30 listopada 2014

Sheera - Prosty pudding z semoliny

Pierwszy deser na blogu :) Słodyczy prawie nie jadam, ale jednak sheera, zwłaszcza ta domowa, w której sama decyduję ile dodam cukru, to coś co bardzo lubię. Sheera w miejscowych jadłodajniach jest bardzo słodka i bardzo tłusta, dlatego zdecydowanie wolę ją zrobić sama w domu. 

Sheera (czyt. sziira), to bardzo prosty pudding na słodko z semoliny (rava, sooji), którą z powodzeniem można zastąpić też kaszą manną. W wersji podstawowej głównym składnikiem jest tylko sama semolina. Popularne są jednak też różne dodatki z owocami. Najczęściej spotkać można sheerę z ananasem, która jest moją ulubioną wersją. Można też spotkać wersje z bananami lub z indyjskim owocem o nazwie chikku

SKŁADNIKI:


  • semolina lub kasza manna - 3/4 szklanki
  • ghee/klarowane masło - 1 łyżka
  • cukier - oryginalnie 3/4 szklanki, u mnie niecałe pół
  • orzechy nerkowca - 1/4 szklanki
  • rodzynki - garść
  • kardamon w proszku - szczypta do max. pół łyżeczki
  • mleko - 3 łyżki (opcjonalnie)
  • szafran - kilka ździebeł (opcjonalnie, gdyż ten składnik dodaje się tylko dla koloru)
  • woda - 2 szklanki
  • OPCJONALNIE OWOCE: ananas, banan, chikku

1. Podgrzać mleko i do ciepłego wrzucić na kilka minut źdźbła szafranu. Po jakimś czasie mleko zrobi się żółte. Szafran dodaje się jedynie dla koloru, więc nie ma co sobie zaprzątać głowy i spokojnie można ten składnik pominąć.

2. Na małym ogniu podgrzać ghee. Wrzucić nerkowce i czekać aż powoli lekko zbrązowieją.


3. Osobno zagotować 2 szklanki wody.

4. Do ghee i nerkowców wrzucić semolinę (lub kaszę mannę). Mieszać i obtoczyć w ghee. Prażyć na małym ogniu ciągle mieszając około 4 minuty.  


5. Zalać miksturę wrzącą wodą. Użyć jedynie 1,5 szklanki. Dosypać cukru, wrzucić rodzynki i dodać kardamon. Wlać mleko z szafranem. Mieszać aby nie powstały grudki.


6. Resztę wody dolać, tylko jeśli mikstura wyjdzie za sucha. Woda będzie wchłaniana stopniowo. Mieszać i czekać. Konsystencja ma być zbita, ale wilgotna. 



WERSJA Z ANANASEM:


1. Składniki i kroki są takie same, jedynie trzeba przygotować ananasa. Można przygotować szafran (opcjonalnie). Należy uprażyć orzechy nerkowca i semolinę.

2. Ananas z puszki zapewne nadaje się do użycia od razu. Warto wykorzystać też zalewę i dodać ją do wody. 

Świeży ananas pokroiłam w kostkę i zagotowałam w wodzie z cukrem. Gotowałam jakieś 5 minut. 


3. Uprażoną semolinę należy zalać wodą z ananasami. Dodać rodzynki, kardamon, mleko z szafranem. Można spróbować czy jest wystarczająco słodkie. Wersja z ananasem może wymagać więcej cukru.


GOTOWE!
SMACZNEGO!

29 listopada 2014

Nie do końca udana weekendowa odskocznia - plaża w Malpe i Manipal

Tegoroczny późny monsun nareszcie się skończył i można korzystać z niemal codziennej idealnej pogody. Ostatni miesiąc to bardzo częste wizyty na okolicznych plażach. Nad morzem jestem raczej popołudniu, głównie po to by chodzić kilometrami brzegiem morza. Jednakże takie typowe w naszym rozumieniu plażowanie nie za bardzo jest tutaj możliwe, dlatego w tym celu trzeba pojechać kawałek dalej.

Krowy na plaży. Normalka! :D



Dwa tygodnie temu wybraliśmy się ponownie do Udupi, a w zasadzie tylko na tamtejszą piękną plażę w Malpe, z której rozciąga się widok na Wyspę Kokosową. W naszym Mangalore także mamy ładne plaże, ale do pływania się nie nadają, a ja bardzo chciałam po prostu siedzieć w morzu i pływać choćby i pół dnia. Dla mnie to była pierwsza kąpiel w morzu w tym sezonie. Ostatni raz możliwe to było jakoś pod koniec maja. Podczas trwającego od czerwca do początku października monsunu morze jest bardzo wzburzone a pływanie niebezpieczne. 




















Syf. Ściek obok plaży.












Dzień zapowiadał się genialnie. Ludzi z rana niewiele, cudowna pogoda, po prostu sielanka. Na głównej plaży stoi kilka konstrukcji na palach z daszkiem, pod którym spokojnie się zmieści przynajmniej 5-6 osób. Można więc siedzieć na kocyku choćby i cały dzień bez konieczności prażenia się na słońcu. Na pierwszy rzut oka było też bardzo czysto, aż nieskazitelnie. Kilka kroków w głąb i jednak jest! Jest syf! Indie bez syfu by chyba nie istniały ;) Piękny kanał ze śmieciami i nie wiadomo czym, tuż obok budki z jedzeniem, domków i małego resortu położonego niemal na samej plaży. Swoją drogą, nie mam pojęcia, czy ktoś przebywał w resorcie bo wyglądało raczej na zaryglowane. Ceny podobno zaczynają się od 1500Rs za noc (około 75zł).






Na głównej plaży byli też ratownicy, których obecność jest bardzo ważna na zdradliwych wodach Morza Arabskiego. Wody nie przypominają tych z Bałtyku. Prądy są silne i nieprzewidywalne. My jednak wcale nie zdecydowaliśmy się pływać z zapleczem ratowników za plecami, nawet w sytuacji gdy pływać potrafię tylko ja. Dlaczego? Ponieważ plażowanie i pływanie w stroju kąpielowym w Indiach poza miejscami nastawionymi na białych turystów nie jest zbyt fajne. Wszyscy się gapią! Wlepiają oczy, śledzą każdy ruch, robią fotki z ukrycia lub jawnie się nie krępując. Błogi odpoczynek i święte lenistwo? O nie! Nic z tych rzeczy na zwykłej plaży w Indiach. Dlatego jak zawsze poszliśmy sobie hen daleko, z dala od ludzi, z dala od budynków. 
Plaża w Malpe leży obok portu i stoczni.
Obwoźny sprzedawca lodów nie krzyczy na plaży jak w Polsce. Jacyś chętni i tak się znają :)



 
Im dalej tym więcej łódek rybackich.









Wyspa Kokosowa na horyzoncie.




Sielanka na całego. Czysta plaża, morze gładkie jak nigdy. Bardzo rzadko gdzieś w oddali kilku rybaków, a ci miejscowi z mojego doświadczenia są zupełnie niegroźni. Gdzieniegdzie w buszu pod palmami poukrywane pary zakochanych. Też zaszyli się z dala oczu ludzkich. Zostawiliśmy tobołki na brzegu i pływaliśmy w morzu długie godziny. Fale niegroźne. Uczyłam znowu męża pływać, lecz chyba nigdy się nie nauczy :) Po prostu rewelacja. 

A jednak Udupi i plaża w Malpe to nie jest Goa. Wybór stroju na plażę może być kłopotliwy, zwłaszcza jeśli nie lubimy nadmiernych spojrzeń. O ile krótsze spodnie i bluzka na ramiączkach nie stanowią problemu, to już bikini na pewno by się bardzo wyróżniało. Ja zdecydowałam się na strój jednoczęściowy, a i tak byłam jedyną kobietą na horyzoncie tak skąpo odzianą. Nawet zakryta od stóp do głów budzę niechcianą ciekawość, więc tym bardziej nie miałam zamiaru robić sensacji paradując nawet na odludziu w bikini. Tego dnia nie byłam z resztą jedyną białą kobietą. Wszystkie siedziały poubierane. Jedynie jedna miała ogromny dylemat! Widziałam z oddali, że chyba bardzo się wahała co ma zrobić, gdyż jak się okazało miała właśnie bikini. Ostatecznie owinęła się cała ręcznikiem i tak owinięta weszła z nim do morza i z ręcznikiem pływała i z owiniętym mokrym wyszła z wody. Jest to jak widać jakieś rozwiązanie :D 

Fish and chips po indyjsku :D

























































Nad samym morzem grzechem by było nie spróbować lokalnych rybek. A tymczasem w budkach prawie sama chińszczyzna.... Udało się jednak też rybki: z lewej "naked fry" (sama ryba i trochę przypraw), z prawej "masala fry" (w ostrym sosie pomidorowym). Słynnej ryby "rava fry" (smażonej w panierce z semoliny) brak :/ Za to frytki po chińsku rewelacja! Smażone ze skórką, w chrupiącej panierce i jakieś przyprawy. Pycha. 

I gdy już byłam w stanie prawdziwego błogostanu, gdy dzień chciałam zaliczyć do jednego z najlepszych od dawien dawna, gdy niemal się rozpływałam z zachwytów, musiałam zostać sprowadzona znów na ziemię. 

Już prawie schodziliśmy z plaży, mieliśmy na popołudnie inne plany. Jeszcze tylko chciałam się trochę ponapawać widokami. Tym bardziej, że po południu na plaży zaczęły się inne atrakcje. Pojawiły się wielbłądy i paralotnia.




















Nie dane mi było jednak! No nie dane! A tylko sobie grzecznie siedziałam. Zbyt pięknie by było. Owszem ludzie jak zawsze spoglądali. Trafić się jednak oczywiście musiał samozwańczy paparazzi! Naprawdę wiele zniosę. Nawet jak ktoś ukradkiem, bardziej subtelnie chce tą fotkę pstryknąć, to zupełnie inaczej wygląda. Nie znoszę jednak, do szpiku kości nienawidzę! Nie toleruję po prostu, gdy jakiś chojrak jeden z drugim po chamsku robią mi zdjęcie z wyciągniętym na wprost moją twarz smartfonem! I jeszcze bez skrupułów podszedł, myśląc że co? Że może jeszcze zapozuję!? Po moim trupie. Jakiś przełącznik zmienił w tym momencie we mnie tryb z pełnego relaksu na pełną agresję. Jak nie wystrzeliłam pędem w jego stronę. Już dwa razy wyrwałam takim chojrakom telefon z ręki! Tego też dopadnę! A jacy się potulni robią widząc agresywną kobietę! Szybko uciekał, oj szybko! (trochę za szybko jak na moje warunki, ups...). Zrobiło się jednak zbiegowisko. Tłum go zatrzymał, mąż dobiegł pierwszy, wywiązała się kłótnia. Gdy tak biegłam i biegłam zaczęłam się jednak zastanawiać co zrobię jak dobiegnę. Pomyślałam, że w Indiach zniewagą jest chyba kontakt ze stopami i z obuwiem, postanowiłam go więc zbić swoim klapkiem O_O Dobiegłam, faceci się z nim kłócili, podeszłam, uderzyłam w zakuty łeb tą nieszczęsną japonką (lekko, nie mocno). Ktoś w tłumie krzyknął "you should slap him". Uciekłam jednak stamtąd szybciej niż przyszłam. Złość mi zeszła i przyszła przerażająca refleksja: po 1. co jeśli on mnie poda na policję czy gdzieś za pobicie?, a po 2. dlaczego taka niekontrolowana agresja mną w ogóle rządzi?! 

Zbiegowisko szybko sobie poszło. Chojrak zniknął. Mąż mówił, że podobno był przyjezdny z północnej, słabo rozwiniętej Karnataki. Podobno miejscowi ze zbiegowiska bardziej się z nim wykłócali, niż mąż. Ja tylko chciałam się jak najszybciej ulotnić, bo wstyd! Wstyd za siebie...

Udupi jest w sumie stosunkowo często odwiedzane przez białych turystów, którzy zazwyczaj nie mają tutaj większych kłopotów. Oprócz plaży i wyspy jest tutaj też słynny kompleks świątyń. Przede wszystkim jest jednak tutaj Manipal - bardzo znane miasteczko uniwersyteckie, a na nim całe rzesze studentów z zagranicy. Prowadzone są też wymiany ze studentami z Polski. Niestety dwa lata temu dla jednego z polskich studentów pobyt w Manipalu zakończył się tragicznie, gdyż niestety utonął w wodach Morza Arabskiego, właśnie obok plaży w Malpe.    


Manipal od strony osiedla strzeżonych domków jednorodzinnych.


Choć Manipal jest małym miasteczkiem to posiada wszelkie wygody. Standard budynków i dostęp do różnych usług stoją na bardzo wysokim poziomie. Szerokie ulice, chodniki i swobodna atmosfera sprawiają wrażenie, że nagle nie jesteśmy na indyjskiej, jakby nie patrzeć, prowincji. Wszystko nastawione jest na bogatych studentów, za których edukację i wygodny pobyt płacą zamożni rodzice. Miasteczko uniwersyteckie pociągnęło za sobą rozwój całego regionu i pomogło w ulepszeniu infrastruktury w Udupi, które inaczej byłoby pewnie małą zapyziałą mieściną. Władze uczelni sfinansowały budowę szerokich dróg nawet poza Manipalem. Co pół godziny kursuje też klimatyzowany autobus z samego Manipalu do Mangalore, gdzie dotychczas zjeżdżali studenci na większe zakupy czy do kina. Wkrótce jednak chyba nie będzie ku temu potrzeby bo Manipal przypomina obecnie wielkie centrum handlowe, nastawione na wyciąganie pieniędzy od zamożnych studentów. Niektóre słynne kluby i imprezownie ściągają też tutaj młodzież z Mangalore. Żeby nie było jednak, to poziom nauczania jest podobno wysoki. Zwłaszcza medycyna, która jest w Indiach bardzo drogim kierunkiem studiów, a także tutejszy szpital uniwersytecki słyną w całym regionie i sprowadzają najwięcej studentów spoza Indii, głównie z innych krajów azjatyckich, m.in. z Malezji. Luźna atmosfera jednak bardzo mi odpowiadała. Nagle dookoła Induski na ulicy w szortach krótszych niż moje, jakieś takie wrażenie nieskrępowania i przyzwolenia. Popołudnie i wieczór w Manipalu zaliczam do udanych.

To jest biblioteka. Wygląda prawie jak Manufaktura w Łodzi. Czerwone cegły i szkło.

Jakiś budynek rządowy. Coś jak ratusz. 


Szeroka ulica prowadząca do Manipalu.


26 listopada 2014

Gurji - Święto pierwszych plonów

Czasami w Indiach jest coś tak niesamowitego i niespodziewanego. Bogactwo różnych lokalnych zwyczajów bywa oszałamiająca, i tak naprawdę ni stąd ni zowąd może się zdarzyć, że trafimy na jakiś festiwal. Tym bardziej, że w Indiach świętuje się na ulicach. Jeśli więc coś się dzieje, to po prostu nie da się tego nie zauważyć. 

Pewnego dnia słyszę nagle za oknem jakąś muzykę, dudnienie i do tego co i rusz fajerwerki. Ale o co chodzi!? Patrzę w kalendarz, a tam nic. Sprawdzam w internecie, może jakieś święto stanowe? Nie, nic z tych rzeczy! Co się więc dzieje? Takich momentów w Indiach nie brakuje. Czasami to jakieś małe obchody w jednej ze świątyń, mała procesja. Ale tym razem okazało się, że zablokowane jest pół miasta, a na ulicach mnóstwo ludzi! Okazało się bowiem, że całe miasto wyszło świętować Gurji - święto pierwszych zbiorów warzyw i owoców po monsunie. 


W kilku strategicznych miejscach postawione zostały wielkie "gurji" - konstrukcje przypominające wieże. Korona przystrojona była w białe i czerwone flagi, w środku ołtarzyk z podobieństwem bóstwa, a wszędzie dookoła zawieszone girlandy z kwiatów oraz tony warzyw i owoców. Podczas święta wierni zwracają się ku bogowi Ganeshy, dla którego ofiarowane są pierwsze plony. Podchodząc do ołtarzyka trzeba zdjąć buty, jak w świątyni.




Podczas gurji użyto do dekoracji kilka ton warzyw i owoców. Po zakończeniu obchodów zostały one wystawione na aukcje uliczne. W kilku miejscach miasta ustawiono mini sceny, które użyto następnie do licytacji. Zwycięzcy zabrali produkty rolne do domu, a pieniądze z aukcji trafiły do świątyni.

Nie zabrakło też programów rozrywkowych. Na ulicy można było usłyszeć tradycyjną muzykę i śpiew. Dziewczynki ubrane w kolorowe tradycyjne stroje tańczyły z pałeczkami. Ten taniec nosi nazwę dandiya i słynny jest raczej w położonym znacznie bardziej na północ indyjskim stanie Gujarat. Może dlatego widziałam ten taniec dopiero drugi raz?



Ten dziwny "hieroglif" to litera "OM" - święty znak hinduizmu.

Sporo ulic zostało zamkniętych dla ruchu, a wzdłuż porozstawiały się budki z "pamiątkami", jedzeniem ulicznym, a pomiędzy widać też było stacje z wizerunkami Ganeshy. W tych punktach zatrzymywała się późnym wieczorem procesja, w której niesiono ze świątyni posąg bóstwa.


Była też scena na której znów odbywały się tańce, a po nich przemowy.

Idąc dalej kolejna scena. Tym razem można było obejrzeć występy yakshagany.

Na sam koniec dotarłam w końcu do procesji. Chyba dopiero pomału wyruszała. Posąg Ganeshy ustawiony był w przenośnej kapliczce. Dookoła kapłani z ogniem i mnóstwo wiernych. W tym miejscu droga była otwarta, więc panował straszny chaos. Samochody trąbiły, a wierni i tak stali na ulicy. Za moment też rozpętało się fajerwerkowe szaleństwo. Dla mnie już było tego za dużo i nie czekałam na dalszy rozwój wypadków. 


16 listopada 2014

Charmuri - najpopularniejszy street food w Mangalore

Charmuri to zdecydowanie najpopularniejszy i kultowy street food w Mangalore. Zwłaszcza przy okazji różnych festiwali rozkłada się całe mnóstwo tymczasowych stoisk. Idąc jedną ulicą można minąć nawet kilkanaście sprzedawców tej prostej przekąski.

Sprzedawcy mieszają składniki w wielkich garach.
Charmuri to właśnie przekąska, coś co wpadnie do brzucha między posiłkami. Nie trzeba tu też nic gotować, a i tak jest super dobre i zazwyczaj mocno pikantne. 

SKŁADNIKI:
  • ryż preparowany/dmuchany
  • cebula - pokrojona w drobną kostkę
  • pomidor - pokrojony w drobną kostkę
  • marchewka (opcjonalnie) - starta na tarce
  • surowe mango (opcjonalnie - można całkiem ominąć), surowe czyli niedojrzałe, twarde. Mango jakie spotkałam w polskich supermarketach jest właśnie takie - smak też jest taki sam, kwaśny.
  • cytryna
  • natka kolendry (opcjonalnie)
  • sól
  • przyprawa czerwone chilli w proszku/ostra papryka
  • olej kokosowy lub zwykły roślinny
  • często spotyka się też dodatek w postaci orzeszków ziemnych
1. Obowiązkowe są tylko 2 warzywa: cebula i pomidor, które należy pokroić w drobną kostkę. Marchewkę i mango obrać ze skóry i zetrzeć na tarce. Ja marchew starłam na małych oczkach a mango na dużych. Posypać natką świeżej kolendry. Zamieszać i to już prawie gotowe!  

2. Dodać olej kokosowy - sporo oleju. To on nadaje ten kultowy charakterystyczny smak! Można dodać zwykły olej, ale smak będzie inny, niemniej i takie wersje też jadłam. Posolić i dodać sporą łyżkę ostrej papryki w proszku. Charmuri jest pikantne! Ale w domu można oczywiście dać tyle chilli ile chcemy. Samą sałatkę można przygotować wcześniej i zostawić w lodówce. 


2. Ryż preparowany szybko nasiąka wilgocią po wymieszaniu z warzywami, więc mieszać należy tuż przed podaniem. Mieszać najlepiej w obszernym i wysokim garnku, bo ryż prawie nic nie waży i może wyskakiwać dookoła. Nasypać więc tyle ryżu dmuchanego na ile mamy ochotę, a następnie tyle warzyw z sałatki ile chcemy. Można dać malutko i zrobić wersję bardziej ryżową, albo dużo i wersję bardziej sałatkową. Uwaga! Mieszać trzeba szybko i zawzięcie. Tutaj nie ma czasu żeby się ociągać. Danie jest najlepsze tylko przez kilka - kilkanaście pierwszych minut. 

3. Sprawdzić smak! Powinien być intrygująco kokosowy i dość pikantny. Gotowe i jeść natychmiast :)

Smacznego!


12 listopada 2014

Indyjski koncert rockowy - Lagori w 1522

Korzystając z okazji, że we wrześniu spędziliśmy sporo czasu w Bangalore, udało nam się załapać na naprawdę fajny koncert. 

W Mangalore z pewnością nie ma aż tylu opcji na imprezy czy koncerty. Z drugiej strony miasto jest jak na Indie dość liberalne, niemniej jednak wszelkie lokale zamykają się najpóźniej około 11.30. W Bangalore w weekendy otwarte jest oficjalnie "aż" do 1.00 nad ranem. 

1522 w środku
Będąc w Bangalore niemal zawsze choć raz idziemy do położonego w Malleshwaram pubu o nazwie: 1522. W internecie zbiera on niemal same niezłe recenzje, ceny są bardzo przystępne, choć jedzenie raczej tylko typowo indyjskie i raczej mocno pikantne. Pub ma fajny wystrój stylizowany na piwnicę. Niby nic specjalnego, w Europie przecież mnóstwo takich miejsc, jednak w Indiach bardzo ciężko o taki wystrój. Poza tym muzyka - rock i metal, bardzo głośny metal! Dają czadu z muzyką, aż ciężko rozmawiać, więc miejsce raczej tylko dla fanów głośnego metalu. Mój mąż i szwagier to "metale", więc "metalowego" pubu nie mogą przecież przegapić! A do tego dla nas bardzo blisko, a w tak dużym mieście nie ma co się wybierać gdzieś daleko po nocy, bo potem bardzo ciężko wrócić. Kierowcy autorikszy nie dość, że wieczorem jadą po wyższych nocnych stawkach, to nocą lubią też oszukiwać i naciągać. Policja w weekendy w Bangalore masowo łapie pijanych kierowców. Nie wiem czy to ewenement w Indiach czy w innych dużych miastach też tak jest. W Bangalore ludzie naprawdę boją się prowadzić po spożyciu, a dwóch kuzynów męża dostało porządne mandaty za jazdę po pijaku i od tamtej pory przestrzegają wszystkich dookoła by jednak nie prowadzić w stanie wskazującym. U nas w Mangalore pijani kierowcy to zmora weekendów ponieważ czują się całkowicie bezkarni. Nikt ich nie łapie, kontroli brak, mandatów nie ma, totalna samowolka. 

Szwagier zawsze zamawia: egg chilly, bo nie jada mięsa. Ostre! Do tego indyjskie piwo Kingfisher. 
Już podczas pierwszej wizyty w 1522 zapoznaliśmy kelnera, który był przyjezdny i mówił w tulu. W Bangalore nikt normalnie w tulu nie mówi. Tak właśnie wyrabia się w Indiach znajomości. Były więc pogawędki z kelnerem, a ja miałam wyjątkowo dobry humor, więc nawet zagadałam! Zamówienie złożyłam w tulu, naprawdę wzbiłam się na swoje wyżyny :D No i się zaczęło. Kelner był cały w skowronkach, nie dość że swojacy, to jeszcze ta "foreigner" (zagraniczna) mówi w jego języku, wyglądał jak pijany ze szczęścia. Od razu sto razy bardziej się starał, a na koniec zostawiliśmy większy napiwek i kelner zostawił mężowi swój numer telefonu. Przy kolejnych wizytach zawsze mogliśmy na niego liczyć i nawet jak nie było stolików to zaraz się jakiś znajdował. Czasami kelner wydawał się jednak zażenowany albo wręcz zmęczony nami, a jednak gdy pewnego dnia zadzwonił nie mogłam wyjść z podziwu. W pubie organizowany był koncert na żywo, wejściówki po 200Rs (10zł), więc niby nie majątek, a jednak kelner zaprosił nas za darmo! Nie wiem jak to zrobił, bo jest tylko kelnerem, ale wpisani zostaliśmy na listę gości specjalnych, jak się później okazało jedynych gości specjalnych! Nikt więcej oprócz nas nie wszedł za darmo. Ja byłam tym faktem zażenowana, bo zupełnie nie jestem przyzwyczajona do takich akcji i jak to tak, że po znajomości? Tak nie można! Bardzo nie lubię takiego "cwaniakowania". Mąż i szwagier jednak skrupułów nie mieli i w pełni zadowoleni z siebie zasiedli w środku.  

A w środku ludzi więcej niż normalnie, ale do wytrzymania. Przed samym koncertem jako support śpiewał niejaki Mahesh. Nigdy o nim nie słyszałam, a chłopaczek taki niepozorny, niski, chudy, ale jak zaczął śpiewać - szok. Głos miał genialny. Śpiewał same covery po angielsku, naprawdę świetny talent. Tymczasem jednak wszyscy przyszli dla grupy Lagori. Zwłaszcza szwagier się podniecał, że zobaczy swoją idolkę - jedyną dziewczynę w grupie, basistkę Shalini Mohan. Ja o zespole Lagori wcześniej nie słyszałam, ale też nie interesuję się specjalnie indyjskimi zespołami. Sama nazwa lagori - oznacza indyjską podwórkową grę drużynową, w którą grają dzieci. Polegającą ona na rzucaniu piłką w celu strącenia wieży z kamieni.  
Jedna z popularniejszych piosenek, a na teledysku widać jak gra się w grę lagori:


Lagori grają indyjskiego rocka, śpiewają w hindi, w kannada i po angielsku. Niezła mieszanka, ale efekt naprawdę super. Ja osobiście piosenek nie znałam, zapoznałam się dopiero po powrocie do domu, ale i tak bawiłam się przednio. Wprawdzie w pubie nie było specjalnie miejsca ani na scenę, ani na widownię, a miejsce jest normalnie zastawione stołami, ale i tak ludzie się bawili świetnie. Było też dużo dziewczyn. Z tego co widziałam, obecnie Lagori są w trasie koncertowej po Indiach. 2 tygodnie temu byli w Mangalore, w zeszły weekend w Chennai, a w ten weekend w Kochin. 

Ale przystojny! Ten z długimi włosami.
Tak, mam słabość do mężczyzn z długimi włosami.






Zespół Lagori w pełnym składzie po koncercie.


Podoba mi się jeszcze to: piosenka śpiewana w sanskrycie - starożytnym języku indyjskim - takim, jakim w Europie jest łacina. 


Więcej o zespole Lagori na ich stronie internetowej oraz na facebookowym fanpage'u.

10 listopada 2014

Wodospady w Shivanasamudra i na co w Indiach idą podatki









Kilka tygodni temu wybraliśmy się na rodzinną jednodniową wycieczkę, by zobaczyć pokaźne wodospady w Shivanasamudra. Tak jak chyba większość wodospadów w Indiach, największe wrażenie robią pod koniec monsunu, gdy są pełne wody, a efekt jest spektakularny. Najmniej wody w wodospadach jest podczas indyjskiego lata (kwiecień-maj), gdy wody bywa jak na lekarstwo i może nas spotkać lekki zawód. Nawet początek monsunu i kilka tygodni deszczy nie gwarantuje dobrych widoków. Kilka lat temu odbyłam w takich okolicznościach, najmniej udaną wycieczkę w Indiach do słynnych Jog Falls. Na miejscu mgła tak gęsta, że strach iść przed siebie, a o widoku choćby kilka metrów można zapomnieć. Gdy w końcu mgły lekko ustąpiły, to wodospad okazał się jedną nędzną stróżką wody, która za moment znów została ukryta we mgle. Tym razem jednak widoki były znacznie lepsze.















Wycieczkę zaczęliśmy z Bangalore o 6 rano, gdyż do wodospadów w Shivanasamudra było aż około 130km na południe od miasta. Muszę tu zaznaczyć, że wycieczka była w typowym indyjskim stylu. Wynajęta została 7-osobowa taksówka, do której weszło 9 osób. Rodziny w Indiach są liczne, a często nawet jak mają samochód, to na wycieczkę nie zmieszczą się przecież wszyscy, a bez całego kompletu pojechać się nie da. Do tego sporo osób nie czuje się pewnie prowadząc samochód za miastem, więc kierowca z dużą taksówką musi być. Samochód został więc pod domem, a my załadowaliśmy się w całym komplecie i ruszyliśmy w drogę. 

Thatte idli
Nie minęło nawet pół godziny, a już pierwszy postój. Wszyscy przecież głodni, mimo że rano nawet coś przekąsiliśmy. Jednak wycieczka bez postoju na śniadanie i kawę się nie liczy, więc postój musi być. A w przydrożnej jadłodajni tłumy ludzi i tłumy samochodów. Miejsce siedzące trzeba było upolować, bo inaczej zaraz by usiadł kto inny. Wszyscy zamówili słynne w tym miejscu thatte idli, które różni się od zwykłych małych placków idli kształtem, gdyż jest duże i rozpłaszczone, a na wierzchu miało kapkę masła. W tym miejscu udało nam się też w końcu spotkać z dalszą częścią rodziny, która przybyła z drugiego końca Bangalore i w końcu w 13 osób, plus kierowca ruszyliśmy dalej. 


Shivanasamudra to wioska, której nazwa oznacza "morze Shivy" - gdyż jak przyjrzeć się podobiznom tego boga, to z jego głowy wypływa "wodospad" wody. Sama wioska położona pomiędzy dwoma pokaźnymi wodospadami. Wodospady noszą imiona: Bharachukki i Gaganachukki, a siostrzeńcy twierdzili jakoby według legendy wodospady były siostrami. Nie pamiętam niestety tej historii, którą mi opowiadali. 

Z wodospadami, wiąże się za to inna, całkiem współczesna historia. Stanowią one bowiem część słynnej świętej południowoindyjskiej rzeki Kaweri. Jej bieg rozpoczyna się na zachodzie, w stanie Karnataka, w słynącym z plantacji kawy regionie Coorg, płynie przez wyżynę Dekan, m.in. przez zabytkowe miasteczko Srirangapatna, a jej ujście znajduje się w położonym na wschód sąsiednim stanie Tamil Nadu, gdzie rzeka wypływa do Zatoki Bengalskiej. Obydwa stany od lat kłócą się o wodę z rzeki Kaweri. Wody na suchej wyżynie brakuje, a według Tamil Nadu Karnataka daje im z tej rzeki za mało wody, z kolei Karnataka twierdzi, że inaczej u nich będzie susza. Konflikt ciągnie się od lat i co roku wciąż się powtarza to samo. Karnataka spuszcza więcej wody z tam, tylko w przypadku obfitych deszczy, lub jak tego właśnie dnia, na specjalną okazję - bo do wodospadów przybył sekretarz generalny z Bangalore i zorganizował "festiwal wody"

















"Festiwal wody" był dość szokującym widokiem i namacalnym doświadczeniem, jak w Indiach marnotrawi się środki publiczne, które ten kraj tak bardzo potrzebuje na rozwój w wielu sektorach, a które tego dnia tak bezmyślnie, a może właśnie perfidnie zostały przepuszczone. 

Sekretarz generalny stanu zorganizował bowiem w swoim imieniu i w imieniu rządzącej partii politycznej wielką imprezę dla całego regionu. Po okolicy jeździły więc darmowe autobusy (czyli opłacone z podatków), które zgarniały wszystkich mieszkańców z okolicznych wiosek i wiozły do wodospadów. A nawet jak już pozgarniały to jeździły nadal, tylko że puste! A przy wodospadach koncerty, przedstawienia, konkursy z nagrodami, programy rozrywkowe dla dzieci i dorosłych pełną parą. Dodatkowo namioty rozdające za darmo (z podatków) przekąski, a o wyznaczonej godzinie zaczęły się pielgrzymki na zupełnie darmowy nielimitowany lunch. Tłumy były nieprzeprane, aż przechodziły ludzkie pojęcie. Tego dnia na koszt podatników, najedli się chyba wszyscy mieszkańcy całej prowincji. Jakby tego było mało, już trochę mniej oficjalnie, rozdawano małe buteleczki z alkoholem!

I choć wodospady tego dnia były piękne, to nieprzebrana tłuszcza mało kulturalnych ludzi, przez którą ledwo szło się przedrzeć, oraz wydarzenia naokoło popsuły mi jednak humor. A gdy dowiedziałam się, że w tej prowincji szykują się jakieś małe lokalne wybory, to wszystko stało się jasne...
















Wodospady opuściłam z wyraźną ulgą i udaliśmy się nieopodal do Talakad, na brzeg rzeki Kaweri. Atmosfera była już całkiem inna. Prawdę powiedziawszy, to miejsce jak żadne dotąd w Indiach, przypominało mi Ustkę, czy też inną Łebę, albo jakieś polskie jezioro! Wszędzie ścieżki z piasku, dookoła drzewa iglaste, ludzie tylko pieszo bo samochodom nie wolno, a do tego małe sklepiki i ta atmosfera niedzieli nad jeziorem - z tą różnicą, że była to rzeka. Nawet kilka rodzin siedziało na kocyku i zrobili sobie piknik, a do tego mnóstwo osób w wodzie. Wprawdzie nikt się nie opalał, ludzie siedzieli w cieniu i w ubraniach, a także w ubraniach się kąpali, a jednak sceneria jakoś znajoma i żałowałam, że nie zostaliśmy tam dłużej. Na brzegu superowe tradycyjne łódki, które za śmieszne grosze (20Rs - 1zł od osoby) oferowały przejażdżkę wzdłuż brzegu i kręcenie wirków w wodzie. 

















Tradycyjne superowe łódki - teppa.

Granie w siatkówkę w wodzie, odbijanie piłek i dziewczyny kąpiące się w ubraniach. Mężczyźni w Indiach do wody zakładają zwykłe majtki, bokserki, czasami szorty. Zazwyczaj mają też podkoszulkę, ale tego dnia jakoś sporo bez. Stroje kąpielowe nie są w użyciu.

Na koniec tego dnia zaliczyliśmy jeszcze świątynię Vaidyeshvara w Talakad - świątynię boga Shivy, jedyną która w tym miasteczku przetrwała, gdyż resztę pochłonął piasek (jakieś świątynie nieopodal jednak odkopano), po czym rozpętała się taka ulewa, że ściany deszczu uziemiły nas na kilka chwil w samochodzie. Dzieci zasnęły, dorośli już nie mieli na nic ochoty, więc ruszyliśmy z powrotem do Bangalore.

Linga i byk Nandi (pojazd Shivy) to nieodłączne elementy w świątyniach poświęconych temu bogowi.
Słynne ogniwa łańcuchu - wyryte z jednego kawałka kamienia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...