28 września 2014

Red Bull stracił skrzydła w Indiach

Sobotni poranek zapowiadał się niesamowicie ekscytująco w Bangalore. Pierwsza indyjska edycja "Lotów na byle czym" organizowana przed Red Bull!! Impreza została mianowana z niemiecka brzmiącą nazwą India's 1st Red Bull Flugtag. Reklamy już od kilku tygodni przypominały, że po prostu nie wolno tego przegapić. 

Ok, nie to żeby mnie jakoś bardzo ekscytowało wydarzenie akurat tego typu, ale mieliśmy naprawdę blisko, a w sumie mieszkając w mniejszym mieście, czy to w Polsce, czy teraz w Indiach, jakoś nie miałam okazji uczestniczyć w zbyt wielu imprezach masowych, żeby nie powiedzieć że wręcz w żadnych... 

Żeby dostać się na teren parku trzeba było jedynie tydzień wcześniej "puścić strzałkę" lub wysłać sms i poczekać na darmowy bilet-numer. Spoko! Nawet się bardzo ucieszyłam, że wstęp za darmo. I nawet pomyśleli o indywidualnym numerze wstępu, no proszę! Wprawdzie już tutaj zaczęły się problemy. Dzwoniąc linia wciąż zajęta, a po wysłaniu wiadomości zero odpowiedzi przez 20 minut. Co więcej, na 4 telefony odpowiedź z "biletem" przyszła tylko na 3 i żadne ponowne próby niczym nie skutkowały w przypadku tego jednego nieszczęsnego numeru, a niestety próbując kolejnego dnia okazało się że wszystkie miejsca już zajęte. Chętnych było multum! Zgłosiło się 15 tysięcy ludzi. Zachodziłam w głowę, gdzie się oni wszyscy pomieszczą w tym parku, gdzie wprawdzie jezioro spore, ale ścieżki niekoniecznie. Liczyłam że może postawią jakieś trybuny. O naiwności!

Oczywiście niestety się lekko spóźniliśmy! Byliśmy 5 minut po 11.00, ale wiadomo przecież że powinniśmy być przed czasem. Punktualność przyznaję nie jest naszą mocną stroną, moją też nie. Już od razu rzucił się w oczy straszny korek, więc z parkowaniem też trochę krążyliśmy. Żadnego specjalnego parkingu dla uczestników nie przewidziano. 

Tłum o godzinie otwarcia nie był zaskoczeniem. Trochę przeraziła mnie kolejka, ale co innego było robić. Ruszyliśmy więc na koniec kolejki zająć miejsce.

Idziemy zająć miejsce. Idziemy, idziemy a końca nie widać!
No właśnie, tylko że końca tej kolejki nie widać! A przeszliśmy już niemal całą długość parku. Ludzie z ulicy zaczęli przeskakiwać bramkę. My też przeskoczyliśmy, aczkolwiek następnie pokornie zajęliśmy swoje miejsce. 

Droga obok pełna pędzących samochodów, po drugiej stronie jezdni gapie bez "biletów". Okazało się, że tak naprawdę loty do wody zaczną się za godzinę. Myślę sobie, super. W godzinę wejdziemy do środka i będzie ekstra. 

Początek niekończącej się kolejki. Humory jeszcze w normie. 
Stanie "uprzyjemnione" było głośną muzyką i zapowiedziami. Nagłośnienie mieli niczego sobie. Patrząc przez barierkę zaniepokoiło mnie wprawdzie, że w środku mało ludzi, a poza terenem imprezy nadal nieprzebrane tłumy. 

Wyskocznia i łódki ratownicze. Widzów za tym podium brak, choć do imprezy pozostało pół godziny.

20 minut do rozpoczęcia. Robi się gorąco! Tłum gęstnieje, ale humory nadal ok.
Stanie w indyjskiej kolejce to doświadczenie jedyne swego rodzaju. Niezbyt miłe niestety. Indusi mają to w zwyczaju, że się po prostu pchają! Dystans ciała do ciała jest wręcz nieistniejący! Dystans? Jaki dystans? To raczej są sardynki w puszce, ciało przy ciele. W Indiach po prostu nie ma kultury stania w kolejce, każdy chce być pierwszy i szybszy na już. Choć przyznaję, że nawet nie było aż tak tragicznie. Nikt nie popychał, a choć wszyscy stali zbyt blisko, to każdy trzymał ręce przy sobie. Do czasu! Im bliżej bramy tym coraz gorzej. Kulminacją była jednak bardzo chamska rodzinka z północnych Indii (mówili w hindi). Matka wręcz napuszczała nastoletnie dzieci by się rozpychały łokciami. Gdy jej, na oko dwunastoletni syn, stanął za mną i zaczął wpychać kolano pomiędzy moje nogi nie wytrzymałam. Mąż za to twierdził, że jego ręce wędrowały mu po kieszeniach! Babsko (matka) tylko się głupio wyszczerzyło na nasze uwagi. Rodzinka zirytowała też pozostałe osoby, i oprócz mnie jeszcze kilka osób na nich nakrzyczało. Co z tymi ludźmi z północy Indii jest nie tak?! Rodzinka wyglądała na takich na poziomie, ale ich zachowanie znacznie odbiegało od tego co na co dzień znam ze swojego Mangalore, znanego z ludzi o łagodnym charakterze.

Im dalej w las tym coraz gorzej! Ludzi coraz więcej. Brak kogokolwiek z organizatorów, brak policji, nie wiadomo co się dzieje. Brama podobno zamknięta! Nagle szybko ruszyliśmy do przodu. Podobno zaczęto wpuszczać osoby bez zaproszeń! Ludzie przeskakują przez barykadę bez kolejki. Totalny chaos. 

Ludzie przeskakiwali przez barykadę, bez kolejki tuż przed bramą wejściową. Nikt tego nie kontrolował.
Tuż przed bramą było po prostu tragicznie! Dzieci pościskane, nikt ich nie widział, płacz i wrzask. Jedna z dziewczynek poprosiła szwagra o pomoc! (Uncle, help me! - Wujku, pomóż mi!). To było przerażające! Napór tłumu nie do zniesienia. Brama zamknięta na cztery spusty. Tłum wygrażał się i krzyczał wielokrotnie: "Open the gate!" - "Otworzyć bramę!". Gdzie jest policja!? Kto to kontroluje!?! Policja była przy bramie, wyciągnęła drewniane pałki i zaczęła okładać nimi tłum!!! Jedna kobieta dostała ataku paniki, zaczęła wrzeszczeć, okładać wszystkich i ledwo oddychała!! Ja też byłam po prostu ciężko przerażona. Zaraz ktoś zostanie zadeptany na śmierć!!! Coś okropnego! Nie wiem jakie słowa mogą oddać to co tam się wyprawiało. Chciałam uciekać gdzie pieprz rośnie. Tylko jak? Tłum naciskał z każdej strony. Dawno już zostałam rozdzielona innymi ludźmi od męża. Każdy musiał sobie teraz radzić sam.

Jakimś cudem jeden chłopak za mną odepchnął trochę inne osoby i zrobił mi miejsce, gdy tylko powiedziałam, że idę stąd natychmiast! Jakimś cudem dostałam się do barierki. Żadnego wyjścia. Barierkę też musiałam przeskoczyć żeby się wydostać. 

Brama zaryglowana, tłum się niemal zadeptuje.















Facebookowy fanpage imprezy aż roi się od takich samych jak moje wrażeń innych uczestników. Kilka osób zostało rannych! Karetki, czy jakiejkolwiek pomocy medycznej brak!

India's 1st Red Bull Flugtag to była tragiczna pomyłka! Wstyd dla Indii!!! A białych osób było naprawdę dużo. Większość patrzyła z niedowierzaniem. Żenada dla Bangalore, tak zwanego miasta IT. To było by może aż śmieszne, gdyby nie takie tragiczne i niebezpieczne. Nawet nie zobaczyłam żadnego latającego pojazdu. Była wprawdzie jakaś riksza ze skrzydłami, ale z tak daleka nie widziałam nic. Na tle tego chaosu i braku organizacji, nie miało to też dla mnie żadnego znaczenia. Mój mąż, który wcześniej uczestniczył w imprezach masowych, np. w koncercie Metalliki w Bangalore i zachwalał tamtą organizację, też był przerażony i złapał się za głowę. Red Bull nigdzie w Bangalore jednak nie poleciał. Red Bull nie dodał nam skrzydeł...

Jedynymi wygranymi tego dnia, była załoga położonej na rogu najpopularniejszej indyjskiej kawiarni Coffee Day. Ruszyli w tłum i wysprzedali chyba cały zapas butelkowanej wody i soków.

Kawiarnia Coffee Day oblężona, ale i tak połowa z załogi biegała poza budynkiem z butelkami wody i soków. 









26 września 2014

Hulivesha - Tygrysy z Mangalore

Navratri to szczególny czas w Mangalore oraz w całym regionie Tulu Nadu. Region, mimo że w sumie niewielki, to bardzo bogaty kulturowo. Właśnie teraz przez kolejne 9 dni można zobaczyć najsławniejszy lokalny symbol - tygrysy Hulivesha. 

Tygrysy oczywiście nie są prawdziwe! W żadnym momencie świętowania nie pojawia się żaden żywy tygrys, co jest istotne, zwłaszcza po wypadku sprzed kilku dni, gdy tygrys zagryzł człowieka w delhijskim zoo. 

Tygrysy w Mangalore to oczywiście przebrani ludzie. Tradycyjnie tańczą jedynie chłopcy i mężczyźni, choć w zeszłym roku widziałam jedną kobietę! Tańce można obserwować także podczas dwóch poprzednich festiwali Krishna Janmashtami oraz Ganesh Chaturthi, lecz Navaratri to zdecydowanie najlepszy czas by zobaczyć ich w pełnej krasie. Poza tym to właśnie teraz tańce są dosłownie codziennie. 

Tradycyjnie tancerzami byli rolnicy, którzy pod koniec monsunu nie mieli już pieniędzy, więc w zamian za tańce i występy, wyższe klasy ofiarowywały im datki finansowe. Obecnie w zasadzie każdy może podjąć się tańca i nawet pewien menedżer banku bierze z tej okazji co roku urlop, by codziennie uczestniczyć w występach. Taniec miał mieć też znaczenie religijne. Jeśli po modlitwach do bogów życzenie wiernego się spełniło, to w zamian był on zobowiązany do uczestnictwa w festiwalu i tańca niczym w transie, do ostatnich sił. Dlatego też, w czasach gdy ludzie byli bardziej religijni niż obecnie, tańczące tygrysy robiły niesamowite wrażenie, a tańczący wczuwali się niesamowicie w swoją rolę. Obecnie wiele z uczestników tańczy jakby chciało a nie mogło. Czasem aż wzbudzają irytację, gdyż stoją i ledwo się ruszają. Podobno też taniec miał uczcić boginię Sharadę (lokalna wersja Saraswati), której ulubionym zwierzęciem był tygrys. Jednakże obecnie mało kto w ogóle o tym wie.

Akrobacje na ulicy.
Przebranie tygrysa to w zasadzie jedynie specjalne majtki i peruka. Reszta to farba. Całe ciało uczestników pokryte jest farbą. Oprócz motywu tygrysiego, widać również leoparda, geparda czy inne. Sesja malowania poprzedzona jest depilacją całego ciała. Następnie artyści pokrywają ciało emalią, taką którą maluje się np. ściany. Powoduje to okropne pieczenie i z pewnością może być niebezpieczne dla zdrowia! Tancerze noszą farbę cały czas przez kolejne dni, aby się nie ścierała śpią na dużych liściach bananowca. Farba jest znów odnawiana na 1-2 dni przed ostatnią procesją.

Tańce są dzikie i pełne akrobacji. Mamy salta w powietrzu, stanie na rękach, podskoki, wymachiwanie głową. Na tym filmiku widać jak to mniej więcej wygląda: 



Podobny festiwal można zaobserwować w sąsiedniej Kerali, w mieście Thrissur, gdzie festiwal nazywany jest Puli Kali i odbywa się z okazji święta Onam (coś w stylu dożynek).

Uczestnicy są członkami całych wieloosobowych grup, włącznie z muzykami i przewodnikiem. Ich zadaniem jest krążyć z głośną procesją ulicami miasta i zachęcać ludzi by zaprosili ich do swoich domów, czy sklepów. Tak naprawdę nie jest ciężko znaleźć chętnych, którzy zapłacą za ich występ. Lokalni mieszkańcy są tak dumni z tej tradycji, że z chęcią wyciągają mniejsze i większe kwoty. Kuzyn męża był swego czasu, tak oszalały na ich punkcie, że zapraszał ich do domu na 1-2 godzinne występy, zapraszał gości i płacił za wszystko słoną kasę. Jak to się mówi, kto bogatemu zabroni? :)

Grupa tancerzy przed sklepem.
Kulminacją jest dzień procesji z okazji Dasary, kiedy liczne grupy przewożone są na tablach, a tancerze cali obwieszeni pieniędzmi tańczą i chwalą się zgromadzoną gotówką. 

Niedawno się zszokowałam, gdyż usłyszałam, że przed laty elementem tańca było też polowanie na owce, na żywe owce! Tancerze rzucali owcami między sobą! Wprawdzie ich nie zabijali ale i tak, sam fakt jest szokujący. Praktyka została całe szczęście zabroniona.

Tygrysy całe obwieszone żywą gotówką podczas procesji z okazji Dasary. 
Grupa taneczna przewożona na tablo podczas procesji.
Tygrys w tańcu.

25 września 2014

Navaratri - festiwal dziewięciu nocy w Mangalore

Dopiero co skończyliśmy świętować Ganesh Chaturthi, a już mamy kolejny festiwal, a do tego ponownie taki który obchodzi się z wielkim rozmachem. Dziś bowiem jest pierwszy dzień Navaratri, którego data także jest ruchoma. Całe miasto jest pięknie oświetlone. Wieczorem wzdłuż głównych ulic miasta zapalonych jest tysiące lampek. Nawał dekoracji na mieście można tylko porównać do naszego Bożego Narodzenia.  

Navaratri, czyli święto "dziewięciu nocy" obchodzi się ku czci bogini Durgi. Święto to jest bardzo ważne dla wyznawców hinduizmu i obchodzone jest w całych Indiach, lecz tradycje i formy obchodów różnią się zasadniczo w zależności od regionu. 

Postać Durgi traktowana jest wielokrotnie, jako bogini symbolizująca postać "uniwersalnej matki". Devi - główna bogini Matka, dba o wyznawców usuwając z ich życia wszelkie nieprzyjemności i przeszkody. O Durdze mówi się też jako Shakti. W tej postaci bogini posiada odwieczną moc i potęgę stwarzania oraz podtrzymywania bytów, ale też ich niszczenia - byty są tymczasowe, lecz moc bogini odwieczna. 

W Mangalore jest to czas, w którym zdecydowanie obowiązkowo należy się udać do świątyni Kudroli Gokarnath Temple, o której już kiedyś pisałam, jako jedno z ciekawszych miejsc w moim mieście. Jest pięknie, lecz bardzo tłoczno. Zwłaszcza wieczorem całe rodziny masowo zmierzają by oddać cześć bogini Durdze. Ja oczywiście też nie mogłam przepuścić takiej okazji i zaciągnęłam siłą męża, który przyznał że od lat nie był. Zdjęcia wprawdzie z zeszłego roku, lecz dekoracje są co roku prawie takie same. Każdy jest mile widziany, a w świątyni nie trzeba nic robić. Można przejść się dookoła i podziwiać. 


Każdy z dziewięciu dni poświęcony jest kolejno jednemu z dziewięciu wcieleń bogini. Oprócz tego obchody podzielone są na trzydniowe działy, w których czci się trzy różne aspekty Najwyższej Bogini. Aby odnieść sukces w różnych aspektach życia należy uzyskać błogosławieństwo od bogini pod każdą postacią.  

- Pierwsze 3 dni - Bogini Matka czczona jest pod wcieleniem Durgi. 

- Środkowe 3 dni - bogini występuje pod postacią Lakshmi, która to zsyła ludziom bogactwo duchowe jak i materialne. 

- Ostatnie 3 dni - poświęcone są na obchody ku czci Saraswati, bogini mądrości.


9 wcieleń bogini Durgi czczonych przez kolejne 9 dni:


1. Shailputri - bogini Himalajów
2. Brahmacharini 
3. Chandraghanta - symbolizuje piękno i odwagę
4. Kushmanda - stworzycielka wszechświata















5. Skanda Mata - matka wojownika boskiej armii oraz wojownika o imieniu Skand (dziecko)
6. Katyayani - posiada 3 oczy oraz 4 ramiona
7. Kairatri - Kali - czarna jak noc, odpędza demony, odpędza wszelki strach
8. Maha Gauri - biała jak śnieg, symbol piękna, spokoju i mądrości





9. Sidhidatri - ma moc uleczania A po lewej: Saraswati









Dziewięć wcieleń bogini ustawionych jest wzdłuż ścian. Pięć po lewej stronie, a cztery po prawej. Środkowy piedestał zajęty jest za to przez boginię Saraswati.

Tłumy wiernych pod posągiem Saraswati.

Wcielenia bogini wzdłuż ścian.
Impreza co roku przyciąga lokalne media. W trakcie naszej wizyty akurat trwała transmisja na żywo.

Co dla mnie dziwne i nie do końca zrozumiałe, to fakt że na środku był posąg słoniogłowego Ganeshy. Skąd? Po co i dlaczego? Nie mam pojęcia czy ten posąg stał cały czas od święta Ganesh Chaturthi czy też postawiono nowego Ganeshę.                                                                                                                
My już nic więcej nie będziemy robić podczas Navaratri. Teraz pozostało tylko czekać na Dasarę - dziesiąty dzień, podczas którego dobro zwycięża nad złem. Przez 9 dni podczas Navaratri różne wcielenia bogini toczą bowiem wojnę ze złymi mocami, aby na koniec odnieść zwycięstwo. Dasara to dzień ostatecznego tryumfu dobra nad złem i radości z tego faktu. W Mangalore mamy z tej okazji kolejną ogromną i głośną procesję uliczną, lecz w tym roku być może uda się nam odwiedzić z tej okazji miasto Mysore, którego Dasara i parada słoni z tej okazji słyną w całych Indiach. Bardzo bym chciała, ale jeszcze zobaczymy :) Trzymajcie kciuki. 


Droga do świątyni pełna światełek i straganów.

24 września 2014

Jak jeść ręką na liściu bananowca?

Kuchnia południowych Indii to nie tylko potrawy, ale przede wszystkim sposób jedzenia. Dania jada się bowiem często na liściach bananowca

Liście służą zamiast talerzy. Są jednorazowe i po użyciu od razu je się wyrzuca. Na pewno jest to bardziej ekologiczne zastępstwo dla plastikowych jednorazówek. Metoda spożywania posiłku w ten sposób jest mocno zakorzeniona w lokalnych tradycjach, gdyż dawniej ludzie tutaj nie posiadali talerzy. W obecnych czasach to raczej typowa spuścizna kulturowa typowa dla południa Indii. Wszyscy uwielbiają ją podtrzymywać zwłaszcza podczas przeróżnych świąt i spotkań rodzinnych, co też było widać w moich poprzednich postach :) 

Warto jednak wiedzieć jak prawidłowo jadać w ten sposób, żeby ewentualnie nie strzelić gafy ;)

METODA JEDZENIA:

1. Liść bananowca często na początku złożony jest na pół. Ważna jest pozycja! Cieńszy czubek zawsze ma być z lewej strony, a dłuższa strona z prawej! Dlaczego? Nie mam pojęcia i pytane osoby też nie wiedzą. Może dlatego, że jada się prawą ręką więc potrzeba więcej miejsca z prawej strony?

2. Liść należy otworzyć w taki sposób:

3. Nieopodal "talerza" zawsze będzie woda, np. w szklance. Należy trochę wody polać na liścia i przetrzeć prawą dłonią po całej powierzchni. Teoretycznie liście są myte przed podaniem, ale i tak uważa się że trzeba przemyć. Na koniec można wytrzeć chusteczką. 




4. Teraz czekamy, aż podane zostanie jedzenie. Dania mogą być wszelakie, to zależy od okazji i preferencji. Podczas uroczystości rodzinnych często jada się na kilka tur. Jeśli zjedliśmy jako pierwsi to wypada, aby zabrać się do serwowania jedzenia z garów dla kolejnych tur jedzących. Nakładając porcje chochelkami z garów trzeba pamiętać, żeby absolutnie nie dotknąć chochelką powierzchni liścia! Jest to lekki afront. 

Dania mięsne. 
Dania wegetariańskie.



5. Jedzenie z liścia bananowca spożywamy obowiązkowo prawą ręką! Sztućce są trochę dziwne i mogą śmieszyć lokalnych, ale w sumie to nic na siłę. Indusi mają luźne podejście do wielu spraw, więc nie ma co się przejmować. Wiele osób za to gorzej zniesie kogoś jedzącego ręką lewą, która z założenia służy do mycia pupy po wizycie w ubikacji. 

Jako, że na południu Indii codziennie spożywamy ryż, trzeba postarać się prawą ręką lepić z ryżu kulkę, po czym włożyć ją do ust. Można używać kciuka i dwóch pierwszych palców, lub wszystkich palców i kciuk używać do przytrzymywania. Jeśli trochę ziarenek ryżu spadnie to nic się nie stało. 


Tak mniej więcej nabiera się ryż w dłoń. Jedzenie na liściu bananowca tradycyjnie spożywa się na podłodze siedząc po turecku.

6. Gdy jesteśmy najedzeni i nie chcemy już więcej jeść należy z powrotem złożyć liść na pół w stronę do siebie (jak na zdjęciu). Nie trzeba jeść wszystkiego. Często wiele z dań zostaje na liściu. 

7. Ręka po jedzeniu jest brudna i tłusta. W restauracji po posiłku otrzymamy miseczkę z ciepłą wodą, a w niej zanurzona ćwiartka limonki. Wkładamy do niej dłoń i wyciskamy sok z cytrusa, dzięki temu tłuszcz się lepiej rozpuści. Lewej ręki raczej nie wkładamy. Po wymyciu prawej dłoni można też przetrzeć nią usta i ponownie zanurzyć w miseczce. Mokrą dłoń i usta wycieramy papierową chusteczką. Jeśli jest to masowa impreza i miseczek brak, to od razu po jedzeniu należy udać się do umywalki i umyć dłonie mydłem pod bieżącą wodą. 

8. Po zakończonym posiłku warto odświeżyć sobie usta. W tym celu podawane są z rachunkiem różne małe ziarenka. Moje ulubione to białe. W środku jest pojedyncze ziarenko kminu rzymskiego (zwane tutaj jeera, czyt. dżira). Bywają też inne kuleczki i mieszanki z ziarenek. Łyżeczką nabieramy małą porcję i przesypujemy trochę w zagłębienie prawej dłoni, a następnie wkładamy do ust. 

Odświeżacz do ust.

A tak naprawdę do sprawy należy podejść na luzie, a wiele osób po obiedzie pozostawia po sobie taki syf :)

15 września 2014

Zwykły dzień w tradycyjnej indyjskiej rodzinie


Jestem obecnie z wizytą w domu siostry mojego męża. Jest to bardzo tradycyjnie prowadzony dom, a rodzina należy do dość religijnych braminów. Nawet na tle innych domów w rodzinie męża, ten wypada bardziej konserwatywnie.

Siostra mieszka w typowej joint family (rodzinie łączonej - rozszerzonej). Ten typ rodziny potrafi składać się z bardzo wielu członków, którzy należą do różnych generacji: dziadkowie, rodzice, bracia i ich żony oraz dzieci, wszyscy razem pod jednym dachem. Tymczasem obecnie joint family się lekko skurczyła i jednym z najpopularniejszych modeli rodziny w Indiach jest 2+2+2 (teść + teściowa, syn + synowa, oraz dwójka dzieci, ewentualnie jedno dziecko). W domu mieszka więc ona ze swoim mężem, a także ich dwójka dzieci oraz teściowie. Zwłaszcza klasa średnia, czy też osoby do tej klasy aspirujące, nie decydują się na więcej dzieci. Edukacja i służba zdrowia są płatne, a wychowanie i wykształcenie dzieci sporo kosztuje. W rodzinie męża, w obecnym pokoleniu nikt nie posiada więcej niż dwoje dzieci.

1. Poranek


Pierwszą osobą, która wstaje rano w indyjskim domu jest synowa. Idealnym czasem pobudki jest 5 rano... W Indiach panuje przekonanie, że dzień najlepiej zacząć przed wschodem słońca. Dzięki temu nic nas nie ominie i cały dzień, od świtu do zmierzchu, zostanie w pełni wykorzystany. Pobudka po wschodzie słońca prowadzi do zgnuśniałości i dalszego lenistwa.  

Siostra męża wstaje więc jak najwcześniej. Ponieważ ostatnia kładzie się do łóżka, czasami śpi jednak trochę dłużej. Co jakiś czas umawia się z teściową, że teściowa danego dnia wstanie, a ona sobie pośpi. Niestety zdarza się, że mąż komentuje to jej spanie w lekko ironiczny sposób. Według niego prowadzenie domu i wstawanie rano należą do jej obowiązków i jest to jej praca, z której powinna się wywiązywać, skoro nie pracuje zawodowo.

Z samego rana jest w domu sporo do zrobienia, zwłaszcza przy dwójce dzieci, dwójce teściów i mężu. Przede wszystkim trzeba przygotować porządne śniadanie. Śniadania jada się na ciepło i są to dania wymagające gotowania, co bywa czasochłonne. Na śniadania jada się najczęściej: różne rodzaje dosy z chutney (placki z sosem), różne rodzaje upmy (pudding z semoliny), puri bhaji, pohę (tłuczony ryż). Trochę rzadziej: chleb lub tosty z masłem lub dżemem, Maggi noodles (coś jak zupka chińska, tylko z sosem zamiast wody). Do tego zawsze podawana jest kawa z mlekiem, a raczej mleko z kawą. Kawa jest bardzo słaba, słodka i na tłustym mleku. Kawę z rana piją też malutkie dzieci! Poranne gotowanie obejmuje więc porcje dla 6 osób, plus zapas jedzenia do zapakowania dla szwagra i dla dzieci.


Proste codzienne rangoli 
Teściowa wstaje jako druga i po skontrolowaniu stanu przygotowań w kuchni, idzie przed dom, by skoro świt narysować u progu domostwa rangoli - ozdobny wzór z nasypanego kolorowego proszku. Nowe rangoli jest codziennie inne i trzeba je rysować od początku. W zależności od czasu, ochoty i okazji, bywa bardzo proste lub skomplikowane. Teściowa lubi wieczorem wymyślać wzór na kolejny dzień. Ma nawet zeszyt, w którym rysuje nowe projekty. Obecnie sporo osób nie ma na to czasu i co i rusz widać gotowe rangoli - naklejkę. Zwłaszcza w blokach rangoli rzadko powstają z proszku. 




W międzyczasie wstają pomału pozostali członkowie rodziny. Po przebudzeniu, zawsze pierwsze kroki to - łazienka i mycie zębów. Jedzenie śniadania z nieumytymi zębami jest traktowane jako obrzydlistwo. 

Kąpiel - jest codziennym porannym rytuałem. W indyjskich domach kąpiel bierze się obowiązkowo przynajmniej raz dziennie. Jednakże ten jeden raz przypada absolutnie bezwzględnie rano! Kąpiel z rana ma obudzić i oczyścić przed modlitwą. Większość ludzi w Indiach krzywi się na pomysł kąpieli przed snem. Twierdzą, że kąpiel ich rozbudzi i nie będą w stanie zasnąć. Kąpiel kojarzy się z początkiem dnia i rozbudzeniem. Czasami zdarza się że druga kąpiel będzie wczesnym wieczorem, albo absolutnie nigdy po obiedzie, przed snem. 


Domowy ołtarzyk 
Pierwsze kroki po kąpieli, to obowiązkowo domowy ołtarzyk i modlitwa. Przed oblicze bogów trzeba iść czystym. Każdy przykładny wyznawca hinduizmu ma w domu ołtarzyk, a często cały pokój poświęcony bogom - tzw. god's room (pokój boga) lub też pooja room (pokój modlitwy). Modlitwa jest indywidualna i trwa raczej tylko kilka minut. Jedynie teść zrobił się na starość bardzo religijny. Z rana siedzi przed ołtarzykiem i śpiewa pieśni religijne oraz recytuje fragmenty z tekstów religijnych. 


Z rana przychodzi pod drzwi poranna gazeta i mleko. W międzyczasie wstaje już słońce, a w okolicach 7.00-7.30 rano budzą się pomału dzieci. Choć z dziećmi różnie bywa i czasami trzeba ich z rana nakłaniać do wstawania.


Dzieci biorą rano kąpiel w kolejności zależnej od tego, kto pierwszy wstał. Gdy chłopcy byli malutcy potrzebowali przy kąpieli pomocy. Poranne mycie wykonywała zawsze babcia, która także w wielu innych aspektach przejmuje dominującą rolę w wychowaniu. Dzieci także modlą się zaraz po umyciu. Starszy z chłopców, który nosi już nić bramińską, modli się wyjątkowo długo i wykonuje przy tym różne rytuały. Po modlitwach każdy w swoim czasie siada na śniadanie. Chłopcy często też z rana i w panice kończą odrabiać lekcje na ostatnią chwilę. 


Dzieciom trzeba naszykować mundurki i przypilnować, by zaczęły się szykować do szkoły. Mundurki w Indiach bardzo mi się podobają. Wyglądają porządnie i schludnie i w niczym nie przypominają okropnych mundurków, jaki niedawno przez chwilę były w Polsce. Szkoła w Indiach zaczyna się mniej więcej o tej samej godzinie dla wszystkich. Nie ma czegoś takiego jak dwie zmiany znane z Polski. Lekcje zaczynają się w zależności od szkoły między 8.30 a 9.30, bardzo rzadko wcześniej. 


Kilka minut przed 9.00 chłopcy wychodzą do szkoły. Obecnie chodzą na piechotę, gdyż szkoła jest pod domem. Dawniej łapali autobus szkolny, który zawozi i odwozi dzieci z domu do szkoły i z powrotem. Autobusy szkolne to powszechny widok w indyjskich miastach. W Polsce tzw. gimbusy wożą tylko na wsiach. 




Malutkie dzieci, uczęszczające do przedszkola, kończą dość szybko i spędzają na zajęciach jedynie kilka godzin. Przed 13.00 są już z powrotem w domu. Chłopcy siostry męża chodzą do 3 i 6 klasy. Kończą więc lekcje parę minut po 15.00 i o 15.20 są już w domu. W międzyczasie, w szkole jest ponad półgodzinna przerwa na lunch.  


Niedługo po chłopcach do pracy wychodzi szwagier, który zaczyna mniej więcej o 10.00, a kończy około 18.00 (nie ma sztywnych godzin). W domu zostaje tylko synowa z teściami. Przez wiele lat, jak wiele rodzin w Indiach, teściowa z synową posiadały do pomocy w sprzątaniu dochodzącą służącą, która przez godzinę dziennie wykonywała przeróżne prace domowe. Obecnie od roku nie mają takiej osoby. Stawki za te usługi z roku na tok robiły się coraz wyższe, a standard sprzątania pozostawiał wiele do życzenia. Ponieważ szwagier kupił mieszkanie, na co musiał zaciągnąć kredyt, rodzina postanowiła w ramach oszczędności zrezygnować ze służącej i dwie gospodynie muszą teraz codziennie wykonywać te czynności same. 


Tak więc, gdy już wszyscy poszli, teraz czas na zmywanie naczyń. Dawniej naczynia z całego dnia, z wszystkich posiłków składowane były w ogromnej misce, a rano wszystko myła służąca. Obecnie zmywanie odbywa się 3 razy dziennie. Poranne zmywanie zawsze robi synowa. Teściowa po śniadaniu chwilę siedzi i ogląda tv, ale jak tylko kuchnia jest wolna idzie przygotowywać dania na lunch i obiad. Składniki kroi synowa, po czym zostawia gotowanie teściowej. Pomiędzy 10.00 a 13.00 odbywa się główne gotowanie dla rodziny na cały dzień. Ponieważ w kaście męża pojawiają się unikalne dania, a także ponieważ są to dania wyłącznie wegetariańskie, praktycznie nie zdarza się by zatrudniać kucharkę. W rodzinie męża jedynie najbogatsi i najmniej ortodoksyjni (czyli tacy, którzy jedzą mięso), mają osoby do gotowania. Kwestie spożywanego jedzenia są zbyt istotne by powierzać je obcym osobom.

Gdy gotowanie w toku, teść idzie na zakupy lub na spacer do parku. Teściowa z synową na zakupy chodzą rzadko.

Palka półautomatyczna
Pranie w Indiach to codzienny rytuał i z jakiegoś powodu kluczowa sprawa w życiu. Nie ma dnia bez prania, świątek, piątek czy niedziela, pranie musi być, tak jakby bez prania świat się miał zawalić. W indyjskich domach, nawet w klasie średniej nadal królują pralki semi-automatic. Jakoś nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim i dopiero tutaj zobaczyłam pierwszy raz. Taka pralka posiada 2 kontenerki ładowane od góry. W jednym pierzemy, a drugim na koniec wirujemy pranie. Niestety opcja piorąca jest o wiele słabsza, niż w pralce automatycznej. Pranie polega na tym, że wrzuca się ubrania, a następnie trzeba je zalać wodą, którą można nalać z węża lub z wiadra. Kranik nieopodal pralki ma tylko zimną wodę, więc wychodzi na to, że pierze się tylko w zimnej. Następnie wsypuje się detergenty i włącza pierwszy cykl, który trwa 15-20 minut. Pranie bełta się w wodzie raz w lewą stronę, raz w prawą. Moc takiego prania nie jest imponująca, dlatego przed praniem w pralce ubrania się namacza w miskach, często przez noc. Łazienka zastawiona jest więc wiadrami i miskami. Tam też łatwiej o ciepłą wodę do namaczania.
Po pierwszym cyklu należy spuścić wodę, następnie ponownie ręcznie napełnić świeżą. Kolejne 2 cykle to płukanie bez detergentów. Na koniec pranie przerzuca się do drugiego zbiornika na wirowanie. Większe zabrudzenia i tak trzeba usunąć ręcznie, piorąc w łazience na ziemi, a najlepiej na kamieniu z użyciem specjalnej plastikowej szczotki. Co ciekawe, kobiety nigdy nie piorą swojej bielizny z resztą ubrań. Bielizna musi być wyprana ręcznie. Kobiety piorą ją w ręku, gdy biorą kąpiel i pozostawiają ją później do wyschnięcia gdzieś na uboczu. Żadna indyjska gospodyni nie da też swojej bielizny do prania służącym, zawsze wypierze ją sekretnie własnoręcznie.

Pranie skończone i rozwieszone. Lunch się skończył gotować. Kuchnia po gotowaniu jest dogłębnie czyszczona, włącznie z codziennym myciem kuchenki, zlewu, blatu i kafelek. Teraz pozostało jedynie pozamiatać, a do tego służy specjalna zmiotka. Odkurzacze domowe to w Indiach raczej nowość. Siostra męża nawet posiada jeden, lecz nigdy go nie używa, bo woli miotłę. Co jednak robi przyzwyczajenie i nawyki? Gdy już podłoga zamieciona, wystarczy jeszcze tylko umyć podłogę. Tutaj większej filozofii nie ma. Albo ścierką i szorowanie na kolanach, albo mop. 


2. Popołudnie


Synowa i teściowa mogą wreszcie koło południa odetchnąć i się wykąpać. Po kąpieli zmienia się w końcu ubranie. Do tej pory kobiety były na nogach cały czas w tym, w czym spały, czyli w podomkach - prostych szatach, długich do kostek, bez dekoltu i bez kształtu. Teściowa zakłada lekkie bawełniane sari, a siostra męża zmienia tylko podomkę na nową, którą zmieni ponownie dopiero następnego dnia po kąpieli. W końcu i one się modlą, a następnie mają czas dla siebie, co w zasadzie co dzień kończy się sesją seriali telewizyjnych. 

Lunch jada się około 13.00-14.00. Lunch jedzą razem teściowie z synową, a po skończonym posiłku synowa wreszcie zostaje na chwilę sama, teściowie udają się bowiem na popołudniową drzemkę. Synowa w zasadzie także bardzo często idzie wtedy spać, gdyż w nocy śpi mało. Musi jednak wstać przed powrotem dzieci ze szkoły, co następuje o 15.20. 

Gdy dzieci wracają zaczyna się popołudniowy rozgardiasz. W Polsce, po szkole jadłam raczej od razu obiad. Tutaj dzieci dostają jednak raczej jakąś przekąskę, często smażoną lub na słodko oraz ciepły napój. Lunch jedli bowiem w szkole. 

Dzieci, jak to dzieci, wprowadzają zamieszanie. A to chcą oglądać kreskówki, a to idą na rowery, czy też chcą grać w gry komputerowe, Czasem przychodzą do nich koledzy z sąsiedztwa. Tylko czasem udaje ich się nakłonić od razu do odrabiania pracy domowej. Siostra męża przyzwyczaiła ich od małego do wspólnej nauki. Nacisk na wysokie stopnie też jest ogromny, a wiadomości ze szkoły muszą być codziennie opanowane i powtórzone. Matka przepytuje chłopców z całego najnowszego materiału. Na wspólnej nauce spędzają całą resztę popołudnia. Wkład rodziców jest o wiele większy niż był u mnie w domu, gdzie rodzice stawiali na moją samodzielność, co skutkowało często jednak gorszymi stopniami. Z drugiej zaś strony obowiązki domowe ociągają szwagierkę często od siedzenia z chłopakami. Teściowa nie toleruje opóźnień w kuchni, nawet kosztem nauki chłopców.

Przydomowy krzaczek
tulsi.

Około 17.30 domownicy zasiadają razem na popołudniową kawę i przekąski. Dzieci piją albo kawę albo inny napój mleczny. Często w tym czasie wraca też szwagier. Przekąski są raczej niezdrowe, bardzo słodkie lub smażone w głębokim oleju. Niemal codziennie serwuje się też czipsy.

Po przekąskach czas na popołudniową sesję modlitw, której oddaje się teść. Znów zasiada przed ołtarzykiem i przez kilkanaście minut śpiewa pieśni religijne. W tym czasie teściowa idzie poświęcić przydomowy "święty" krzaczek tulsi, a synowa zbiera pranie i układa je na miejsce.



3. Wieczór


Wczesnym wieczorem synowa z teściową czasem wychodzą z domu na zakupy. Choć często cały dzień nie wychodzą wcale. Wieczór to czas dalszej nauki chłopców oraz czas seriali telewizyjnych, które indyjskie kobiety oglądają codziennie godzinami, w każdej chwili przerwy od innych obowiązków. 

Obiad jada się bardzo późno, dopiero około 10.00 wieczorem. Dania na obiad są już ugotowane i w zasadzie jada się to samo co na lunch, dodając jakąś jedną czy dwie nowe potrawy. 

Po ostatnim posiłku rodzina szykuje się pomału do snu. Czymś, co jest dla mnie najcięższym do zaakceptowania, jest fakt iż nikt nie kąpie się wieczorem. Nie ważne jak upalny był dzień, każdy idzie spać tak jak stoi. W Indiach nie nosi się piżam! Koncept ubioru specjalnie przeznaczonego tylko do łóżka jest nieznany. Kobiety idą spać w ubraniach podomowych, które nosiły cały dzień (sari, podomka, salwar kameez), a mężczyźni noszą po domu podkoszulki i sportowe spodnie lub szorty, albo lungi. Wieczorem nikt także nie myje zębów! 

W dni, gdy obowiązków w domu było więcej i dzieci nikt nie dopilnował zaczyna się wieczorna panika. Prace domowe nie odrobione, a chłopcy padają ze zmęczenia. Dzieci idą więc spać, a do odrabiania lekcji i wyklejania różnych projektów zasiada matka, która jednak robi to dopiero gdy wszyscy pójdą już spać, gdyż wcześniej musi posprzątać po obiedzie i namoczyć ubrania na noc. Jej mąż nie udziela się w domu wcale. Jego obowiązkiem jest tylko praca i przynoszenie pieniędzy. Synowa kładzie się więc ostatnia, aby za kilka godzin rano znów wstać jako pierwsza.  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...