29 października 2014

PIO Card - Jestem osobą o indyjskim pochodzeniu!










Po ciągnących się w nieskończoność siedmiu miesiącach oczekiwania otrzymałam swoją PIO Card! PIO - Persons of Indian Origin, czyli karta osoby o indyjskim pochodzeniu :D Mam więc oficjalnie stwierdzone indyjskie korzenie hehe 

Tak naprawdę, karta ta przysługuje faktycznie osobom, które są w stanie udowodnić swoje indyjskie pochodzenie oraz właśnie małżonkom obywateli Indii. Oprócz szeregu udogodnień, które sprawiają że mam prawa niemalże takie jak obywatel (nie mogę jednak głosować, ani kupować ziemi rolnej w Indiach), jest to także rodzaj wizy długoterminowej. Dotychczas ważność karty wynosiła 15 lat, jednakże od tego roku ma nastąpić zmiana i karta ma być dożywotnia, choć moja niestety nadal ma wpisany koniec ważności na 2029 rok. 

Wszystko pięknie i wspaniale, jest tylko jedno "ale". Żeby bowiem dostać tą kartę, będąc już na miejscu w Indiach, trzeba przejść drogę przez mękę, kilkakrotne załamanie nerwowe i zaliczyć parę stanów depresyjnych! 

Opieszałość, skorumpowanie i powolność urzędów państwowych w Indiach jest już wręcz legendarna. Nie ma co liczyć, że akurat w naszym wypadku nastąpi cud i wszystko pójdzie gładko, a zwłaszcza w wypadku takim jak mój i jest to też powód dla którego chcę opisać cały proces. Moja sytuacja była bowiem trochę inna. Aplikowałam z mniejszego miasta i nawet przekopanie całego internetu nic mi nie pomogło. Żadnych aktualnych informacji nie znalazłam. Większość obcokrajowców mieszka jednak w dużych miastach, gdzie kartę mogą wyrobić na miejscu i osobiście. 


Wszystko zależy od tego gdzie składa się wniosek. 
Można to zrobić w 3 miejscach:

  1. W Ambasadzie Indii w kraju, w którym się mieszka. W Polsce, w Ambasadzie Indii w Warszawie wyrobienie trwa około tygodnia, jednakże indyjski małżonek musi się stawić osobiście, gdyż to on składa wniosek w imieniu polskiej żony, czy też polskiego męża. 
  2. W biurze FRRO w Indiach. Biura mieszczą się w największych miastach w Indiach, głównie w stolicach stanów. Są to duże regionalne ośrodki zajmujące się sprawami obcokrajowców. Jednakże aby złożyć w nich wniosek należy być zarejestrowanym pod adresem w tym mieście. 
  3. W MHA New Delhi - czyli w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w New Delhi. Tam też musiałam aplikować i ja i tu właśnie zaczęły się moje problemy...

Mieszkam w mniejszym mieście i podlegam jedynie lokalnemu FRO, a nie dużemu FRRO. To także biuro do spraw obcokrajowców, jednakże lokalne, które znajduje się na głównym posterunku policji. Te małe lokalne biura nie mają żadnych uprawnień aby zajmować się wnioskami o karę PIO, w związku z tym nikt tam zupełnie nic nie wiedział! Zero informacji ani na temat listy dokumentów, skąd wziąć wniosek i jak go złożyć! Zupełnie nic, radź sobie człowieku sam. Zupełnie nie wiedziałam co robić, skąd wziąć wniosek i gdzie go złożyć. Skontaktowałam się nawet z FRRO w stolicy stanu - Bangalore, gdyż byłam gotowa jechać właśnie tam i załatwić to osobiście, lecz stanowczo stwierdzili że u nich nie mogę, gdyż nie jestem zarejestrowana jako mieszkaniec tego miasta. A zarejestrowanie się to też w Indiach nie jest takie hop siup - z resztą jak wszystkie sprawy urzędowe tutaj, więc próby zmiany adresu nawet nie wchodziły w rachubę.

Ustaliłam w końcu, że wniosek muszę złożyć w ministerstwie w New Delhi, a nawet udało mi się ustalić, że nie muszę składać osobiście, mogę wysłać list kurierem, co przyjęłam z ogromną ulgą. 

Następnym krokiem było zdobycie listy potrzebnych dokumentów, lecz niestety jedyną odpowiedzią był link do strony internetowej ministerstwa, którą i tak już wcześniej widziałam i wiedziałam, że zawiera niepełny spis. 

Ostatecznie udało mi się zdobyć listę od znajomej, która aplikowała w innym mieście. Lista ta była inna, bardzo rozległa i mnie przeraziła. Nie posiadaliśmy tych dokumentów, a ich zdobycie potrwałoby kolejne miesiące. Dostałam też od niej w końcu poprawny wniosek do wypełnienia! Żaden urząd w Indiach nie potrafił mi przesłać tego wniosku :/ 

Zgromadziłam wszelkie dokumenty jakie tylko mogłam. Załączyłam wszystko w 2 kopiach, a każdą z nich potwierdziłam notarialnie. Zapakowałam w kopertę i chciałam wysłać kurierem, lecz tutaj pojawił się kolejny problem, gdyż były aż 3 różne adresy! I skąd miałam wiedzieć na który wysłać?! Uzyskanie informacji u źródła kolejny raz było niemożliwe!! Nawet własnego adresu w Delhi nie znają czy są tak leniwi albo wredni??? 

Ludzie w Indiach w takiej sytuacji biorą tzw. agenta, który w naszym imieniu zajmuje się sprawą. Jest to na pewno jakieś rozwiązanie i nie mam pojęcia, czy w czymś by to pomogło, ponieważ ostatecznie dostałam poprawny adres i wniosek wysłałam jednak sama kurierem.

A jak już wysłałam, to cisza jak makiem zasiał. Jeden miesiąc minął bez odzewu, zaczął się kolejny... Czekaj sobie przecież człowieku. Zero informacji, zero potwierdzenia czy dotarło czy nie. Jaki status? Nie wiadomo. Jakiś numer wniosku? Brak! Pytania czy dostali, ale albo zero odpowiedzi, albo że niby skąd mają wiedzieć który to mój wniosek, potrzeba numeru ale numer mi nieznany. Naprawdę, żeby cokolwiek tu załatwiać trzeba mieć anielską cierpliwość. Na nic jakieś oczekiwania standardów, osiwiejesz człowieku z oczekiwaniami. Pogódź się z losem, taka karma. 


Weryfikacja adresu przez dzielnicowego.
Równo po 45 dniach do drzwi zapukał dzielnicowy policjant. Napomknę tylko, że nie było nas akurat w domu, i w sumie też nie do końca dokładnie tam mieszkamy... W tamtej chwili myślałam, że zejdę na zawał. Policjant musiał zweryfikować czy faktycznie tam właśnie mieszkam. Taka jest standardowa procedura. Nie zna się dnia ani godziny. A do tego ten typ był po prostu straszny! Dzielnicowy był bowiem typowym indyjskim policjantem. Oślizgły lawirant, ciągle coś kombinuje i węszy gdzie petent popełni najmniejszy błąd, gdzie można go naciągnąć na łapówkę. Policjant zdecydowanie łapówkę chciał! Jego podteksty i komentarze przyprawiały mnie o mdłości. Poprzedniego dnia, gdy nas nie było przyszedł późno wieczorem, więc stwierdził że przyjdzie jutro. Mąż jednak w kwiecistych słowach zapewnił go że nie musi się aż tak fatygować, gdyż z rana będziemy na komendzie. Ja blada ze stresu, spać nie mogłam. W końcu nie byliśmy tu też bez winy... Pal więc już licho, że spóźnił się jedynie 3 godziny. Rozmowa, wypytywanie o prywatne szczegóły jak się poznaliśmy, jak mi się mieszka, czy lubię Indie, czy znam język tulu, czy znam język kannada. A ja jak małpa w zoo powtarzam te pojedyncze znane mi zwroty ku uciesze posterunku, zwłaszcza że nie rozmawialiśmy na osobności a na samym środku komendy. To my byliśmy teraz petentem na łasce i niełasce "oślizgłego". Policjant tu i ówdzie wtrącał wstawki o długopisach - "popatrz jaki mam drogi, firmowy długopis", albo też o zegarku "właśnie dostałem taki zegarek, a Twój pewnie był drogi" i wskazuje na mój nadgarstek - "nie, kupiłam ze straganu ulicznego w Colabie w Mumbaju". Za chwilę zaś przeszedł do cygar "spójrz podarowano mi prawdziwe cygaro" po czym nastąpiła prezentacja. Gdy jednak obydwoje powiedzieliśmy, że nie palimy mina mu trochę zrzedła. "No ale whisky lubicie sobie chyba wypić" - "nienawidzimy smaku whisky, dla nas jest wstrętny" - tu się już lekko zirytował i przeszedł do dokumentów. "Imię, nazwisko, do kiedy paszport ważny?" - "do 2023 roku, sir". Zły humor wstąpił na jego twarz, żarty się skończyły, idziemy razem do gabinetu kierownika komendy. A kierownik bardzo miły! Mu też zarecytowałam formułkę w tulu - małpa w zoo po raz drugi - był wniebowzięty. Podpisał i zdecydowanym tonem powiedział naszemu dzielnicowemu, że ma nie robić nam absolutnie żadnych problemów. Dzielnicowy póki co miał jeszcze chyba jakieś nadzieje na łapówkę, ale w tym momencie legły one w gruzach. Myślał jeszcze sporą chwilę co by tu zrobić, żeby tylko zrobić na złość? Kazał znów przyjść następnego dnia... Nie wiem po co. Znów poszliśmy, żeby usłyszeć litanię w stylu: "jesteście moimi dobrymi przyjaciółmi, nie zapominajcie o mnie i odwiedzajcie mnie". I bądź tu człowieku miły i uśmiechaj się do takiej kreatury, gdyż Twój dalszy los zależy od takiego typa. Uśmiechałam się więc, aczkolwiek nóż mi się otwierał w kieszeni. Spotkania w przyszłości? W życiu! Prędzej po moim trupie!

Po 3 nieszczęsnych dniach z dzielnicowym znów cisza i to absolutna! Gdy znajoma powiedziała, że miała kolejną weryfikację, tym razem przez wysłannika z Delhi, zrobiło mi się słabo. Kolejne tygodnie mijały jednak bez żadnej wiadomości. Moje maile do ministerstwa bez odpowiedzi. Nadal żadnego listu czy dostali coś, czy dokumenty ok, zupełnie nic! Nadal nie znałam numeru swojej aplikacji. Po kolejnych tygodniach bez odzewu człowieka zaczynają nachodzić różne myśli. Może lepiej było aplikować w Polsce w Ambasadzie? Niestety Ambasada Indii odrzuciła moją prośbę, gdyż za krótko byliśmy małżeństwem. Może lepiej było wziąć agenta? Ale płacić komuś w sumie za co? Bo co to za filozofia skserować dokumenty, dać notariuszowi i wysłać w kopercie? 

W końcu, w połowie września jest!! Jest list z ministerstwa! Nareszcie poznałam swój numer. Jest też decyzja: pozytywna. PIO ma być przysłane w trybie pilnym - dosłownie, tak było napisane. Moje szczęście nie trwało jednak długo. Kilka dni później ponowny list, ponieważ płatność na specjalnym czeku (DD - demand draft) się przeterminowała - nie dziwię się, minęło już pół roku. I znów odnawianie w banku, wysyłanie, czekanie. Od czasu otrzymania pozytywnej decyzji do otrzymania książeczki z PIO upłynęło kolejne półtora miesiąca - tryb pilny w całej okazałości. Jest jednak! 

Kosztowało nas to 15000Rs (około 750zł), około 350Rs za notariusza, kilkadziesiąt rupii za kurierów i całe mnóstwo stresu!

Informacje na temat aplikowania o PIO w Indiach oraz spis dokumentów można znaleźć na stronie internetowej ministerstwa. Co najlepsze link z wnioskiem póki co nie działa, a lista dokumentów jest bardzo niepełna.

A na sam koniec pełna lista dokumentów, jedynie dla zainteresowanych:
(wszystkie kopie potwierdzone notarialnie)

  1. Wniosek wypełniony odręcznie - 2 sztuki.
  2. Zdjęcia paszportowe - 4 sztuki.
  3. Kopie paszportu (strona z danymi, strony z wizami, strona z pieczątką z datą wjazdu) - 2 sztuki.
  4. Akt urodzenia + apostille + tłumaczenie na angielski - Ja nie dawałam.
  5. Residential Permit, czyli dokument który dostaje się po rejestracji pobytu - 2 sztuki.
  6. Kopie dyplomów z uczelni, jeśli osoba studiowała też w Indiach - ja nie dawałam.
  7. Kopie paszportu indyjskiego małżonka, nasze dane muszą być wpisane w paszport męża - ja nie jestem wpisana i takie kopie bez moich danych daliśmy - 2 sztuki.
  8. Akt małżeństwa - jeśli jest to indyjski akt to wystarczą kopie - 2 sztuki. Akt z innego kraju musi być przetłumaczony na angielski i opatrzony apostille. 
  9. Dane o naszym indyjskim pracodawcy (naszym, nie męża) - jednakże posiadając dotychczas wizę X - Entry nie wolno nam pracować!
  10. Dowód adresu - umowa najmu/rachunki np. za gaz, za telefon. Co jeśli się nie wynajmuje a rachunki są na np. teściową? - Mąż dał Voters ID, Ration Card, a ten sam adres był też w jego paszporcie.
  11. Demand Draft na 15000Rs.
My daliśmy jeszcze!

  1. Joint marriage affidavit - dokument sporządzony u notariusza, w którym mąż stwierdza że mieszkamy razem pod danym adresem we wspólnym gospodarstwie domowym i że z tego związku są następujące dzieci/ewentualnie że dzieci nie ma. Do tego dokumentu należy u fotografa wykonać wspólne zdjęcie - joint photo.
  2. Oświadczenie o odpowiedzialności materialnej indyjskiego małżonka za partnera obcokrajowca - także sporządzone notarialnie na tzw. stamp paper. 

25 października 2014

Nasze Diwali - Deepavali. Obchody święta świateł.

Budynki przystrojone na mieście oraz sklep ze świątecznymi ozdobami.
Obchodzimy właśnie Diwali - jedno z najważniejszych świąt w Indiach. Święto świateł, które symbolizują zwycięstwo dobra nad złem, światła nad ciemnością i wiedzy nad ignorancją.

W Karnatace, na południu Indii, święto występuje raczej pod nazwą Deepavali (deepa - lampka oliwna, awali - rząd) i obdzwaniając rodzinę, czy znajomych życzymy im właśnie "Happy Deepavali", a ominąć kogoś w życzeniach raczej nie wypada - zupełnie jak u nas na Boże Narodzenie. Festiwal przypada co roku, mniej więcej 20 dni po Navaratri, i jak większość świąt w Indiach jest to święto ruchome. 

Tak samo też jak w nasze święta - to właśnie teraz ludzie w Indiach obdarowują się różnymi prezentami. Jednakże w przeciwieństwie do Polski, gdzie przed Bożym Narodzeniem nie ma mowy o przecenach, to w Indiach o dziwo przed Diwali można dostać sporo zniżek. Co więcej, jest to ponoć najlepszy moment w całym roku na większe zakupy, zwłaszcza jeśli chodzi o sprzęty AGD, czy też elektronikę. Każdy salon kusi i namawia na zakupy właśnie teraz. W tym roku także i my skorzystaliśmy z okazji i w końcu kupiliśmy nową lodówkę! Jestem z tego faktu prze-szczęśliwa i już więcej prezentów nie wymagam! Stara była po prostu straszna i aż słabo mi gdy na nią patrzę. Z lodówką i z naszym obchodzeniem Diwali - Deepavali wiąże się też inna historia. 

W tym roku święto spędzamy w domu. W sumie skromnie i nic szczególnego nie robimy. Pierwszy raz przystroiłam trochę mieszkanie. Kupiłam lampki oliwne, bawełniane knoty i olej, a także elektryczną lampkę, lol którą w sumie obydwoje bardzo polubiliśmy, mimo że w sklepiku wyglądała dość tandetnie :D Ma jednak tą zaletę, że daje super ciepłe-nastrojowe oświetlenie w pokoju, a do tego w przeciwieństwie do lampek na ogień, wiatrak u sufitu może być cały czas włączony, bo inaczej ciężko by było wytrzymać z gorąca, zwłaszcza że nie posiadamy klimatyzacji :) 

Diwali/Deepavali obchodzi się przez 5 dni, z czego dzień pierwszy i trzeci są najważniejsze. Pierwszego dnia należy wstać przed wschodem słońca i natrzeć całe ciało olejem - u nas jest to olej kokosowy. Olejek dogłębnie oczyszcza ciało, zbiera też wszelki brud, a następująca po tym gorąca kąpiel (jednak nie w wannie, gdyż wanien w Indiach praktycznie nie ma), to rytuał który oznacza niemal nowe narodzenie na nowy rok. Jest to niczym symbol zmycia wszelkiego brudu, jaki nagromadził się przez ostatnie 12 miesięcy i rozpoczęcie nowego roku czystym i "oczyszczonym". Po kąpieli można iść spać dalej :)

To właśnie pierwszego dnia wieczorem zapaliłam swoje pierwsze lampki oliwne - diya. Same lampki wykonane są z gliny. Do środka nalewa się olejku . W Indiach jest to: gingelly oil (olej sezamowy) - na opakowaniu często jest motyw modlitwy. W olejku zanurza się knoty, mogą być bawełniane. Takie lampki wytrzymują po zapaleniu aż kilka godzin.  

Moje diya - lampki oliwne, oraz elektryczna lampka podłączona do kontaktu kablem. 
Swoje gliniane lampki oliwne ustawiłam za oknem w sypialni oraz, jak nakazuje tradycja, pod drzwiami wejściowymi - po jednej lampce z każdej strony drzwi. Obok drzwi mamy także na klatce schodowej murek - na którym ustawiłam resztę. Mimo, że mój mąż jest w sumie ateistą to obydwoje lubimy różne święta. Będąc też "mieszaną" rodziną obydwoje chcemy doświadczać własnych kultur. Diwali organizowałam w sumie bardziej ja, ale widzę że mąż jest w sumie zadowolony. 

Po zapaleniu lampek, gdy tylko się ściemniło w okolicach 18.30, zdecydowaliśmy że pójdziemy gdzieś kupić czosnkowy chleb naan i zaraz wrócimy, bo reszta jedzenia była już gotowa. Wróciliśmy po pół godzinie, a tu wszystkie lampki zgaszone, olej gdzieś wylany, a bawełniane knoty ukradzione! Poza tym tą starą, zdezelowaną lodówkę wystawiliśmy tego dnia na klatkę schodową, a ona zamiast pod ścianą, stała całkiem przesunięta i przekrzywiona. Jedna noga się złożyła, bo była chybotliwa, a woda z tej lodówki się rozlała po korytarzu, bo widocznie coś się tam rozmroziło. Mokre ślady wskazywały, że sąsiadka z mieszkania obok buszowała pod naszymi drzwiami! Sąsiadka jest indyjską katoliczką. Co więcej, mieszkamy na katolickim piętrze, lecz dwa kolejne mieszkania nie są zamieszkane. Wychodzi na to, że sąsiadka się obraziła na nasze bałwochwalcze hinduistyczne obrządki. Być może myślała, że my to katolicy, zwłaszcza że widziała jak rok temu obchodziliśmy Boże Narodzenie? Może uraziliśmy jej odczucia religijne? A stara lodówka to nie wiem? Indusi są strasznie wścibscy. Może chciała ją pooglądać i jej się niechcący wywaliła? Albo też przeszkadzało jej, że postawiliśmy lodówkę za blisko jej drzwi (niecały metr od naszych), bo na klatce schodowej, pod ścianą trzyma chyba pół domu, a całe piętro traktuje niczym swoją własność. 

Według mnie mogła mieć pretensje, że zostawiliśmy w bloku żywy ogień i sobie gdzieś poszliśmy, więc przez kolejne 2 dni zapalałam lampki tylko gdy byliśmy w domu. Z drugiej strony żadnego niebezpieczeństwa naprawdę nie było. Akcji z lodówką jednak nie rozumiem. Można chyba tylko powiedzieć, że wścibskość Indusów nie zna granic. 

Tymczasem Diwali to wieczorem przede wszystkim sztuczne ognie i fajerwerki! Każdy z nas spędził kiedyś Sylwestra w Polsce prawda? Otóż Diwali, to trzy dni Sylwestra pod rząd! Wyobraźcie to sobie tylko! 3 dni i każdy taki sam, jakby właśnie wybiła północ w Nowy Rok! No bo przecież skoro święto świateł, to też święto świateł wybuchowych - fajerwerków!

W tym roku nie kupiliśmy ani jednego. Niech bawią się rodziny z dziećmi. Choć kwestia bezpieczeństwa też powinna być wzięta pod uwagę. Rok temu święto spędziliśmy z siostrą męża i szwagrem oraz dziećmi w Bangalore, dlatego fajerwerków było co niemiara, jednak dzieci raczej stały i patrzyły. Chłopcy sami z siebie boją się ognia i iskier. Pewnie to i lepiej dla nich i ich bezpieczeństwa.


Zimne ognie są niegroźne, a stosunkowo bezpieczne i dają dużo radości.

"Wirki" i "fontanny" przyprawiały mnie o zawał serca. Jak to możliwe że żaden samochód nie ucierpiał?


W kłębach dymu.

Pozostałości po Diwali. Kto posprząta ten syf?

Oprócz lampek oliwnych oraz fajerwerków, bardzo wskazane jest utworzenie przed wejściem do domu pięknego ozdobionego rangoli. Zakupiłam nawet szablony, mimo że posiadam pewne talenty plastyczne. W tym roku jednak obeszło się bez rangoli, więc miejmy nadzieję że w przyszłym roku będę miała o czym pisać :D 


Dla wyznawców Hinduizmu, Diwali to moment szczególnego kultu bogini Lakshmi, która jest boginią pieniędzy i dobrobytu. Każdy sklep w Indiach, czy to mały czy ogromna sieciówka, oddają wtedy cześć bogini poprzez zorganizowanie specjalnej poojy - modlitwy w sklepie. Modlitwa odbyła się drugiego dnia Diwali, a wszelkie zakupy były tego dnia wieczorem lekko utrudnione. 

Czas Diwali, to także jeden z najlepszych momentów by w Indiach wziąć udział w jakimś z lokalnych obchodów kulturalnych. Warto dowiedzieć się, co będzie się działo w naszej okolicy. W Mangalore w tym roku zorganizowano konkurs mini modeli budynków, konkurs lampionów, a także pokazy tańców indyjskich. Wszystko za darmo i naprawdę fajnie zorganizowane. 

Różne miniatury budowli: wieża Eiffla z zapałek, lampion z plastikowych kubków, miniatura świątyni Akshardham w New Delhi, mini tablo - z tygrysami z Mangalore, mini świątynia ISCON w Bangalore. 


Konkurs lampionów. 

Świątynia cała oświetlona - a ja znów w tych samych ciuchach :D
Przyznaję! Na klasycznych, jak i współczesnych tańcach indyjskich nie znam się wcale! Co nie przeszkadza mi jednak podziwiać i zachwycać się. A dwie godziny jakie spędziłam na widowni minęły w moment. Z chęcią dowiedziałabym się na co tak właściwie patrzyłam. Było naprawdę pięknie. Mąż mówi, że cały festiwal zorganizowała lokalna telewizja. Udało im się, i choć nie wiem czy grupy były amatorskie czy też profesjonalne, to tańce i muzyka były naprawdę hipnotyzujące.


Z prawej: młodzi adepci Yakshagany 
Jedyny tancerz - chłopak, w całym zestawieniu.

Tłem tancerek jest - Ganesha - słoniogłowy bóg. 

Tancerki trzymają lampki oliwne. 

Kathakali - taniec z sąsiedniego stanu - Kerala.

Lampiony, mnóstwo lampionów. Nie wiem który wygrał.


18 października 2014

Upma - czyli indyjska kasza manna na słono

UPMA to chyba jedno z najpopularniejszych śniadań w całych południowych Indiach. Tak jak większość śniadań może być także jedzona po południu, gdyż stanowi sycący i pożywny posiłek. Jest to także danie, które serwuje się niespodziewanym gościom, gdy w kuchni nic innego nie gotowe - tak proste i szybkie to danie, a przynajmniej tak mówią plotki.

Każdy indyjski dom ma swoją własną wersję upmy, gdyż dodatki mogą być przeróżne. Sama UPMA to po prostu pudding z semoliny. W Polsce semolinę z powodzeniem można zastąpić kaszą manną. 

Kaszę mannę znałam jedynie na słodko i dopiero UPMA uzmysłowiła mi, że można ją jadać też na słono. Mój mąż jest upmożercą, więc dość często robię, zwłaszcza że gotowanie jest naprawdę szybkie i łatwe. 

SKŁADNIKI:
(dodatki do umpy bywają przeróżne i można dowolnie dodawać więcej, lub rezygnować z tych których nie posiadamy)


Składniki obowiązkowe:
  • semolina / kasza manna - 1 szklanka (w Indiach nazywa się to rava lub sooji)
  • ghee (klarowane masło) lub olej roślinny - dowolnie
  • czarna gorczyca - 1 łyżeczka
  • chilli - świeże zielone lub suszone czerwone, można też użyć płatków chilli - ilość wedle upodobań
  • woda
  • sól

Składniki opcjonalne:
  • imbir - pół łyżeczki rozgniecionego 
  • orzechy: nerkowce lub ziemne - 1 łyżka
  • liście curry - kilka sztuk
  • natka kolendry
  • chana dal - pół łyżeczki
  • urad dal - pół łyżeczki
  • kurkuma - szczypta
  • kmin rzymski ziarna - 1 łyżeczka
  • cebula - 1 średnia poszatkowana w małą kostkę
  • warzywa: np. marchew, groszek, kukurydza, fasolka, pomidor, itd.
  • świeży starty kokos

1. Gotowanie upmy trzeba zacząć od uprażenia semoliny lub kaszy manny. Prażyć na suchej patelni aż kolor się lekko zbrązowi. W Indiach można kupić już uprażoną semolinę. 

2. Na patelni rozgrzać olej lub ghee. Wrzucić nasiona gorczycy i poczekać aż zaczną strzelać.

3. Dorzucać po kolei: liście curry, papryczki chilli, chana dal i urad dal oraz orzechy (nerkowce lub orzechy ziemne). Na małym ogniu smażyć w oleju przez 1-2 minuty ciągle mieszając.


4. Jeśli będziemy używać warzyw to należy je wrzucić teraz, zaczynając od cebuli. Warzywa smażyć z resztą składników przez 2-3 minuty. 

5. Do mieszanki dorzucić semolinę. Mieszać prawie cały czas. Gotowanie upmy polega na ciągłym mieszaniu. Semolina ma się cała obtoczyć w ghee/oleju. Mieszać dalej przez 2-3 minuty.


5. W międzyczasie zagotować wodę - 3-4 szklanki. Zalać wrzątkiem patelnię z miksturą - efekt znacznie lepszy niż zalanie zimną wodą. Dolać najpierw pół wody i potem stopniowo dolewać resztę w miarę potrzeb. Umpa ma być wilgotna, ale nie wodnista. Nie powinna być też sucha. Trzymać kolejne 2-3 minuty. Posolić!!


6. Na koniec można posypać natką kolendry i zamieszać. 

7. Przed jedzeniem poczekać aż trochę przestygnie. W indyjskich jadłodajniach często dają też zimną upmę. Gotowe!

UPMA - bez warzyw, z orzechami nerkowca.

Wersja z warzywami i kurkumą, która nadaje żółty kolor:


Upma z warzywami i orzechami ziemnymi. 

16 października 2014

Indyjski market: CHIKPET Bangalore - Jak w Indiach wygląda "starówka"


























Indyjski market to fascynujące miejsce. Nie ważne jaki, bo są przeróżne. Każde miasto ma w Indiach swój market - zazwyczaj wiele różnych marketów. Market w Indiach po prostu szokuje, a pierwszą reakcją jest raczej chęć natychmiastowej ewakuacji! W Polsce też mieliśmy różne podniebne "giełdy" i targowiska. Tak łatwo jednak zapomnieć te czasy, a człowiek szybko się przyzwyczaja do lepszych standardów. Na indyjski market żadne standardy jeszcze póki co nie dotarły. Targowisko więc tętni życiem, handel kwitnie, a warunki są tragiczne. 



Chikpet to bardzo stara część miasta. Targowisko założono podobno w XVI wieku, a ówczesne wąskie uliczki nadal są tak samo wąskie. Miejsce słynie przede wszystkim z... syfu! Chikpet jest tak zanieczyszczony, że rzesze osób odmawiają po prostu udania się w to miejsce! Większość Indusów z klasy średniej na wieść, że byliście w Chikpet złapie się za głowę, zrobi wielkie oczy i zaniemówi albo powie, że oszaleliście. W Chikpet jest po prostu syfnie i śmierdząco. Jest tam bardzo, bardzo brudno, tym bardziej że market jest ogromny i ciągnie się przez wiele ulic. Tak naprawdę, to zbiór wielu marketów, z których każdy specjalizuje się w sprzedaży innych produktów. 


Chikpet usiany jest różnymi "petami" - marketami oraz przeróżnymi, często maleńkimi świątyniami. Każda z grup "produktowych" chciała mieć swoją świątynię. Oprócz jedwabnych sari, produktów metalurgicznych i wyposażenia wnętrz są też ulice specjalizujące się w sklepach papierniczych, warzywach i owocach, elektronice, złotej i srebrnej biżuterii, produktach krawieckich, czy też w garnkach. 

Małe świątynie i mikro świątynki.


Najsławniejszy jest tam market południowo-indyjskich sari z jedwabiu. Reklamy i szyldy "silk saree" widać dosłownie wszędzie. Podobno można tu kupić jedne z najlepszych sari w Bangalore po najniższych cenach. Jedwabne sari noszą na codzień przede wszystkim tradycyjne kobiety - przedstawicielki "starego Bangalore" i to właśnie ich było na ulicach najwięcej. 

Na ulicy mnóstwo kobiet.


Oprócz jedwabiu, to największy targ kwiatów w Bangalore. Jednakże by podziwiać te tony kwiatów trzeba się stawić w okolicach 5 rano. Kwiaty następnie wędrują po całym mieście i są sprzedawane dwa razy drożej w na osiedlowych czy też dzielnicowych targach. 

Na Chikpet koniecznie trzeba się targować. Najlepsze ceny otrzymamy kupując hurtowo. To właśnie tutaj zjeżdżają właściciele sklepów z różnych części stanu, kupują produkty w śmiesznie niskich cenach, aby sprzedać je znacznie drożej w swoich miastach. W Mangalore w życiu nie da się kupić rzeczy tak tanio. W Indiach panuje zasada: duże miasta - niska cena, zwłaszcza na takich marketach. 


Dlaczego więc ludzie kupują drożej jeśli mogą przyjechać do Chikpet i kupić taniej? Bo w Chikpet jest syf, odrażający syf! Drogi są wąskie, a korki na mieście na kilka godzin. Wyprawa na market - to wyprawa na cały dzień, a po powrocie człowiek się czuje beznadziejnie. I nawet teściowa mojej szwagierki, była tak zniesmaczona, że wieczorem po powrocie wzięła kąpiel! Zjawisko wyjątkowe i warte zapamiętania, bo Indusi tradycyjnie nie kąpią się wieczorem!




Nasze zakupy na ulicy "metalurgicznej"
 zakończone sukcesem.
Nas na Chikpet nie sprowadziły tym razem jedwabne sari, ale co innego. Słyszeliśmy, że to podobno najtańsze miejsce w mieście by kupić produkty do domu ze stali nierdzewnej, oraz wyposażenie typu zamki do drzwi, czy też zlewy, krany i słuchawki prysznicowe. 

Ulicę "metalurgiczną" znaleźliśmy dość szybko. Nie spodziewałam się jednak, że aby uzyskać satysfakcjonującą cenę trzeba na to poświęcić aż tyle czasu! Pielgrzymki od sklepu do sklepu i negocjacje cen zajęły minimum 4 godziny... Byłam już tym wykończona. Co więcej, ceny wcale nie rewelacyjne i nawet znacznie droższe niż w pięknym, czystym salonie z klimatyzacją. Ja bym już dawno zwątpiła, lecz Indusi mają jakąś podskórną smykałkę do negocjacji i bardzo często intuicyjnie wyczuwają, gdzie będzie dobra cena. Może to moja biała twarz sprawiała, że ceny były początkowo za wysokie? 


Kolejnym sławnym marketem na Chikpet jest "Raja Market", który słynie z tradycyjnych dewocjonaliów ze srebra. To także najlepsze miejsce w jakim byłam w całych Indiach, jeśli chodzi o dodatki krawieckie! Wstążki, naszywki, zawieszki, nici i tysiące innych rzeczy, których nazw nie znam. Naprawdę można dostać zawrotu głowy. 

Figury i figurki - tanio!

Chłopaki robiący mehendi i stoisko z hinduistycznymi dewocjonaliami.

Pani sprzedająca papaję i chłopaki oferujący okrę - sami zapozowali i domagali się zdjęcia! 

Święte krowy.

Granaty i inne owoce.












7 października 2014

Mangalore Dasara - procesja na zakończenie Navaratri


Tegoroczna Dasara stała dla mnie pod znakiem okropnego zatrucia pokarmowego, a może to był jakiś wirus? Dasara - czyli w największym skrócie święto zwycięstwa dobra nad złem. Plany wyjazdu na paradę słoni w Mysore runęły. Może to i lepiej bo bilety drogie, a do tego podobno niesamowity tłok. Nasz wujek i kuzyn z Mysore nigdy w życiu nie byli na procesji i śmiali się z nas, że chcemy na to iść, gdyż twierdzili że zostaniemy zadeptani, nic nie zobaczymy, a najlepiej to procesję obejrzeć na żywo w telewizji. Mając w pamięci nasze niedawne doświadczenie na indyjskiej imprezie masowej, coraz bardziej przechodziła mi też ochota. 

Procesja w Mangalore też mnie w tym roku ominęła. Wprawdzie nie ma na niej słoni, ale i tak jest na co popatrzeć, a do tego jest za darmo. W tym roku, tak jak i rok temu, dostałam zaproszenie na balkon wujka, ale nie dałam rady dotrzeć. Byłam po prostu wykończona chorobą.   


Pozostają więc zeszłoroczne wspomnienia z balkonu wujka. A jest co wspominać. Było głośno, kolorowo, tanecznie.

Scenki rodzajowe z mitologii indyjskiej.




Tańczące tygrysy hulivesha.

Dasara Dance Party - czyli dyskoteka.





Co ciekawe, zarówno Dasara w Mysore, jak i w Mangalore odbywa się dzień później, niż wskazuje to data w kalendarzu. Święto państwowe wypadało w tym roku na 3.10, ale u nas procesja była 4.10. 

Impreza trwa zawsze od popołudnia do późnych godzin nocnych. Tak naprawdę chodzi o to, aby wszystkie wcielenia bogini ze świątyni przenieść ulicami miasta i by na koniec zatopić posągi w przyświątynnym zbiorniku wodnym. Reszta występów to tylko dodatki. Wszystko po to by bawić się jak najdłużej. Dowiedziałam się także, że bogini nazywa się u nas zdecydowanie Sharada, a nie Durga, ale chyba chodzi o to samo :) Choć z drugiej strony ona przypomina bardziej Saraswati... Nie ogarniam chyba tych niezliczonych historii, bogów i bogiń. 

Na końcu procesji bogini Sharada.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...