31 sierpnia 2014

Przygotowania do Ganesh Chaturthi - Święto słoniogłowego boga Ganeshy

Ganesha - słoniogłowe bóstwo. Lewy
kieł jest ułamany a u stóp siedzi mysz.
Z dwudniowym opóźnieniem, relacja z ostatnich wydarzeń. Planowałam pisać na bieżąco, ale całymi dniami nie było nas w domu i nic z tego nie wyszło. 

Ganesh Chaturthi to najważniejsze święto w naszej indyjskiej rodzinie. Skala z jaką je obchodzą porównywalna jest z naszym Bożym Narodzeniem. Na święto zjeżdża się niemal cała rodzina, często też z zagranicy. Przygotowania, dekoracje i podekscytowanie są ogromne. Święto poświęcone jest słoniogłowemu bogowi o imieniu Ganesha. Wśród wielu wyznawców hinduizmu jest to zdecydowanie najpopularniejsze bóstwo. 
Dzieje Ganeshy w mitologii indyjskiej przedstawiają różne zawiłe historie wyjaśniające np. skąd wzięła się głowa słonia przytwierdzona do ludzkiego ciała, dlaczego jego jeden kieł jest przełamany na pół oraz dlaczego jego rydwan ciągnie mysz. Tymczasem Ganesh Chaturthi to celebracja narodzin Ganeshy, syna boga Shivy oraz bogini Parvati. 


Święto jest ruchome i przypada pomiędzy końcem sierpnia a początkiem września, lecz według indyjskiego kalendarza festiwal ma datę stałą i występuje zawsze na czwarty dzień po tym jak księżyc był w nowiu w szóstym miesiącu. Chaturthi - znaczy zawsze czwarty dzień każdego z miesięcy księżycowych. 


Figurka Ganeshy w naszym
samochodzie

Ganesha, to bóg który uwielbiany jest za moc usuwania życiowych przeciwności. Wierzy się, że przynosi szczęście i pomyślność, wobec czego każdy kto poszukuje pozytywnych wydarzeń w swoim życiu powinien udać się po wsparcie do Ganeshy. W rodzinie mojego męża, jego postać jest tak ważna, że nie ma domu bez podobizny Ganeshy, a w samochodzie każdy powinien trzymać figurkę, co ma uchronić od drogowych niebezpieczeństw, o które w Indiach bardzo łatwo. 

Póki co mój stosunek do hinduizmu i świąt typu Ganesh Chaturthi jest niestety dość ambiwalentny. Doceniam wiele rzeczy, widzę jak złożona i wielowarstwowa jest to religia, ale z drugiej strony tak sobie myślę... słoniogłowy bóg?! To tak na serio?!? :/ Być może oznacza to, że jestem ograniczona. ;) Z drugiej strony zdaję też sobie sprawę, że za mało wiem o tej religii, a nawet pisząc teraz obawiam się by nie strzelić jakiejś gafy. Laicy, tacy jak ja, patrząc na obchody świąt indyjskich mogą się zachwycić dekoracjami, procesjami lecz aby w pełni docenić znaczenie tego co się dzieje dookoła, wypadałoby też rozumieć choć trochę na co patrzymy. Ciężko z tym u mnie, a mąż ateista nie pomaga w zrozumieniu :) 

To że Ganesh Chaturthi zbliża się wielkimi krokami, widać na mieście już na wiele dni przed. Na ulicach co i rusz mniejsze i większe podobizny Ganeshy. Warto też wybrać się do warsztatów produkujących rzeźby, gdyż jeszcze przed pomalowaniem wyglądają nieziemsko. 


Rzeźby przedstawiające Ganeshę na ulicy w Bangalore. Zawinięte w folię by ochronić je od deszczu. Jedynie w głębi widać odkryte figurki pod zadaszeniem.
Wykonane z nierozpuszczalnego w wodzie gipsu rzeźby Ganeshy rozsiały się na ulicach Bangalore. Co roku są ogromnym obciążeniem dla środowiska naturalnego. 
Tradycyjnie figurki wykonywano z biodegradowalnych materiałów, głównie z gliny. Z czasem jednak wprowadzono podobizny z gipsu i innych toksycznych składników oraz farb, które nie rozpuszczają się w wodzie i stanowią co roku ogromne zagrożenie dla środowiska. Festiwal bowiem kończy się zanurzeniem podobizny bóstwa w zbiorniku wodnym (morzu, rzece, studni). Jedynie wykonane z gliny figurki się rozpuszczą. Ganesha z gipsu będzie jednak dryfował w wodzie i ją zanieczyszczał. Co więcej, często wcale nie chce pójść pod wodę, a rok temu dwie osoby utonęły w Bangalore próbując zanurzyć posąg. Po zakończonym świętowaniu Indie są co roku zawalone tonami odpadów w wodzie. Wprawdzie władze starają się pozostałości wyławiać, lecz na dłuższą metę nie ma to sensu. Spór o ban na gipsowe posągi trwa.

W tym roku święto przypadło na 29 sierpnia. Zanim jednak rodzina przystąpiła do wspólnego świętowania, to dzień wcześniej dużo osób obchodziło święto zwane w rodzinie męża Gauri Pudźa, które zawsze przypada dzień przed głównym świętem. 

Gauri to po prostu kolejne wcielenie bogini Parvati - matki Ganeshy. W samej pudźy nie uczestniczyłam, więc szczegółów nie znam. Z tego co jednak zrozumiałam, to święto obchodzone jest tylko przez zamężne kobiety, ale panny też są zapraszane. W obecnych czasach, kobiety pracujące, aby je obchodzić muszą brać na ten dzień urlop, więc w niektórych domach ta tradycja zanika. Ciocia, która mnie zaprosiła wzięła wolne na pół dnia, a dekoracje pomagał szybko ustawiać wynajęty pomocnik.



Sposób obchodzenia tego święta, jak i jego nazwy różnią się w zależności od regionu. W północnych Indiach święto występuje pod nazwą Hartalika

Cały dom został odświętnie udekorowany, zwłaszcza wejście oraz miejsce, gdzie odbywała się pudźa. Centralne miejsce zajmowała podobizna bogini, a wśród najważniejszych dekoracji i produktów używanych do kultu należą liście bananowca, kokosy, kwiaty i ryż.


Podobizna bogini Gauri przytwierdzona do kokosa.
Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na kokosy, które były specjalnie, symbolicznie udekorowane i poświęcone. Kokosy te stanowiły następnie rodzaj prezentu-błogosławieństwa, jakie ofiarowała pani domu wszystkim zaproszonym kobietom. Dom bowiem, po zakończeniu bardziej prywatnych modlitw, zapełnił się licznymi gośćmi. Zaproszono głównie sąsiadki, a wieczorem przyszły też koleżanki z pracy. Każda zamężna kobieta szła następnie z panią domu przed ołtarzyk się pomodlić i oddać cześć bogini. Pani domu ofiarowała w zamian kokosa oraz pakiecik z prezentem (przekąski, owoc, prasad). Z kobietami przyszli też mężczyźni, choć nie brali udziału w obchodach. Co ciekawe wśród gości były też sąsiadki muzułmanki, które wspólnie siedziały plotkując z resztą, lecz nie brały udziału w obchodach przed ołtarzykiem.

Zawartość pakietu z prezentem: czipsy bananowe, biscuit rotti (to duże płaskie), musumbi - owoc, prasad - poświęcone jedzenie - tłuczony ryż na słodko w cukrze palmowym, chałwa z daktyli (to małe ciemne)

Dekoracje świąteczne w domu obejmowały też pięknie ustrojony przedpokój oraz drzwi wejściowe w kwiatach, a także specjalne świąteczne rangoli przed domem oraz przystrojone przydomowe drzewko tulsi

Lampki oliwne, światełka i inne dekoracje.


Przyznaję, że na samą pudźę nie przybyłam, lecz wieczorem dom był pełen gości i panowała imprezowo-świąteczna atmosfera. Dom pełen ludzi, w większości mi niestety nieznanych i w wielu wypadkach słabo mówiących po angielsku. Młode dziewczyny, które przybyły z matkami znały angielski, lecz jednak je peszyłam. I choć starałam się wznieść na wyżyny swoich zdolności w języku kannada, szło mi źle, więc po czasie się zaszyłam w jednym z pokoi, bo miałam dość :D

Gdy goście już poszli, wieczorem zjedliśmy tradycyjny obiad w stylu konkani, w wersji trochę bardziej odświętnej. Było więc: w środku - khotto idli (bułeczka idli na parze zawinięta i gotowana w liściach drzewa jackfruit) wraz z kokosowym chutney, tamaryndowy ryż puliyogare, sałatka z ogórka i kokosa, soczewica z kokosem w liściach curry oraz prasad - tłuczony ryż na słodko w cukrze palmowym. Później jeszcze zagryźliśmy mniej tradycyjnymi tutaj ciapati i palak paneer. 


Po skończeniu świętowania, była już prawie północ. Następnego dnia rano za to główne święto Ganesh Chaturthi i pobudka o 6 rano, by skoro świt odebrać naszego Ganeshę z warsztatu.

7 sierpnia 2014

Mumbaj - Nasze miasto zakochanych

Bardzo lubię Mumbaj. Mam do niego przeogromny sentyment. Przede wszystkim to było moje pierwsze miejsce w Indiach. To właśnie w tym mieście poznawałam ten nowy indyjski światZszokowało mnie, ale też pozostawiło niezatarty ślad. Dla mnie jednak jest to przede wszystkim takie nasze miasto zakochanych :)  Właśnie tam spotkałam w końcu na żywo swojego przyszłego męża. Chwila pierwszego spotkania pełna była emocji. Pierwsze chwile razem to jest coś czego się nie zapomina :) Po dotarciu z lotniska do mieszkania zeszło w końcu ze mnie całe napięcie. Dopiero wtedy zaczęliśmy rozmawiać. Było już prawie rano jak w końcu zmogło nas zmęczenie. Pamiętam tylko że łóżko było bardzo twarde, a upał na tyle duży, że za przykrycie zamiast kołder mieli cienkie, przypominające prześcieradła koce. I tylko wiatrak u sufitu, coś czego wcześniej nie znałam, szumiał dla mnie strasznie głośno, a wiatr jaki powodował, sprawiał że ten kocyk cały się ruszał pod wpływem mas powietrza. Trochę mnie to rozpraszało i co chwilę rozbudzało, bo nie byłam przyzwyczajona, ale jednak zmęczenie za chwilę zwyciężyło. 

Przed wyruszeniem dalej na południe Indii spędziliśmy w Mumbaju, sami - a raczej prawie sami, 4 dni. Wujek zostawił mieszkanie wolne. Sam był z żoną na Goa. Tymczasem w mieszkaniu był też kuzyn tej żony. To właśnie on był naszym kierowcą z lotniska. On tam po prostu z nimi też mieszkał, zwłaszcza że wujek z ciocią dzieci nie mają, a poza tym ciotka często zostawała sama, gdyż wujek pracował za granicą. Przyszywany kuzyn przyjechał do Mumbaju kilka lat wcześniej za pracą. Pochodzi z Kerali i był naszą przyzwoitką :D Choć w sumie i tak całymi dniami go nie było. Tylko raz wieczorem poszliśmy razem na obiad. Jak się później okazało, był też wówczas nieopisanie zazdrosny. Nie dał jednak tego póki co w żaden sposób odczuć, a jak się raz upił zaczął mówić, że jestem jego siostrą!

Mumbaj to miasto, które odwiedziłam bodajże najwięcej razy. Z pewnością nie byłam tam jeszcze w wielu miejscach. Muszą one poczekać do następnej wizyty. Ponieważ rodzina męża rozsiana jest raczej w Nowym Mumbaju, jedynie jeden wujek rezyduje kilkanaście kilometrów od lotniska, to za każdym razem dotarcie do centrum na południu zajmuje mnóstwo czasu. A mówiąc mnóstwo, mam na myśli całe godziny! Za pierwszym razem pojechaliśmy autobusem miejskim, którym dotarcie do centrum miasta na południu zajęło bagatela 2 godziny. Wcale jednak na to nie zwracałam uwagi i ani trochę mi to nie przeszkadzało. Siedzieliśmy w końcu razem obok siebie i nie wiem w co bardziej wpatrzeni, w widoki czy w siebie. Czułam się jak pijana ze szczęścia. Prawdę powiedziawszy to wszystko mi się podobało, nawet rudery i śmieci i smród nad miastem tu i ówdzie. Świat był dla mnie wtedy po prostu wspaniały. Kto by pomyślał? W telewizji o Indiach mówiono raczej jak o trzecim świecie, a ja tam znajdowałam szczęście! Niewyobrażalne. 

Ludzie, wszędzie ludzie...


Budynek w renowacji, no proszę!




































Po tak długiej podróży w upale zdążyłam już opróżnić całą butelkę soku o smaku mango - Maaza, który od razu pokochałam bezgraniczną miłością. Pierwsze kroki więc skierowaliśmy do wodopoju. A tym wodopojem był sok z trzciny cukrowej z ulicy! Oho! pomyślałam, bo jednak czasami odzywał się taki złośliwy głosik z tyłu głowy, zaraz się zacznie... Soki z ulicy, syfiasta budka, zemsta maharadży czeka mnie jak murowana! Mój wybranek jednak mówi, że można, i że bezpieczny bo to sam sok z tej trzciny, plus limonka, plus imbir przeciśnięty przez praskę. Według niego to wręcz trzeba pić. Dodają też lód, ale trzeba powiedzieć, że nie chcemy.  Poza tym jak się okazało, to ja jestem osobą o mocnym żołądku. Przez całe 3 i pół miesiąca pobytu nic mnie w Indiach nie ruszyło. Za to mój Indus co i rusz siedział na kiblu :D Zwłaszcza w Mumbaju, woda dostarczana do do domów, w porównaniu do Mangalore, jest tragicznej jakości, a przynajmniej wszędzie tam gdzie my nocowaliśmy. Poza tym nawet po przefiltrowaniu ma dziwny smak i często czuć w niej chlor :/ 

Stoiska z maszynami do soku z trzciny cukrowej.



















A oto i soczek! 
Sok z trzciny cukrowej w Mumbaju ma po prostu wyjątkowy smak! Zawsze gdzieś obok stoisk zapalone są kadzidła. Ten duszący zapach kadzideł, który wdycha się pijąc sok daje niezapomniane doznania. Prawdę powiedziawszy sok do dziś nigdzie nie smakuje mi jak w tym mieście. Pijąc chociażby w Mangalore, jest dla mnie zwyczajnie za słodki. W końcu to trzcina cukrowa, z której robiony jest tutaj cukier. 

Gdy pragnienie zostało już zaspokojone, to zaraz pojawił się głód. No a skoro jesteśmy w Mumbaju to trzeba koniecznie zjeść coś miejscowego i kultowego, czyli vada pav. Prawdę powiedziawszy nie słyszałam o tym wcześniej. Okazało się, że jest to wegetariański burger, w którym pomiędzy przekrojoną na pół bułką jest "kotlet" ze smażonych w głębokim oleju ziemniaków z dodatkami. Niestety! Albo miałam pecha, albo to nie był dobry wybór na pierwszy dzień w Indiach. W pierwszym kęsie ugryzłam zielone chilli! Uczucie jakby właśnie w języku wypaliła mi się dziura. Żywy ogień w ustach. To było straszne. Od razu wyplułam i odmówiłam dalszego spożycia... Do dziś mam uraz, choć obecnie jadam raczej piekielnie ostro. Chociaż ostatnio już normalnie jadłam, więc chyba uraz mi przechodzi. Tymczasem mój indyjski wybranek miał specjalne zachcianki i dziwactwa. Otóż stwierdził, że vada pav jada bez bułki, bo nie lubi pieczywa... W taki oto sposób poznałam vada pav bez pav (bułka), a z samą vadą (kotlet). 


Vada pav bez bułki...


Hotel Taj Mahal obok Bramy Indii. To tutaj miał miejsce atak terrorystyczny w 2008 roku. 
Pod Bramą Indii wiecznie nieprzebrane tłumy. Miejsce stało się niesamowicie popularne po atakach terrorystycznych...
Tego pierwszego dnia miała też miejsce pewna sytuacja, o której warto wspomnieć. Siedzieliśmy na promenadzie nad morzem, nieopodal plac zabaw dla dzieci. Rozmawiamy zapatrzeni w siebie. Mój luby zaczął się jednak ze mną droczyć, więc ja się w końcu zirytowałam i powiedziałam, żeby przestał. Oczy wszystkich matek i starszych matron z placu zabaw od razu na nas! Zwłaszcza, że siedzieliśmy blisko, niemal przytuleni, co już samo zakrawało o nieprzyzwoite zachowanie. A tutaj jeszcze biała dziewczyna siedzi obok Indusa i mówi, żeby przestać! Kobiety były więc w pełnej gotowości, aby facetowi spuścić manto. Szybko się ogarnęłam, uśmiechnęłam do nich, zapewniając że wszystko jest ok. Usiedliśmy jednak porządnie, kilkanaście centymetrów od siebie, co by nie budzić wątpliwości i nie siać zgorszenia. 

W Indiach bowiem publiczne okazywanie sobie uczuć jest czymś budzącym zgorszenie i jest wręcz niedopuszczalne! O ile w bardziej nowoczesnych miejscach jak np. Mumbaj, trzymanie się za rękę przejdzie raczej bez problemu, to już rzeczy typu przytulanie, czy co gorsza pocałunki, absolutnie! To jest sianie zgorszenia! W tym konserwatywnym społeczeństwie trzeba o wiele bardziej myśleć o tym co wypada a co nie oraz ograniczyć swoje publiczne manifestacje uczuć do minimum. Choć sialiśmy jednak takie zgorszenie w Mumbaju kilka razy, to nic się nie stało, ale to pewnie kwestia szczęścia. 

Tego dnia musieliśmy już pomału wracać, zwłaszcza że czekała nas daleka droga. Na dużych dystansach lepiej przemieszczać się kolejką miejską. Do stacji trzeba jednak najpierw dotrzeć albo autobusem, albo taksówką. My musieliśmy dostać się do słynnej stacji Chhattrapati Shivaji Terminus, znanej raczej jako VT (czyt. wi-ti), od dawnej nazwy Victoria Terminus (na cześć angielskiej królowej Wiktorii).

Piętrowe autobusy zostały po Anglikach.
Mumbajskie taksówki.
VT nocą.
Tak to już pewnie jest, że każdy ma jakieś swoje szczególne miejsce. Mumbaj jest takim miejscem dla nas. Choć miasto samo w sobie budzi skrajne odczucia, to my prędzej zapatrzeni byliśmy wtedy sami w siebie. Z jednej strony Mumbaj mnie atakował swoimi doznaniami, a z drugiej byłam po prostu szczęśliwa. W końcu poznałam ukochanego, który okazał się lepszy w rzeczywistości, niż w internecie. Spędziliśmy niezapomniane chwile. Wpatrzeni w siebie przemierzaliśmy nieśpiesznie miasto, zatrzymując się co chwilę to tu to tam. To był czas tylko dla nas, dlatego znanych miejsc nie udało się wtedy zobaczyć zbyt wiele. Jednak dla nas i tak był to wspaniały czas.

W Mumbaju byliśmy jeszcze wiele razy. Nie zawsze udało się coś zwiedzić. Czasem trzeba było odbyć raczej rundkę odwiedzin po rodzinie. Często zamiast zwiedzania trzeba było coś załatwić, albo się z kimś spotkać. Poza tym do centrum Mumbaju na południu półwyspu jest dla nas niestety zawsze daleko. Mumbaj to przeogromne miasto-moloch. Tym bardziej, że zazwyczaj nocujemy w Nowym Mumbaju, więc czasem ograniczaliśmy się do tego terytorium i czas nam upływał na zakupach, czy siedzeniu w jakimś fajnym lokalu z kuzynami. 

Nowy Bombaj. Na jego obrzeżach są jeszcze puste połacie ziemi, na których za moment powstaną nowe wieżowce.
Przed dworcem kolejki podmiejskiej. Stacja Vashi.














Centra handlowe w dzielnicy Vashi.








Mumbaj na zawsze pozostanie dla nas naszym miastem zakochanych. To właśnie tam mój przyszły mąż mi się oświadczył. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, to bym stwierdziła, że to jest jakaś totalna abstrakcja. Jaki Mumbaj? Jakie Indie?! Totalny kosmos. A jednak tak się stało...

Musiałam jednak przylecieć do Indii drugi raz. Dopiero wtedy doczekałam się pierścionka :D Który zresztą sama wybrałam - internetowo. Wybrałam wzór, który mi się podobał. Jak się później okazało, pierścionek został zrobiony według tego wzoru, na zamówienie. Jakoś nie mogłam znieść myśli, że dostanę coś co mi się nie spodoba! Czyżby syndrom potrzeby nadmiernej kontroli nad sytuacją!? Gust mamy niestety w wielu kwestiach różny. Przyznaję też, że nie do końca lubię niespodzianki. Nie lubię dostawać rzeczy, które mi się nie podobają!

4 sierpnia 2014

Woda różana, jeden z sekretów urody Hindusek

Woda różana od wieków używana była do pielęgnacji przez kobiety w Indiach oraz na Bliskim Wschodzie. W dawnych czasach, gdy nie istniały gotowe sklepowe kosmetyki, była jedną z podstaw pielęgnacji tutejszych kobiet. Wodę taką można nawet dziś przygotować samemu z płatków róż. O ile naturalna woda różana powinna składać się jedynie z wody destylowanej oraz ekstraktu z płatków róż, to obecny rynek wypełniają raczej produkty z różnymi dodatkowymi składnikami.

Royal Falooda
Pierwszy raz z wodą różaną zetknęłam się właśnie w Indiach. Jakoś wcześniej o niej nie słyszałam, ani nie widziałam jej w żadnej polskiej drogerii. Zobaczyłam ją na półce będąc w gościach i zastanawiałam się czy to służy do jedzenia czy do ciała :D Mamy w Indiach też jedzenie o smaku różanym, np. mój ukochany deser lodowy Royal Falooda! Kosmetycznej wody różanej jednak nie radzę jeść. 

Woda różana to naturalny kosmetyk, stąd też mój początkowy brak przekonania. Wydawało mi się że ta woda nic nie robi. Stosowana jednak regularnie daje bardzo zadowalające, choć delikatne efekty. Dodatkowo jest bardzo łagodna i nie powinna nikogo podrażniać, a piękny zapach róży działa relaksująco. Różany zapach może jednak wiele osób zniechęcać, gdyż kojarzy się z przestarzałymi kosmetykami dla babć :) 








Wodę różaną w Indiach oferuje niemal każdy producent kosmetyków. Dotychczas przetestowałam cztery, które są dla mnie najłatwiej dostępne. 

1. Banjara's Rose Water - Kosmetyki tej firmy można dostać tylko w południowych Indiach (kiedyś szukałam bezskutecznie w Mumbaju). Ma delikatny różany zapach, za to wyczuwam tu też lekko medyczną nutę. Delikatne działanie i przystępna cena sprawiają, że najczęściej ją kupuję.

2. VLCC Rose Water Toner - Bardziej tonik z dodatkiem wody różanej, za to z bardzo ładnym zapachem róży, który jest jednak dość silny. Zawiera różne inne ekstrakty np. z aloesu, daktyli. Działanie ma zdecydowanie silniejsze od pozostałych wód (choć nadal jest delikatny). Tą wodę używałam tylko jako tonik. 

3. Dabur Gulabari - Ma zdecydowanie najbardziej sztuczny zapach "plastikowej róży". Posiada w składzie aż 2 rodzaje konserwantów oraz 2 rodzaje parabenów. Woda ta jest za to bodaj najłatwiej dostępna i najtańsza. Można ją kupić po prostu wszędzie. 

4. Fabindia - Rose facial water - jedyna w pełni naturalna woda różana w tym zestawieniu. Niestety też najdroższa. Chciałam jednak spróbować czym się różni naturalna woda od tych z tańszej półki. Posiada idealnie rozpylający atomizer, więc będę mogła przelać później do butelki tańszą wodę. Zapach delikatny choć wyczuwalny. Tak faktycznie pachną róże! 

Całkowicie naturalną wodę ma też w Indiach Khadi, jednak te produkty są w zasadzie niedostępne w moim mieście :(

Tak naprawdę producent ma tu mniejsze znaczenie i może być on dowolny, gdyż liczy się jedynie skład. Jestem przekonana, że wody różane występują też w innych krajach, np. arabskich.

Niestety w Indiach często nie ma pełnej listy składników na produktach :( Jakoś nie wierzę, że naturalna woda różana z Fabindia nie posiada absolutnie żadnego konserwantu. Przecież jakoś musi wytrzymać na półce długie tygodnie. Dla zainteresowanych składy:

















DO CZEGO W INDIACH WYKORZYSTUJE SIĘ WODĘ RÓŻANĄ:

  • Jako tonik odświeżający twarz. Cerę suchą lekko nawilży i zmiękczy. Cerę tłustą nie zapcha, usunie sebum łącząc lekkie nawilżanie z oczyszczaniem. Podobno ma też działanie antystarzeniowe. 
  • Jako mgiełka do twarzy.
  • Na cienie i worki pod oczami. Trzeba nasączyć lekko waciki i trzymać na oczach kilka minut.
  • Do mieszania własnego toniku, jako baza do której dodamy inne składniki.
  • Jako wcierka w skórę głowy. Nawilży skalp, bez przetłuszczenia, co może pomóc w zwalczaniu łupieżu.
  • Jako płukanka do włosów po umyciu. Trzeba ją wtedy wymieszać z zimną wodą i płukać włosy.
  • Do naturalnych maseczek w proszku, np. z glinek. Można bowiem maseczkę w proszku rozrobić wodą różaną, zamiast zwykłą, dla lepszego działania i przyjemniejszego zapachu.









Do czego się nie nadaje i kto powinien unikać:

  • Unikać powinny osoby nie lubiące zapachu róży.
  • Woda różana nie nadaje się do usuwania makijażu, gdyż jej działanie jest w tym zakresie za słabe.

Za ciosem wody różanej, wyprodukowano w Indiach też różne dodatkowe różane produkty, np. żele do mycia twarzy, kremy. Róży w nich tyle co kot napłakał, za to sama chemia. 

Woda różana z jednej strony jest bardzo przyjemna, lekka, ale jej działanie nie jest spektakularne. W przypadku naturalnych kosmetyków należy raczej postawić na regularność, żeby uzyskać efekty. To jeden z tych produktów, które w moim wypadku nie zrewolucjonizował mojego życia, ale przez zapach, nieszkodliwość, dobre działanie na cerę trądzikową jestem zawsze na tak! W Indiach, gdzie często jest bardzo gorąco i wilgotno, wolę buzię w ciągu dnia przetrzeć wodą różaną na waciku niż myć twarz żelem, np. jeśli jestem tylko w domu. Polecam!

1 sierpnia 2014

Najpyszniejsza set dosa na świecie + przepis

Południowe Indie słyną z dosy. Dosa to rodzaj naleśnika lub placka smażonego na patelni. Ciasto może się składać z różnych składników, najczęściej jednak zawiera w sobie ryż i dal (soczewicę), które należy poddać procesowi fermentacji. Najsłynniejszą dosą jest Masala Dosa, w której naleśnik wypełniony jest farszem z ziemniaków, pisałam o niej np. TU

Najpyszniejsza set dosa na świecie.

Tymczasem przedstawiam najpyszniejszą, cudownie i nieziemsko rozpływającą się w ustach set dosę! Set Dosa najpopularniejsza jest właśnie w okolicach Bangalore i Mysore w południowej Karnatace. Przypomina raczej placki, ma grubsze, lekko gąbczaste ciasto. Zamawiając dostaniemy 2-3 sztuki. A dlaczego najpyszniejsza, skoro jadłam ją wcześniej i nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia? Bo smażona była w wiejskiej chacie na ogniu!

Smażenie dosy na żeliwnym blacie, a pod spodem ogień.



Dawno już nie byłam w tak zapyziałym zaułku. Wujek jednak stwierdził, że koniecznie trzeba tam iść. W chacie na wsi od wielu lat podawane są proste wegetariańskie lokalne dania i przekąski. Wujek tym bardziej się podniecił, bo prowadzą to ludzie z jego kasty (ach ci Indusi...). Lokalik, a raczej chatka była bardzo specyficzna. Blaty i ławy w rzędzie pod ścianą. Goście patrzą jak obok gotują się dania. Ogień wchodzi do oczu, a po wyjściu pachniałam jak wędzonka. A jednak chętnych mnóstwo! I to nie tylko lokalne osoby. Obok nas jacyś Indusi z miasta, panie na szpilkach, tak jak i ja robiły podekscytowane zdjęcia smartfonem.  

Stanowisko do gotowania.
Nazwa lokaliku: Hotel Janatha we wsi Gurupura pod Mangalore. 




Na tyłach budynku.




Udało mi się też z powodzeniem zrobić set dosę w domu, choć niestety tego smaku z ognia nie dało się zastąpić. Oto moja wersja: 

SKŁADNIKI:

  • biały ryż krótko-ziarnisty - 1 szklanka
  • urad dal (czarna łuskana soczewica) - 3 duże łyżki stołowe
  • nasiona kozieradki - 1 łyżeczka
  • kokos - (starty świeży lub niesłodzone namoczone wiórki) 1 szklanka
  • sól, olej roślinny

1. Ryż, soczewicę i nasiona kozieradki przepłukać kilka razy w zimnej wodzie. Woda początkowo będzie mętna, płukać aż do czasu gdy zostanie czysta. Zalać składniki zimną wodą i pozostawić do namaczania na minimum 4 godziny. Można 3 składniki namaczać w osobnych miskach lub razem w jednej. 


2. Namoczone składniki wrzucić do blendera, dołożyć kokosa. Miksować przez kilka minut aż ciasto będzie gładkie. Dodać wodę -  1 3/4 szklanki.

3. Przełożyć do dużej miski. Sprawdzić konsystencję, która nie może być ani za rzadka ani za gęsta. Posolić! Odstawić pod przykryciem do fermentacji na 10-12 godzin. Najlepiej zostawić na noc w ciepłym miejscu!

4. Gotowe ciasto powinno mieć lekko kwaśny zapach i powiększyć swoją objętość półtora razy. Dobrze jeśli są bąbelki. Powinno być średnio gęste i lekko lejące. Jeśli jest za gęste dodać wody.



5. Smażyć na gorącej patelni skroplonej olejem. Nalewać po 1 chochelce. Ciasto ma się samo rozprzestrzenić. Jeśli było dobrze sfermentowane to po nalaniu na patelnię pojawią się bąbelki. Polać kilka kropelek oleju po wierzchu dosy. Zostawić do usmażenia i zbrązowienia z jednej strony, co potrwa jakieś 3 minuty. Tą dosę można ewentualnie smażyć ze 2 stron.




Podawać z dowolnym chutney.

Smacznego!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...