ponad miesiąc bez butów, ma więc ich przyzwyczaić i wzmocnić.

Ponieważ świątynia otwarta jest jedynie od 15 listopada do 26 grudnia, to tych specyficznych pielgrzymów można zobaczyć tylko teraz. Zwłaszcza wieczorem wszyscy gromadzą się w świątyni, gdzie modlą się, biorą zimną kąpiel i spożywają wspólnie posiłek.







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...