31 lipca 2014

Dziwna reakcja na pierwszą wizytę w świątyni hinduistycznej - Świątynia w Murudeshwara

Świątynię w Murudeshwar odwiedziłam podczas swojego pierwszego pobytu w Indiach w 2009 roku. W Indiach byłam dopiero od około tygodnia. Jechaliśmy akurat do Hubli, miejscowości w północnej Karnatace, aby poznać siostrę mego przyszłego męża.

Okoliczności przyrody były porażająco piękne! Dech mi zaparło, zaniemówiłam i po prostu myślałam, że się poryczę. To było jak najskrytsze marzenie, które właśnie się urzeczywistniło. W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że kiedykolwiek dostanę się do takiego tropikalnego raju. Wokół drzewa kokosowe, piękna zatoka, szeroka plaża i morze. Pierwszy raz w życiu ujrzałam takie widoki i nie wierzyłam, że to naprawdę i że to właśnie ja tam stoję i na to patrzę!






Ale zaraz! Tylko co to za bohomazy na tym cypelku wysuniętym w morze!? Co to w ogóle ma być? Co to za kicz? To jest ohydne! To chyba jakiś żart! To jest wręcz śmieszne... Jak można postawić coś tak paskudnego w tak genialnym miejscu!? To była właśnie moja pierwsza reakcja :D Okropna prawda? 




































Hinduistyczna świątynia w Murudeshwara to całkowicie nowoczesny przybytek, wybudowany zupełnie współcześnie. To nie jest żaden zabytek. A jednak ta estetyka po prostu aż poraziła moje polskie oczy. Oczywiście komentarze zachowałam dla siebie! Wprawdzie nadal patrzyłam z niedowierzaniem, ale zamknęłam buzię na kłódkę. Nie wyobrażam sobie iść do jakiegokolwiek miejsca kultu i jawnie na głos kpić czy krytykować. Nie moja religia, nie mi ma się to podobać. Jeśli nie podoba się, to chyba lepiej nie iść. Proste. Poza tym to była chyba główna różnica między mną, która trafiła do Indii bez przygotowania i w sumie przez przypadek, a podróżnikami którzy skrzętnie planują swoje wyprawy do tego kraju, wiedzą że to jest to co chcą, czego się spodziewać i co chcą zobaczyć. Tymczasem ja Indii nigdy nie planowałam, nawet na wakacje, a ta estetyka była mi obca.


Indie to często tak inny świat, że zupełnie nie wiadomo o co chodzi i jak odczytać otaczającą rzeczywistość. Bez jakiegoś przygotowania można być totalnie zagubionym. A ja właśnie byłam taką nieprzygotowaną osobą :) Poza tym z tyłu głowy pobrzmiewały mi różne słowa z przeszłości: wiara w bożki to grzech! A tu bożek na bożku...  

Tym bardziej, sama byłam zaskoczona swoją reakcją, gdyż jako osoba niewierząca nie widziałam nic złego w odwiedzaniu miejsc kultu, na zasadzie turysty, który zwiedza nowe miejsca. A jednak wychowanie i jakieś wartości wpojone w domu gdzieś ze mnie pobrzmiewały. Nasz dom był bowiem domem Świadków Jehowy, w którym kult figurek, chociażby z Jezusem był ogromnym grzechem. 


































Zazwyczaj staram się mieć sporo szacunku do inności i raczej obserwuję, próbuję to jakoś oswoić, przetrawić wewnątrz siebie. Nie wstydzę się zadawać pytania. Jak inaczej mam się dowiedzieć? Pytam, słucham, a osobiste wnioski zachowuję dla siebie. Gorzej jak stoję i patrzę... I aż nie wierzę w co widzę, a spytać się nie ma kogo :D Mój indyjski wybranek okazał się bowiem całkowicie bezużyteczny w sprawach hinduizmu, ponieważ jako zadeklarowany ateista odrzuca niemal wszystko co związane z tą religią, a jakiekolwiek wiadomości trzeba wręcz z niego wyduszać siłą...


















Musiałam jednak przyznać, że świątynia zrobiła na mnie wrażenie. Naprawdę była piękna, pięknie położona, do tego wspaniała pogoda, czego chcieć więcej? 

Także hinduizm, jako religia wystawił mnie niestety jeszcze wielokrotnie na uczucie konsternacji i dezaprobaty. Nie mówię nawet o wierzeniach, lecz bardziej o samych przejawach i tradycjach. Hinduizm bowiem według mojej indyjskiej rodziny to bardziej styl życia, niż regularna religia według doktryn. Dodatkowo z szacunku do rodziny męża swoje przemyślenia musiałam raczej zachować dla siebie. Bardzo byłam też sama sobą zaskoczona, gdyż sądziłam że jako osoba niewierząca pozostanę obojętna.

Wiele osób szuka w Indiach wartości duchowych, wiele pewnie je odnajduje. Ja jednak tego zupełnie nie czuję i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Co też nie przeszkadza mi szanować wierzenia innych ludzi, czy brać udział w rodzinnych świętach hinduistycznych. A jednak ta pierwsza świątynia mnie lekko zszokowała, a ja zszokowałam samą siebie swoją reakcją. :)

30 lipca 2014

Ramanagara i Sholay

Obejrzałam w końcu "Sholay"! Namawiano mnie od dawna, lecz jakoś nie miałam ochoty aż do czasu gdy odwiedziliśmy okolicę, w której kręcono ten kultowy film. Sholay to najpopularniejszy i najbardziej dochodowy film indyjski wszech czasów. Zna go i oglądał go niemal każdy mieszkaniec Indii, dialogi stały się kultowe i ludzie znają je na pamięć, a postacią okrutnego i przerażającego Gabbara Singh'a rodzice w Indiach straszyli małe niegrzeczne dzieci. Mój mąż jako dziecko też słyszał "jak będziesz niegrzeczny to Gabbar Singh Cię zabierze". Film trwa 3 i pół godziny. Nie dałam rady obejrzeć za jednym podejściem. Dodatkowo po obejrzeniu pierwszej połowy wcale nie miałam ochoty na drugą. Film mnie w żaden sposób niestety nie zachwycił, choć był nawet ok do obejrzenia, biorąc poprawkę na to, że jest to produkcja z 1975 roku. Sholay to film gangsterski w stylu przypominający western. Zaliczony też został do Top 10 najlepszych Indyjskich filmów. Co ciekawe w tym roku był do obejrzenia w indyjskich kinach w wersji 3D! 

Pomimo, że film nie był dla mnie w żaden sposób nadzwyczajny, to miejsce w którym go kręcono jak najbardziej! Lokalizacja i cała okolica są rewelacyjne. Sholay filmowano bowiem pośród skalistych terenów wokół miasteczka Ramanagaram, około 50km na południowy-zachód od Bangalore. Wprawdzie żadnych pozostałości po filmie tam nie ma, lecz są za to piękne widoki.



Teren jest rozległy i można wybierać spośród wielu skalistych gór. Jest to dość popularny kierunek m.in. do wspinaczki skałkowej. Lokalne biura turystyczne np. w Bangalore oferują 1-2-dniowe wycieczki przygodowe, podczas których organizowany może być spływ kajakami, wspinaczka, lub spanie pod namiotem. W Indiach z całą stanowczością odradzam samodzielne biwakowanie gdziekolwiek! To jest coś czego po prostu w tym kraju pod żadnym warunkiem nie wolno robić! Jeśli spanie pod namiotem, to tylko w sposób zorganizowany! Należy sobie jednak zdawać sprawę, że są to wyprawy przewidziane dla lokalnych turystów, dostosowane pod ich potrzeby. Co ciekawe nadal popularne są wyprawy śladami Sholay, np. rowerowe.

Ponieważ my wspinać się nie umiemy i mieliśmy do dyspozycji 1 dzień, a dojazd z Bangalore odbył się komunikacją publiczną, wybraliśmy wzgórze o nazwie Revanasiddeshwara Betta nieopodal Ramanagaram. Samo miasteczko jest tłoczne i brzydkie. Słynie za to z marketu jedwabnego. Turystów przyciągają jednak położone wokół wzgórza. Drugim wartym odwiedzenia w tym miejscu wzgórzem jest: Ramdevru Betta (Sholay był kręcony właśnie tam). 



Dotarcie z Bangalore odbyło się dość sprawnie, choć na pewno o wiele lepiej wybrać się samochodem. 
  • Najpierw autobusem miejskim na zajezdnię położoną przy Mysore Road.
  • Następnie łapanie autobusu zamiejskiego w kierunku Mysore. Dojazd do Ramanagaram zajął 1 godzinę.  
  • Z Ramanagaram do wzgórza jest 14km na południe. Kursują lokalne autobusy.
  • Lokalny autobus zatrzymuje się na wsi, z której kursują do wzgórza (4km) autoriksze. 

U podnóża od razu wiadomo, że to miejsce odwiedzają turyści. Stoiska z pamiątkami i sklepiki są pierwszym co ujrzymy.































Ponieważ wzgórze jest miejscem religijnym i podczas wspinaczki znajdziemy aż 3 świątynie, już u podnóża można się natknąć na świątynne rydwany wykorzystywane do różnych procesji.

'

Pierwsza napotkana świątynia jest jeszcze w fazie budowy. Konstrukcja oblegana jest przez małpy. Idąc dalej także trzeba bardzo uważać. Małpy mogą być agresywne. 

Do pewnego momentu można iść w butach, dalej na boso. Wzgórze jest święte, więc tak samo jak do świątyni, wchodzimy na górę boso. Butów pilnują panie żebraczki, których bardzo dużo w dolnych częściach trasy. Trzeba im później dać małą jałmużnę. My daliśmy 5Rs tylko jednej pani, która pilnowała. Jej sąsiadki były bardzo zazdrosne, gdyż normalnie ludzie dają 1-2Rs i aż jej nagadały (dobrze, że nie nam!). Cała trasa wyryta jest w skale. Miejscami bywa bardzo stromo! Na trasie byli ludzie z małymi dziećmi i było to dla nich pewne wyzwanie. 

Na trasie niesamowite widoki i wiele żebraczek.
Chociaż wchodzenie było średnio-łatwe, to jednak upał dawał się we znaki. Wchodziliśmy w samym środku indyjskiego lata - w kwietniu. Upał był nie do zniesienia. Bardzo ważne żeby zabrać ze sobą odpowiednią ilość wody! My z jedną butelką popełniliśmy błąd! Dodatkowo po drodze rodzice poprosili aby dać się napić ich dziecku. Wody więc szybko zabrakło.

Całe szczęście na całej trasie postawione jest zadaszenie dające cień. W innym wypadku można poparzyć sobie stopy na rozżarzonej skale.

Na samym szczycie stoją dwie małe białe kapliczki. Warto też zejść kawałek na drugą stronę szczytu. Pod skałą wciśnięta jest tam trzecia świątynka, która z zewnątrz ma tylko płaską ścianę, lecz w środki jest wizerunek boga Shivy i siedzi kapłan. 

27 lipca 2014

Uwaga słoń!

Z cyklu Indyjskie drogi. 
Nigdy nie wiadomo co się na nich zastanie. Można na przykład zastać słonia!


























Uwaga słoń! A wraz ze słoniem wędrowni kapłani-naganiacze. Z czegoś przecież trzeba żyć. A słoniem łatwo wzbudzić sensację. Słoń dużo je, trzeba więc pieniędzy. Ludzie, ludzie, komu błogosławieństwo od słonia?! Tobie? Tobie? Chodź zostaniesz pobłogosławiony! Pani, wysiadaj z tego samochodu, chodź na błogosławieństwo! Wychodźcie z domu! Słoń!























Ludzie więc wychodzą całymi rodzinami z domu, wszyscy gromadzą się nieopodal bramy. Słoń ich błogosławi trąbą, a pieniążki idą do naganiaczy. Słoń dostaje też często banany i kokosa. Oczywistym jest przecież, że słoń to zwierze święte. W końcu nie na darmo najpopularniejszym w tych regionach bogiem, jest słoniogłowy Ganesha. Ruch uliczny musi sobie jakoś radzić, słoń ważniejszy.























Dzięki ludzie! Teraz nic już wam nie grozi. Słoń was pobłogosławił. Tylko najpierw dajcie mi pieniążki. Zaraz na ganku ustalimy odpowiednią zapłatę.

Puk! Puk! Kto tam? To tylko ja - słoń! 
Podobał się? To daj pani pieniądze na słonia.

26 lipca 2014

Bangalore Days - Mój pierwszy film Mollywood

Mollywood - to nazwka kina południowoindyjskiego w języku malayalam, czyli języku stanu Kerala.


Lokalne kino w Ernakulam - Kerala. 


Póki co największymi ikonami i gwiazdami wszech czasów tego kina są Mohanlal i Mammootty. Dla nas europejczyków, taki heros w filmie jest co najmniej dziwny, a nawet śmieszny!! Starszy wujek z gęstym wąsem, wydatnym brzuchem. Myślimy sobie - tragedia, co to ma być?! Ale tak już właśnie jest. Mówiąc o kinie Mollywood trzeba więc zacząć od tych panów. 



Mohanlal jest najpopularniejszym Keralczykiem wszech czasów. Po lewej plakat z ostatniego filmu, w którym zagrał: Drishyam z 2013 roku. Film ten bił w zeszłym roku rekordy popularności i był do pewnego czasu najbardziej kasowym filmem z Kerali. Póki co nie oglądałam, ale może się skuszę ;)


Mammootty jest równie znany, a jego syn Dulquer Salmaan jest jednym z trójki głównych aktorów w filmie Bangalore Days (jako aktor najsłabszy z całego tria). 



Bangalore Days - najnowszy hit w Kerali i pozostałych południowoindyjskich stanach, to mój pierwszy obejrzany w całości film Mollywood :D

Co w nim jest takiego szczególnego?? Przede wszystkim to pierwszy film malayalam wyświetlany w indyjskich kinach z angielskimi napisami! Myślę, że sam ten fakt przyczynił się do ogromnego sukcesu finansowego. Film bowiem pobił w pierwszym tygodniu od premiery finansowy rekord wszech czasów kina Mollywood. Filmy z Kerali są w lokalnych kinach grane na okrągło, a w mieście przygranicznym jak Mangalore, nawet szyldy na ulicach są pisane zarówno w kannada, jak i w malayalam. Jednakże to wcale nie znaczy, że ludzie znają ten język. Mój mąż oprócz kilku zwrotów nie zna ani trochę. Dotychczas więc filmy malayalam były oglądane tylko przez ludzi z Kerali. Bangalore Days wyświetlany był w multipleksach nieustannie przez 8 tygodni i dopiero 2 dni temu zszedł z ekranów. W małych lokalnych kinach będzie jeszcze z pewnością długo dostępny. My wybraliśmy się na niego dobre kilka tygodni po premierze, a sala była prawie pełna. Prawdę powiedziawszy nie miałam pojęcia o tym, że film ma napisy i dowiedziałam się o tym przez przypadek. Dopiero wtedy podjęta została decyzja by iść. Ciężko jest oglądać indyjskie filmy w kinie, gdy nic się nie rozumie. 


Film trwa prawie 3 godziny, ale o dziwo wcale się nie dłuży. Jest to typowa komedia romantyczna i w sumie film pod względem treści nie jest w żaden sposób przełomowy, a historia jest dość prosta. Mamy trójkę kuzynów z Kerali, którzy przeprowadzają się do Bangalore - stolicy stanu Karnataka. Każdy przeżywa swoje perypetie. Miasto pokazane jest oczywiście z perspektywy bogatszej klasy średniej. Jest śmiesznie, jest poważnie a nawet dramatycznie. 


Co mi osobiście bardzo się spodobało, to że film osadzony jest w znanej mi, lokalnej kulturze. Niby szczegóły, ale jednak! - zwłaszcza, gdy się tutaj mieszka już dłuższy czas. Mamy więc facetów latających w lungi (zwanych też tutaj mundu), są keralskie domy z nadumuttam, czyli z otwartą przestrzenią wewnątrz domu, są też sceny z ulic Bangalore, w dialogu jest wymienione miasto Mangalore, lub chociażby bohater który przychodzi z mlekiem firmy Nandini, które jest produkowane dla Karnataki. Niby drobnostki, ale cieszą.

Główna bohaterka, grana przez Nariyę Nazim, jest przepiękna. Tak, tak! W Indiach aktorka może grać słabiej, ale musi być piękna, brzydsze postaci nie przejdą. Dwaj główni bohaterowie męscy wypadają przy niej blado. 

Bardzo ciekawy był wątek aranżowanego małżeństwa, jak do niego dochodzi, oraz co się dzieje po takim ślubie, gdy małżonkowie są niedobrani, albo nie byli gotowi. Takie filmowe momenty pozwalają zajrzeć w głąb indyjskiego społeczeństwa, ich zwyczajów oraz mentalności. Ja bym w życiu nie zachowywała się tak jak bohaterka, ale w Indiach prezentowane przez nią zachowania to standard. 

Ciekawą sprawą jest jedna z piosenek z filmu, ponieważ jest niemal idealną kopią Summer of 69 Bryan'a Adams'a. Prawa autorskie??? Kto by się przejmował! Lepiej przecież wyjść z założenia, że nikt się nie dowie o skopiowaniu piosenki w jakichś odległych Indiach, a tym bardziej że to nie jest film w hindi, a w jakimś nikomu nie znanym języku malayalam. 

Piosenka o Bangalore:

Swoją drogą, piosenki w filmie są bardzo znośne. Nie ma typowych dyskotekowych układów tanecznych. Jedyna piosenka z układem jest podczas sceny w dniu ślubu. Reszta utworów wplata się bardziej w akcje. 

Podsumowując film jednym słowem, można powiedzieć że jest uroczy. W wielu momentach naiwny, jak to indyjskie filmy, ale w wielu innych miejscach, nawet nie aż tak bardzo. Na pewno nie jestem obiektywna, ponieważ nauczyłam się lubić indyjską kinematografię mainstreamową. Osoby mające awersję na bollywood itp. raczej nie powinny oglądać. Ja po obejrzeniu dziesiątek, lub nawet setek bollywoodów, zaliczeniu Tollywood (filmy w języku telugu) oraz Kollywood (filmy w języku tamilskim) zaakceptowałam w większości tą inną specyfikę filmów z Indii i produkcja w stylu Bangalore Days bardzo mi się spodobała. 

Dlaczego jednak warto oglądać filmy indyjskie? Przede wszystkim można dzięki temu zrozumieć w jakiś sposób mentalność Indusów. Ja sama wielokrotnie czułam, że tych ludzi po prostu nie ogarniam, nie rozumiem. W akcji wielu filmów, zwłaszcza tych bardziej obyczajowych zawsze jednak coś się wkradnie. Jakieś inne zachowanie, elementy innej mentalności, lub inna logika postępowania bohatera w danej sytuacji. Przewija też się wiele zwyczajów, festiwali i obchodów świąt indyjskich. Można zaobserwować różne gesty, chociażby często się powtarzający gest dotykania stóp, ale też wiele innych. Jeżeli z jakiegoś powodu chcemy trochę nasiąknąć tą mentalnością, albo chociaż pooglądać ją z bezpiecznego dystansu, na ekranie, to warto. Pominęłabym tutaj jednak wszelkie filmy akcji, które są po prostu filmami pełnymi efektów specjalnych, przemocy, wybuchów, eksplozji i głupich, albo żenujących gagów.  

Oczywiście film to nie życie, a w kinematografii indyjskiej jest to właśnie główna idea - oderwanie filmu od rzeczywistości. W przeciwieństwie do ludzi zachodu, którzy w filmie doszukują się logiki i jeżeli akcja filmu nie zgadza się co do faktów, mieszają taką produkcję z błotem. To jest chyba najczęstsze oskarżenie: "fakty w filmie się nie zgadzają", po czym następuje cała litania i wymienianie błędów logicznych. Kino indyjskie bazuje na emocjach, kosztem faktów i logicznych wytłumaczeń. Kino to fantazja, a nie fakt. Jednakże Bangalore Days nie jest jakoś kolosalnie odlegle oderwane od rzeczywistości, więc myślę że może się spodobać. 

Jeśli ktoś ma ochotę na kino południowych Indii, które będzie znośne do obejrzenia, to polecam. 

23 lipca 2014

Pierwsze dni w Indiach - Mumbaj



Swój pierwszy krok na indyjskim gruncie postawiłam 26 lutego 2009 roku. Aż wierzyć mi się nie chce, że to już minęło ponad 5 lat... Wszystko nadal jednak doskonale pamiętam. Takich przeżyć się po prostu nie zapomina. Była noc, a w zasadzie wczesny ranek, około 3.30. Wylądowałam w Mumbaju, po prawie 24 godzinach podróży (od wyjścia z domu w Polsce) i właśnie pierwszy raz spotkałam miłość swojego życia, po 3 latach internetowej znajomości.

Oprócz szybkiego przytulenia, nawet nie rozmawialiśmy ze sobą, gdyż ja po prostu zaniemówiłam. Szybko załadowaliśmy się w trójkę do samochodu. Był z nami też daleki krewny-kuzyn, który zgodził się być kierowcą. Do mieszkania z lotniska było jeszcze około 30km. Jechaliśmy do Nowego Mumbaju. Sam Mumbaj jest zresztą ogromnym miastem. A po drodze widoki jakich się nie zapomina! Noc jeszcze spotęgowała straszliwe wrażenie. Gdzie ja jestem!? Co to za koszmar! Ratunku! To jest naprawdę trzeci świat. Serce mi zamarło, oczy wielkie jak spodki i w głębokim szoku patrzyłam na te widoki za oknami. Ulice pełne dziur i dodatkowo często wypełnione wodą. Bezpańskie psy biegające tu i ówdzie i te budynki! Co za ochydne rudery, co to w ogóle ma być! Ściany pełne zacieków narastających latami, pełne okropnych plam i wyglądające jakby pokryte były grzybem. To właśnie było moje główne skojarzenie: zapleśniałe, rozpadające się budynki, które sprawiały wrażenie jakby miały runąć w momencie, w którym pleśń zeżre ściany zbyt głęboko. Tak naprawdę nie myliłam się chyba dużo, ponieważ w Mumbaju co roku jakieś budynki się zawalają. Oczywiście domyślałam się, że będzie inaczej i biedniej, oglądałam przecież telewizję, która jeśli już mówiła o Indiach, to przede wszystkim pokazywała je z jak najgorszej strony. Co innego jednak oglądać zdjęcia w tv czy w internecie, a zupełnie czym innym jest zobaczyć to na własne oczy. To było straszne. Nie wiem co by mogło człowieka przygotować na takie widoki. No chyba, że ktoś szykuje się na Indie jak na wojnę. Ja się nie szykowałam. Od początku starałam się traktować Indie jako kraj w którym żyją na co dzień ludzie, którzy być być może mieli zostać moją rodziną. Tym bardziej więc się zszokowałam tym jak można tak żyć?










Nie wiem jakie pierwsze wrażenia mieli inni, być może jest to kwestia indywidualna. Dla mnie ten pierwszy dzień to było coś czego się nie zapomina. Dopiero co stawiałam pierwsze kroki na indyjskiej ziemi. Zmysły w są wtedy niesamowicie wyostrzone. Wszystko dookoła odbiera się na początku o wiele bardziej i mocniej. Zapachy, dźwięki, widoki czuć wyraźniej, głośniej a oczy człowiek ma szeroko otwarte z niedowierzania. Jako, że z polskiej zimy przyleciałam do indyjskiego prawie lata (lato w Indiach jest w okolicach kwietnia-maja), to kolejnym uczuciem był porażający upał i wrażenie, że zaraz dostanę udaru, a wdychanie przeokropnie wilgotnego i ciężkiego powietrza sprawiało wrażenie, że zaraz się uduszę i poparzę sobie płuca. Dokładnie to pamiętam. Wyszliśmy z bloku w okolicach południa, a ja myślałam że zaraz padnę. Ledwo zipałam. Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym cieplejszym kraju, a tu od razu mumbajskie ciężkie, wilgotne, gorące powietrze. Około 300 metrów jakie dzieliło nas od supermarketu do którego szliśmy, było drogą przez mękę.

Pierwszym przystankiem był właśnie supermarket. Gdy się do niego doczłapałam i znalazłam się w klimatyzacji, już wcale nie miałam ochoty nigdzie dalej iść, a wizja zwiedzania miasta przestała być pociągająca. Trzeba było jednak ruszać dalej. Na ulicy szaleństwo. Wszyscy trąbią, jadą jak chcą. Hałas był nie do opisania. Nie byłam w stanie przejść na drugą stronę ulicy! W celu dotarcia na przystanek autobusowy musiałam być poprowadzona za rękę, jak małe dziecko... Jeszcze naprawdę duuużo czasu upłynęło zanim nauczyłam się przechodzić przez jezdnię. W Indiach prozaiczne czynności nabrały nowego wymiaru. 

Rudery tu i ówdzie to nic nadzwyczajnego dla mieszkańców.




Poza tym od pierwszego dnia, do dziś nieustannie ktoś się na mnie bezczelnie gapi. Niestety blada blondynka nigdy nie przejdzie w Indiach niezauważona. Wiele par oczu wgapionych na raz. Każdy mój ruch pod baczną obserwacją. Każdy element mnie, strój, fryzura, każdy gest poddane ciągłej lustracji, cały czas i bez przerwy. Tak jakby w obrębie całej ulicy pełnej ludzi wszyscy patrzyli się na jeden punkt. Oczywiście bardzo się tym zszokowałam i zawstydziłam. Po chwilowym zażenowaniu, stwierdziłam jednak że... tragedii pod tym względem nie ma i już wkrótce nauczyłam się miewać momenty, gdy ta sytuacja mi się nawet podoba! Poczułam się jak celebrytka, moja próżność została połechtana. Od razu zaczęłam się sama do siebie uśmiechać i choć wiedziałam, że ludzi interesuje moja inność, a nie moja domniemana wspaniałość, to postanowiłam nauczyć się czasem czerpać z tego jakąś przyjemność. 

Miałam też swojego osobistego przewodnika, więc w sumie niczym się nie przejmowałam, a jedynie patrzyłam z otwartą buzią na świat dookoła. Było tak zupełnie inaczej! Jeśli ktoś marzył kiedyś o wyprawie na inną planetę, to polecam Indie. Całe szczęście Nowy Mumbaj, na tle wielu miejsc w Indiach, jest dosyć czystym, zadbanym i zorganizowanym miejscem (jak na Indie). To nowa część miasta, położona na wschód, do której dojeżdża się dłuuugim mostem nad zatoką. Jest to miasto planowane i młode, są więc powszechne chodniki, szerokie drogi i naprawdę jak się przyjrzeć widać podobieństwo do miast europejskich. Po nocnym szoku zobaczyłam więc trochę lepszą stronę Indii i jakoś tak nabrałam bardziej pozytywnej opinii. Stwierdziłam, że tragedii jednak nie ma, ruszajmy więc dalej.

Żeby sprzedawać nie potrzeba sklepu. Wystarczy kawałek chodnika lub ulicy. Swoją drogą ta księgarnia pod gołym niebem ze zdjęcia po prawej ma różne ciekawe pozycje. Prawie zawsze coś tam kupię. Można też zakupić pirackie kopie znanych książek drukowane lekko krzywo z dziwnymi okładkami, ale w środku normalny, oryginalny tekst. Oryginalne książki też mają.


Otwarty ściek w środku miasta to nic nadzwyczajnego. Bombay smell to wizytówka wielu miejsc w tym mieście. Smród płynących fekaliów i innych nieczystości roznosi się nad różnymi częściami Mumbaju. Weszłam na mostek ponad ściekiem i myślałam, że padnę trupem. To był najbardziej odrażający zapach w moim życiu - otwarte szambo. 









W Mumbaju spędziliśmy wtedy 4 dni. Zaliczyłam przejażdżkę słynną mumbajską kolejką podmiejską w drugiej klasie w przedziale ogólnym. Żałuję, że nigdy tych podróży nie uwieczniłam, bo to wszystko co pokazują w telewizji z wiszącymi za drzwiami ludźmi to prawda, a na żywo będąc tam w środku wrażenia są jedyne w swoim rodzaju. Tłumy w tym mieście są po prostu nie do opisania. Wszędzie dookoła ciągle ludzie. Każdy gdzieś zmierza, spieszy się, toruje sobie drogę łokciami. Zobaczyłam niewyobrażalną biedę, ludzi ulicy. Zaczepiona zostałam przez niezliczonych żebraków i ciągnęły mnie za ubranie bezdomne dzieci. Widziałam ohydne, odrażające slumsy i ludzi kucających z gołą pupą wzdłuż linii kolejowej, w celu załatwienia swoich potrzeb. Zawsze jednak czułam zażenowanie robiąc zdjęcia tej biedy. Niczym osoba szukająca taniej sensacji z ubóstwa innych ludzi i tak naprawdę unikałam tego, stąd brak fotek naprawdę sensacyjnie ohydnych miejsc. Byłam też w nowoczesnych centrach handlowych, we współczesnych przybytkach typu Hard Rock Cafe, widziałam znane punkty miasta i ładniejsze, reprezentacyjne dzielnice. Próbowałam swoich pierwszych indyjskich dań w fajnych i mniej fajnych restauracjach i choć było ostro, to do zniesienia, za to nie mogłam przełknąć świeżej kolendry dodawanej do wszystkiego. Uczyłam się jeść prawą ręką oraz tego jak się zachowywać. Bacznie obserwowałam co i jak robią inni i ciągle się dziwiłam, dlaczego? Pokochałam bezgraniczną miłością sok z trzciny cukrowej oraz inne świeże soki z ulicy. Byłam wiecznie spragniona i pochłaniałam hektolitry wody i soków. Byłam skonsternowana indyjską łazienką i ubikacją, a także indyjską wersją języka angielskiego. Czułam się tym miastem zmaltretowana, przeżuta, wyprana z siebie, a jednocześnie jednak fascynowało mnie ono i nie mogłam oderwać wzroku. 

Tak naprawdę, jestem osobą czasem żądną przygód, która uwielbia ładować się w dziwne miejsca. Już pierwszy dzień w Indiach zaspokoił te moje żądze. Do dziś też mam wrażenie, że nawet zwykły dzień potrafi być przygodą. Nie zawsze jednak są to przygody pozytywne... Indie wystawiają człowieka na wiele prób. Wiem, że zabrzmi to może dziwnie, albo też może pompatycznie, ale w Indiach wielokrotnie ma się poczucie, że żyje się bardziej, przeżywa mocniej. Wszystko jest jakby bardziej namacalne, życie i śmierć, radość i nieszczęścia, bieda i bogactwo. Teraz już, po upływie czasu nie czuję tego tak jak na początku, lecz tych pierwszych wrażeń nie zapomnę nigdy. 

Lepsza ulica w centrum miasta.
Brama Indii i jedna z moich lepszych fotek. Przez pierwsze dni w Indiach wyglądałam tragicznie. 

14 lipca 2014

Ucieczka do Indii - Moja pierwsza podróż do Indii

Wszystko zaczęło się naprawdę wieki temu, w 2006 roku. Zalogowana byłam wówczas na pewnym portalu dotyczącym... telefonów komórkowych. Właśnie miałam nowy telefon z kolorowym wyświetlaczem i szukałam darmowych tapet. Portal ten, wiem że zmienił życie wielu osobom, choć obecnie nie ma tam chyba nikogo z tego starego grona. Ja sama dawno usunęłam tam konto. Na pewno pierwszy wiadomość zostawił on. Miałam tam naprawdę mnóstwo innych internetowych znajomych, a moje konto wisiało już w sumie od dawna. Z nim jednak od początku było jakoś inaczej.

Po prostu czasami się czuje od razu z kim nadaje się na podobnych falach, a z kim nie. Absolutnie jednak wykluczone były z mojej strony jakiekolwiek miłości internetowe. Jak wiele innych osób myślałam, że to przecież takie żałosne. Los jednak chciał inaczej. W sumie to raczej nie los zdecydował, lecz jego determinacja. Choć z drugiej strony, jestem na 100% przekonana, że gdyby obecnie ktoś zagadał do mnie w taki sposób, gdyby prosił o rozmowy na komunikatorach (zaliczyliśmy ICQ, Yahoo Messenger i potem Skype) oraz o mój numer telefonu, to zdecydowanie bym odmówiła. Wtedy też długo mówiłam, że absolutnie nie. Rozmowy na portalu układały się super, ale we własnym mniemaniu nie chciałam być przecież tak naiwna. A może byłam naiwna? Obecnie myślę, że nawet bardzo. Co nie znaczy, że żałuję. Ta znajomość odmieniła moje życie (i na lepsze i na gorsze też).

W końcu uległam, bo jak można nie ulec komuś tak wytrwałemu. Czaty na komunikatorach, smsy w ciągu dnia. Tak, zakochałam się przez internet. Przyznaję to. Nie ja pierwsza myślę i nie ostatnia. Choć o spotkaniu póki co nie było mowy. Bez wdawania się w szczegóły powiem, że na spotkanie przyszło nam czekać jeszcze 3 lata. Trzy lata skypowania i smsowania. Tak naprawdę, gdy o tym teraz myślę, to była straszna porażka. Czekać latami, robić sobie złudne nadzieje i tracić czas, na kogoś kto może się okazać zupełnie inny w realnym życiu. Prawdę powiedziawszy miałam w zanadrzu takie myśli, żeby jednak zakochać się w kimś na miejscu. Gdyby tylko ktoś inny się napatoczył to pewnie na tym by się skończyło nasze love story. Nikogo jednak nie było. Niestety obydwoje nie posiadaliśmy wówczas środków finansowych, wobec czego tak czy inaczej spotkanie musiało poczekać.

Moje życie w Polsce nie było wtedy też za szczególne. Problemy w domu, problemy w pracy i z pracą, a raczej z bezrobociem. Pieniędzy brak. Miałam wtedy fatalny okres w swoim życiu. Wszystko się sypało. Nic zupełnie mi nie wychodziło. Wróciłam do domu rodziców i miałam ogromne problemy by znaleźć pracę. W sumie nic nowego w Polsce. Nie ja pierwsza natrafiłam na takie przeciwności. Psychicznie było ze mną z różnych względów coraz gorzej. Długo to narastało, lecz zwłaszcza po pewnym traumatycznym dla mnie przeżyciu, załamałam się psychicznie. Zaliczyłam okres nie wychodzenia przez kilka tygodni z domu. Codziennie płakałam i miałam klasyczną depresję. Objadałam się też bardzo i okropnie przytyłam. Jedną jedyną osobą, w której znalazłam jakiekolwiek wsparcie był on. Moje złe samopoczucie i niepowodzenia przeszły w domu bez echa. Naprawdę to co wtedy się u mnie działo było po prostu straszne. Musiałam się z tym mierzyć sama. W sumie to nawet nie planowałam nic pisać o tych sprawach, ale jakoś mnie naszło.

To właśnie wtedy zapadła decyzja. Nie ma na co czekać, bo to i tak do niczego nie prowadzi. Skoro i tak nie pracuję, to lepiej żebym przyleciała do Indii od razu na dłużej. Lepiej się poznamy, a i ja nabiorę sił psychicznych na powrót. Prawdę powiedziawszy bardzo chciałam też gdzieś po prostu uciec. Zmienić całkiem otoczenie, zmienić ludzi! A najbardziej chciałam być w towarzystwie tego szczególnego osobnika, gdyż byłam przekonana, że jest on, oprócz tego że zakochany, to też po prostu po ludzku mi przychylny. Jeśli nie wyjazd do Indii, to na pewno musiałaby nastąpić jakaś inna zmiana, inaczej bym zwariowała, albo pogrążyła się całkiem w rozpaczaniu i rozmyślaniu. Beznadziejna motywacja do budowania wspólnego związku prawda? To fakt, ale co poradzić. Mnóstwo błędów popełniliśmy w rozwoju tych wydarzeń, i to się czasem mści do dziś. Co poradzić, jesteśmy tylko ludźmi i to dość słabymi. Pieniądze na wyjazd wysłał mi on. Ja sama swoje grosze zachować miałam na własne wydatki. Bilet kupiłam na 25 lutego 2009 roku.

Nie konsultowałam tego jakoś specjalnie z nikim. Powiedziałam, że wyjeżdżam do Indii na ponad 3 miesiące. Przeszło to bez większych emocji. Nikt też nie protestował, ani nie starał się mnie powstrzymać. Wiem tylko, że dalsza rodzina ze mnie kpiła, a babcia była załamana moją głupotą i zniesmaczona takimi pomysłami. Tata tylko miał kilka dość powierzchownych pytań, no i zaoferował że mnie podwiezie na lotnisko. Prawdę powiedziawszy dopiero jak kupiłam bilet zdałam sobie sprawę z tego co robię! Byłam po prostu ciężko przerażona. Nocami nie mogłam spać, aż mną telepotało z nerwów. W sumie wiedziałam, że on na pewno po mnie przyjdzie, akurat co do tego nie miałam wątpliwości, ale ten strach przez nieznanym i przed nowością paraliżował. Byłam wówczas po prostu bardzo mało zaradną życiowo osobą, która właśnie przeszła depresję i wszystko przychodziło mi z wielką trudnością. Nawet zaaplikowanie o wizę szło mi ciężko. Nadanie kuriera zeszło mi w 3 dni, bo tak się zbierałam i zebrać nie mogłam. Na szczepienia przy pierwszym wyjeździe nie było czasu. Z resztą było mi to wtedy obojętne. Jeśli jednak ktoś jest tematem zainteresowany, to najlepiej iść po poradę do lekarza.

Moje przygotowania do wyjazdu denerwowały mamę, choć widziałam też ulgę w jej postawie, że na reszcie nie będzie mnie w domu. Była niezadowolona, że ojciec zdecydował się mnie zawieźć na lotnisko, ale ostatecznie jakoś pominęła to milczeniem. Ja z kolei zdałam sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie leciałam samolotem i nie mam pojęcia co się robi na lotnisku!! Spędzało mi to sen z powiek. Czytałam fora internetowe i w końcu zapytałam się taty. On wytłumaczył co się robi, a ja i tak co i rusz pytałam się ponownie. Byłam przerażona, że zabłądzę na lotnisku.

Miałam lecieć sama do Indii. Pierwszy raz w życiu lot samolotem. Nigdy wcześniej nie byłam dalej za granicą niż w Czechach i Austrii, a tu nagle Indie. Lot był około południa, wyruszyłam więc z tatą z domu około 2 lub 3 nad ranem. Dopiero dzień przed rodzice jakoś zdali sobie sprawę, że nawet nie mają żadnego adresu ani telefonu do mnie w Indiach. Niestety była zima, padał śnieg, utknęliśmy w korku, a na koniec nie mogliśmy znaleźć miejsca do zaparkowania! Tylko cud sprawił, że zdążyłam na ten lot! Jak się okazało wbiegłam niemal w ostatnim momencie. Nie było nawet czasu na pożegnania. Jak wiele osób lecących pierwszy raz myślałam, że zejdę na zawał, a po wylądowaniu na przesiadkę w Helskinach już wtedy byłam u kresu wytrzymałości. Z przerażeniem w oczach patrzyłam gdzie idą inni. Wciąż bardzo się bałam, że zabłądzę. Dotarło też do mnie bardzo realnie, że zaraz mam opuścić Europę i nie ma już odwrotu. Na przesiadkę czekałam kilka godzin, podczas których pierwszy raz zobaczyłam na żywo ludzi z Indii. W zasadzie przy mojej bramce byłam jedną z nielicznych białych osób. Byłam z tego powodu jakoś irracjonalnie zażenowana. Nie wiedząc jednak co ze sobą począć siedziałam i czekałam wysyłając przy okazji setki smsów do lubego, który w odpowiedzi zapewniał mnie że jest już w Mumbaju i że przyjedzie z krewnym. Drugi lot trwał już znacznie dłużej, a za sąsiadkę miałam rozgadaną Induskę, która miała męża Niemca i córkę starą pannę. Gdy się dowiedziała, że mam chłopaka z Indii była cała w skowronkach. Zostałam też zmuszona do obejrzenia albumu ze zdjęciami i wysłuchania sagi rodzinnej. To właśnie w samolocie miałam okazję pierwszy raz spróbować indyjskiego jedzenia (samolotowej wersji), które od razu przypadło mi do gustu.

Lot jednak w końcu zbliżał się ku końcowi. Był środek nocy, 2.30 nad ranem (czasu lokalnego). Siedziałam przy oknie i patrzyłam na Mumbaj z lotu ptaka. Nawet patrząc nocą było inaczej, zupełnie inaczej! Inny świat. Serce waliło mi jak oszalałe. Taki niesamowity stres spotyka człowieka może kilka razy w życiu.

Wychodząc z samolotu od razu uderzyło mnie w twarz wilgotne i lepkie powietrze. Było też bardzo ciepło, mimo że była noc. Poza tym przyleciałam właśnie z zimy, pierwszy raz do "ciepłych krajów". Znów w panice patrzyłam za ludźmi dokąd mam iść. Okazało się że pierwszym punktem jest imigracja. Po sprawdzeniu paszportu, wizy, zadaniu mi kilku pytań o cel podróży i wbiciu pieczątki, zamiast iść dalej na przód, ja się cofnęłam do tyłu. Co za wstyd! Facet z imigracji oraz ludzie mnie zaczęli wołać, żeby iść do przodu. Wszystko mi się pomieszało. Nie dość, że nie wiedziałam co mam robić, to jeszcze doszedł straszny stres i ogromne zmęczenie po prawie 24 godzinach podróży. Prawdę powiedziawszy wyglądałam wtedy też fatalnie. Nie dość, że się roztyłam, miałam nieciekawy trądzik, to jeszcze podróż mnie zmaltretowała. Tym bardziej więc źle mi było samej ze sobą. Na walizkę niestety czekałam dość długo. Wysłałam w międzyczasie smsa, że czekam na bagaż. W odpowiedzi dostałam zapewnienie, że on też już jest i czeka od 2 godzin. Gdy w końcu bagaż trafił w moje ręce, nie było już odwrotu. Wiedziałam, że muszę iść do wyjścia, a jeśli jego tam nie będzie, to koniec. Zginę przecież w tym innym, obcym kraju. Ze strachem w oczach poszłam więc do wyjścia (omijając bez obowiązkowego w Mumbaju skanowania walizki przy wyjściu, tylko dlatego że ja i dziewczyna obok byłyśmy blondynkami). Przeszłam jedno "exit", potem następne. Minęłam długi korytarz, a na jego końcu widzę ludzi opuszczających budynek. A jego nie ma!! Myślałam, że popadnę w rozpacz! Zanim całkiem straciłam głowę wysłałam jednak smsa, z pytaniem "gdzie on do cholery jest?!". W tym samym czasie, pewien obcy mężczyzna siedzący wewnątrz na ławce, mnie zawołał i kazał spojrzeć poprzez szybę na zewnątrz. Tam był on! Machał mi zawzięcie i próbował wyjrzeć spoza gęstego tłumu. Cały stres w tym momencie ze mnie zszedł. Na zewnątrz niemal dosłownie wybiegłam, powstrzymywała mnie tylko ciężka walizka.

Nie wiedziałam niestety, że w Indiach nie wolno osobom odbierającym wchodzić na teren lotniska, a on nie wiedział, że ja nie wiedziałam, bo dla niego z kolei oczywistym było, że on na teren lotniska bez biletu wejść nie może. Całe komitety powitalne gromadzą się więc na zewnątrz, a do tego odgrodzeni są barykadą. Tłum ludzi o 3.30 nad ranem mocno mnie zaskoczył. Sporo też było żebraków wyciągających ręce w moim kierunku. Ja jednak nadal biegłam z tą walizą w kierunku końca barykady, on biegł po swojej stronie, za tłumem przyklejonym do barierki. Gdy w końcu stanęliśmy na przeciwko siebie, obydwoje zwolniliśmy i zaniemówiliśmy. Powitanie było szybkie, krótki moment przytulenia, ale za moment on przejął walizkę i bez żadnych konwersacji ruszyliśmy do samochodu, gdzie czekał krewny. Właśnie stawiałam swoje pierwsze kroki na indyjskiej ziemi... 

Żegnaj Europo...

12 lipca 2014

Neer Dosa - Najlepsza dosa bez fermentacji

Neer - woda, w języku tulu. Neeru w języku kannada.
Dosa - rodzaj indyjskiego naleśnika.

A więc, jest to wodna/wodnista dosa. W smaku bardzo neutralna, jedynie lekko słona. Na pewno to nie smak ją wyróżnia. Ma za to niespotykaną konsystencję, która dosłownie rozpływa się w ustach.

Zdecydowanie najbardziej charakterystyczna i kultowa dosa w kuchni Mangalore. Jadana przez wszystkie lokalne społeczności, niezależnie od religii i innych upodobań kulinarnych. Dosa ta, sama w sobie jest daniem wegańskim. Myśląc o tutejszej kuchni i najbardziej typowych 3 daniach, właśnie ta dosa znalazłaby się chyba aż na 1-wszym miejscu. Będąc w okolicy koniecznie trzeba ją spróbować! Poza tym jeżeli będąc gdziekolwiek indziej w Indiach natrafimy na nią w menu, to znaczy że na pewno albo kucharz albo właściciel lokalu pochodzą właśnie z okolic Mangalore.

Jest to bodajże jedyna dosa, która nie wymaga żadnej fermentacji. Jej wykonanie jest bardzo proste, jednak trzeba posiadać 2 obowiązkowe narzędzia. Jeśli ich nie ma, to niestety odradzam próby gotowania. 
  1. Po pierwsze dobry blender. Najlepiej taki stojący. Blenderem ręcznym, domyślam się że to raczej będzie droga przez mękę.
  2. A po drugie, sprawdzoną naprawdę nieprzywierającą patelnię, co do której mamy pewność, że zupełnie nic się nie przywrze. To bardzo ważne!

SKŁADNIKI:
  • biały zwykły, krótko-ziarnisty ryż - 1 do 1 1/2 szklanki
  • świeży starty kokos lub namoczone w wodzie wiórki kokosowe - 2-3 łyżki stołowe
  • sól
  • woda
  • olej roślinny

1. Ryż należy opłukać w wodzie kilka razy, aż woda będzie czysta. Należy to zrobić wieczorem. Zalać ryż zimną wodą i odstawić w jakiejś misce na noc. Czas namaczania ryżu to minimum około 3 godziny. Ale może stać i dużo dłużej.




2. Rano, czy też nawet do wieczora następnego dnia można przystąpić do gotowania. Namoczony ryż (nadal jest twardy) przełożyć do blendera, wrzucić wiórki kokosowe. Nie dodawać wody na początku, można tylko odrobinę. Blendować. Czekać aż ryż będzie zmiażdżony i utworzy gęstą pastę. Jeśli od razu damy wodę, to ryż będzie tworzył grudki. Minimalne grudki i tak najprawdopodobniej zostaną.


3. Dodać trochę wody, maksymalnie pół szklanki. Blendować długo. Cały proces blenowania może potrwać nawet do 10 minut.

4. Jeżeli blender jest za mały to trzeba podzielić porcję na 2 razy.

5. Przełożyć miksturę do miski. Teraz będziemy dolewać wodę. Trzeba sprawdzać konsystencję, lecz powiedzmy, że około 1 szklanki zimnej wody. Jeżeli mikstura przywiera do łyżki, znaczy że jest za gęsta. Ma płynnie spływać i być trochę gęstsza od wody. Jeśli jednak na łyżce nie zostanie nic i będzie całkiem czysta, to konsystencja jest za rzadka. Posolić! Można posmakować i sprawdzić słoność. 


6. Patelnie rozgrzać na średnim ogniu. Poczekać aż będzie gorąca, to ważne. Rozprowadzić cienką warstwę oleju, na przykład za pomocą nasączonego papierowego ręcznika kuchennego (albo polać łyżką). 



7. Rozprowadzać miksturę. Powinna od razu skwierczeć przy zetknięciu z patelnią. Pojawią się pewnie bąbelki. Dolewać aż wypełnią się luki bez ciasta. Dobrze też poruszać patelnią i rozprowadzić jak polskie naleśniki. Dosa ma myć cienka.


8. Po chwili polać na wierzch kilka kropel oleju. Przykryć i czekać okoły 1 minuty.



9. Ta dosa ma pozostać biała. Nie wolno jej zrumieniać. Złożyć dosę w trójkącik, a jeśli patelnia była o małej średnicy, to złożyć na pół. Nawet po kilku godzinach nie będzie przywierać i warstwy łatwo odchodzą od siebie. Gotowe!


Neer dosę jada się często na śniadania i podaje się wówczas z chutney, może być np. z kokosowym. Jest też rewelacyjna do curry z kurczaka lub ryb. Najlepiej, żeby było to średnio-wodniste curry na bazie z mleka kokosowego. Idealna kombinacja to np. neer dosa oraz curry rybne pulimunchi (fish pulimunchi), albo też neer dosa i kurczak kori ghassi.
Można także zjeść z sambarem (południowoindyjską zupą z soczewicy, pomidorów i innych warzyw). Nie za bardzo nadaje się do tego aby jeść ją samodzielnie. 

Moja neer dosa z kokosowym chutney i resztką curry z kurczaka.

SMACZNEGO!

11 lipca 2014

Monsunowa chandra

Niebo dzień w dzień zasnute jest czarnymi chmurami.

























Dopadła mnie monsunowa chandra :/ Wszystko i wszyscy dookoła mnie denerwują. Nawet teraz siedząc i pisząc, czuję że to droga przez mękę. Jako osoba o skłonnościach do depresji i bardzo zmiennych nastrojach po prostu nie mogę znieść tego typu pogody. Ujawnia ona wszystkie moje najgorsze cechy. A może pogoda to tylko moja wymówka.

Czarne chmury codziennie wiszą nisko na niebie. Jest mrocznie, jak w Polsce późną jesienią. Przejaśnienia są bardzo sporadyczne, a od kilku dni ich brak. W dniu wczorajszym padało niemal nieprzerwanie od rana do nocy, dziś też od rana pada. Co prawda monsun w tym roku jest bardzo skąpy. Normalnie ściany deszczu są w tych rejonach Indii od początku czerwca. Owszem popadywało, ale w sumie nic więcej. Dopiero lipiec pokazał gorsze oblicze. Obecnie jest po prostu obleśnie. Wilgotno i wcale nie ciepło. Chociaż podobno jest w okolicach 25 stopni, to wcale tego nie czuć. Choć być może akurat mi jest zimno do szpiku kości przez gorączkę.

Niestety od powrotu z Coorg nie czułam się najlepiej. Pierwsze objawy przeziębienia. W górach było okropnie zimno i wilgotno. Non stop też padało. Wprawdzie siedziałam okutana w kilka warstw, ale buty miałam liche i wymarzłam od stóp. Zwłaszcza, że dla Indusów zimna pogoda to fantastyczna pogoda, po prostu genialna i super przyjemna. Siedzieliśmy więc w tej wilgoci i tylko słyszę "fantastic", "pleasant weather". Wrr... Już wracając w niedzielę czułam, że mam lekkie dreszcze. Dość niewyraźnie czułam się też następnego dnia. Pewnie by jednak samo minęło, gdybyśmy nie poszli w środę do kina. Dobiłam się tym całkowicie. W indyjskich kinach bowiem klima włączona jest wiecznie na full. Idzie zamarznąć. Pod koniec filmu myślałam, że zacznę chuchać w dłonie, jak zimą na mrozie. Ręce i nos jak sopel lodu, a miałam na sobie sweter! Choć taki słaby sweter, mogłam wziąć coś grubszego. Siedzę więc w domu i umieram. A za oknem takie widoki:





Jadąc przez miasto też wcale to lepiej nie wygląda. Tworzą się tymczasowe potoki. Całe szczęście miastu nie grozi powódź, gdyż wszystko spływa od razu do morza (czy gdzieś tam). Mangalore jest w wielu rejonach bardzo górzyste i powodzi nigdy nie było.





Pranie nie chce schnąć. Wisi i wisi nadal wilgotne. Choć i tak jest o niebo lepiej niż było u teściowej w domu. Jako że dom jest bardzo stary, posiada ściany które chłoną wilgoć, sporo w nim drewna, a dookoła drzewa i krzewy to obleśność monsunu okazuje się tam w całej okazałości. W powietrzu czuć zapach grzyba. Ubrania w szafach pokrywają się grzybem!! A jak mąż przyleciał do Polski rok temu w porze monsunowej, to wszystkie ubrania musiały być od razu wyprane, tak cuchnęły stęchlizną. Nie mówiąc już o tym, że po powrocie z Polski łóżko było po prostu mokre, gdyż zebrało wilgoć w powietrza...

Reklamy na mieście też nie pozwalają zapomnieć o tym jaką mamy porę roku.




Oprócz płaszczy przeciwdeszczowych warto też zaopatrzyć się w odpowiednie obuwie. A jakie obuwie jest najlepsze na deszcze i tymczasowe potoki na ulicy? Oczywiście gumiaki! Ale za to jakie. Oprócz kaloszy, mamy w Indiach całą rewię mody gumowych butów, balerinek, sandałków i klapek. Do wyboru do koloru, a zwłaszcza do koloru gdyż sprzedawane są w każdym kolorze tęczy. W przeciwieństwie do Polski, deszcz i kałuże są w sumie dość ciepłe, więc nawet jak stopa wleci do wody, to nie ma jakiegoś strasznego szoku termicznego. 


Przy takim wyborze, moje gumowe balerinki wypadają blado. Kolor szary przezroczysty oraz beżowy matowy. Wieje nudą... Za to są bardzo praktyczne i wygodne. Plastik jest mięciutki i gumowo-sprężysty. Butki nie muszą w zasadzie schnąć, a jak się ubrudzą wystarczy opłukać w kranie. Trochę gorzej z czyszczeniem wersji matowej. 

Swój pierwszy indyjski monsun zaliczyłam w 2010 roku, gdy przyleciałam akurat 29 czerwca do Mumbaju, czyli w samo epicentrum deszczu. Mumbaj zalewany jest miejscami co roku. Tak też było następnego dnia po przylocie. Naprzeciwko super dużego centrum handlowego płynęły potoki. Chociaż podwiozła nas samochodem ciotka, to jednak pewien kawałek musiałam przebrnąć idąc w potoku do połowy łydki. Nowe balerinki, kupione specjalnie na Indie rozpadły się następnego dnia :) Więc w mocno deszczowych regionach gumiaki to jest to!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...