30 czerwca 2014

Ślub w południowych Indiach - Dzień 3. Zaślubiny


















Dzień zaślubin zaczyna się bardzo wcześnie rano. W sumie dużo zależy od godziny na jaką wyznaczone jest zawarcie małżeństwa. Godzinę tą wyznacza horoskop, tak samo jak i datę. Dzień i godzina muszą być pomyślne. Na zaproszeniach ślubnych widać więc bardzo dziwne godziny ślubu typu: 10.23 lub jak w tym wypadku 11.35 rano. Dla mnie jednak dziwne jest, że pomyślne godziny są w zasadzie zawsze rano. Mąż mówi, że bardzo sporadycznie ślub odbywa się po południu lub wieczorem. 

Zanim młodzi dotrą na salę ślubów, już w domu zaczynają się rytuały. Pobudka jest około 5 rano, gdyż do domu przychodzi pandit żeby się pomodlić razem z rodziną. Panna młoda dotyka stóp wszystkich zgromadzonych w domu starszych osób, a Ci udzielają jej błogosławieństwa, po czym razem ruszają na miejsce zaślubin. 

Warto zaznaczyć, że opisywany ceremoniał jest typowy tylko dla tej konkretnej kasty, a mianowicie braminów mówiących w języku konkani. 

Także i tego dnia sala jest niczym teatr, choć odbywa się to w innej lokalizacji. Śluby odbywają się prawie zawsze na salach ślubnych, czasami też w salce przy świątyni, jednak takie miejsca przyświątynne są zazwyczaj zaniedbane i nie wyglądają aż tak okazale. Sale ślubów hinduistycznych są z kolei nadzorowane przez kapłanów, więc nie ma problemu. Piętro niżej znów była hala stołówkowa oraz kuchnia. Jedzenie gotowane jest tylko i wyłącznie przez osoby z kasty braminów i musi być wegetariańskie. 

Gdy panna młoda jest już na miejscu, wysłannik z jej rodziny musi pojechać po pana młodego, żeby sprowadzić go na salę. Rola poszczególnych osób w rodzinie podczas rytuałów jest bardzo ściśle wyznaczona. Wysłannikiem ma być brat dziewczyny, jeśli go nie ma najstarszy wujek od strony matki, jeśli go też nie ma to najstarszy kuzyn. Dalej już może nie będę się wgłębiać aż tak w szczegóły, ale to daje jakiś obraz skomplikowania rytuałów. Tak naprawdę, nawet sami zainteresowani się w nich gubią, dlatego całość jest wykonywana pod nadzorem kapłanów, którzy mówią co, jak i kto kiedy ma robić. 

Po przyjeździe na salę ślubów chłopaka z rodziną, zaczynają się wielogodzinne rytuały. Tego dnia zaczęły się w okolicach 7.00 rano. Nam udało się dotrzeć o 7.20, ale pierwsze kroki skierowaliśmy na śniadanie: idli, vada, sambar. 

Początkowo obydwie rodziny odbywają oddzielne rytuały, siedząc po dwóch różnych stronach sceny. 




















Dookoła porozstawiane są różne symboliczne przedmioty. Część rytuałów wymaga uczestnictwa kobiet z rodziny. 

Jedną z bardziej charakterystycznych części programu jest mielenie specjalnej mieszanki jedzenia w kamiennych starożytnych żarnach - takich jakie dawniej służyły w młynie do mielenia zboża. Podobno jest to symbol początku obowiązków jako pani domu. W Indiach do dziś, mało która dziewczyna przed zamążpójściem zajmuje się gotowaniem. A nawet jeśli umie coś ugotować, to na pewno nie jest to gotowanie na pełną skalę dla całej rodziny. Nauka gotowania jest jednym z obowiązków po ślubie. 

Rytuały ciągną się dalej długimi minutami. Każdy ma jakieś znaczenie, niestety mało kto wie jakie. Indusi powtarzają gesty i czynności automatycznie, często bez żadnego głębszego zrozumienia.

Następny punkt obchodów to słynna, symboliczna Kashi Yatra - (Kashi - czyli Varanasi najświętrze miejsce hinduizmu, yatra - w hindi znaczy podróż) pielgrzymka do Varanasi. Panna młoda w tym czasie przebiera się na zapleczu, a chłopak udaje że zmęczyły go te wszystkie rytuały, więc postanawia opuścić zgromadzonych ludzi, żeby odbyć pielgrzymkę. Nie mam pojęcia dlaczego ten rytuał wymaga niesienia parasolki. Podobno miała być taka tradycyjna, starożytna parasolka, ale jako że nie było, to była zwykła. Nikt nie był w stanie tej parasolki wytłumaczyć. Oprócz parasolki niesie też zawiniątko z dobytkiem, niczym włóczykij. Ojciec panny młodej musi go powstrzymać i przekonać, żeby jednak wziął ślub. Gdy chłopak jest już przekonany, kobiety z jego rodziny nakładają mu na oczy khol (obecnie udają, że nakładają bo żaden facet nie chce mieć na ślubnych fotkach czarne limo pod oczami).




















W międzyczasie następuje przerwa na drugie śniadanie. Chłopak i dziewczyna przygotowują się w osobnych pokojach do zawarcia ślubu. Godzina wyznaczona przez horoskop zbliża się coraz bardziej.

Udało mi się podpatrzeć przygotowania. Panna młoda miała osobistą stylistkę do układania sari, nakładania biżuterii i mocowania wieńca z kwiatów we włosach. Pani ta nakładała też makijaż. Niestety był on fatalnej jakości. Tanie chińskie paletki cieni i pudrów oraz beznadziejne dwa pędzelki. Moja domowa mała kolekcja makijażu na własny użytek jest o niebo lepsza niż zestaw, którym ta pani teoretycznie robi makijaż "profesjonalnie". To już chyba zależy od tego, jaką osobę się weźmie. Widziałam wcześniej też inne podejście do tematu i makijaż był u innej panny młodej super. 


























Strój ślubny zależy od regionu i zwyczajów oraz tradycji w danej społeczności. W zasadzie całych południowych Indiach do ślubu idzie się w jedwabnym sari. Panny młode nie noszą też welonów. Zamiast tego ich włosy ozdobione są kwiatami i biżuterią. W tym wypadku włosy przedłużone były sztucznymi pasmami i zaplecione w warkocz do pasa. Na warkocz wpina się misterną konstrukcję z prawdziwych kwiatów. Sari upina się w nietypowy sposób. Z tyłu materiał przechodzi między nogami. Wiązanie jest tak skomplikowane, że nie starcza materiału na górę ciała i w tym wypadku sari tworzy raczej skomplikowaną spódnicę. Na górną bluzeczkę nakłada się więc specjalnie ułożony szal. Akurat taki strój jest charakterystyczny dla kasty męża i na innych południowoindyjskich ślubach, na których byłam gościem, sari upięte było bardziej zwyczajnie. 

Warto zaznaczyć, że praktycznie cała widoczna biżuteria to prawdziwe złoto. Koszta złota na ślub przekraczają często znacznie zakup samochodu. Złoto, które dziewczyna jest w stanie udźwignąć na sobie idąc do domu męża, stanowi jej zabezpieczenie finansowe na całą resztę życia. Złoto jest jej własnością, nie męża. Złoto kupują jej rodzice, na co często muszą zacząć oszczędzać gdy dziewczynka jest dzieckiem. 

Gdy wszyscy są gotowi, a sesja zdjęciowa która nastąpiła w międzyczasie skończona, można przejść do kulminacyjnego punktu. 



Dziewczyna prowadzona jest przez matkę i ojca. Mandap - czyli główna, udekorowana część wystroju na scenie, jest miejscem kolejnych rytuałów i błogosławieństw z ryżem i wymianą prezentów.  






































Gdy rytuały przedślubne na scenie w końcu się zakończą... przechodzimy do głównego punktu. Ogromna sala ślubna zapełnia się gośćmi dopiero tuż przed zaślubinami, gdyż godzina podana była na zaproszeniach. Dziewczyna prowadzona jest wśród ludzi, a na koniec męska część jej rodziny niesie ją na scenę. Narzeczony już tam czeka za zasłoną. Obydwoje dostają ogromne łańcuchy z kwiatów. Chłopak stoi sam. Dziewczynę trzyma za ramiona z tyłu ojciec (pewnie, żeby nie uciekła! :D ). Kapłani głośno recytują. Dokładnie o 11.35 kurtyna opada i dziewczyna zakłada łańcuch z kwiatów na szyję chłopaka, a on na jej szyję. Przesąd mówi, że kto się ugnie przy zakładaniu będzie podporządkowany, kto będzie stał prosto będzie rządził. Wymiana kwiecistych łańcuchów ma takie samo symboliczne znaczenie, jak u nas wymiana obrączek. Oto zostali mężem i żoną!






































Niestety!! To wcale nie koniec rytuałów... Dalej mamy: dotykanie się czołami, nakładanie specjalnych ozdób na czoło, posypywanie ryżem, błogosławieństwa, dotykanie stóp.

Do bardzo ważnych momentów należy: nakładanie mangalsutry na szyję dziewczyny (naszyjnika symbolizującego kobietę zamężną) oraz nakładanie srebrnych pierścionków na jej drugie palce u stóp. 


Sporo obrzędów odbywa się przy ogniu. Para siedzi na tronie przed ogniem. Wsypują do ognia różne rzeczy. 

7 kroków wokół ognia. Bardzo znany rytuał, który zwłaszcza można obejrzeć na wielu filmach bollywood, tutaj także ma miejsce, choć nie jest to najważniejszy moment ceremonii. 

Dalej mamy karmienie się nawzajem bananami, znów niekończące się rytuały i błogosławieństwa. Oraz bardzo ważny i niezwykle długi moment sesji zdjęciowej. Na scenę ustawia się przeogromna kolejka. Każdy musi zrobić sobie zdjęcie z parą. Dopiero po fotce goście mogą iść na lunch. A po lunchu do domu. Większość gości przychodzi na 1-2 godziny. 

Rodzina niestety czeka i czeka... Pierwsi najeść mają się goście, których było około 2000. Zanim skończyli robić zdjęcia i zjedli minęła dobrze ponad godzina. Dopiero około 14.30 udało nam się dostać do jadłodajni. Znów wegetariańskie jedzenie na liściu. Tym razem był też bufet z talerzami i sztućcami, choć jedzenie to samo. Jednak w tamtym przypadku jeść trzeba na stojąco, trzymając talerz w ręku. Znając swoją niezdarność, wolałam usiąść i jeść ręką.

















Podczas gdy reszta gości od razu poszła do domu, my wróciliśmy się na salę. Panna młoda przebrała się w ostatnie sari i znów miały miejsce rytuały...

Państwo młodzi mogą iść coś zjeść dopiero na sam koniec, gdy goście poszli. Czeka wtedy na nich tylko rodzina. Zwłaszcza bracia (kuzyni) i ich żony są potrzebni, gdyż jadą później do domu dziewczyny aby ją pożegnać.

Niekończąca się kolejka do zdjęcia i po prawej panna młoda w ostatnim sari.



















Wszyscy już sobie poszli, my czekamy.
























Państwo młodzi dopiero teraz jadą razem w przystrojonym samochodzie. Celem jest dom panieński dziewczyny. Warto też zaznaczyć, że ślub zawsze odbywa się w miejscowości rodzinnej dziewczyny, nigdy u chłopaka. Rodzina żegna ją i udziela błogosławieństwa. Rodzina chłopaka z kolei, czeka aby zabrać ją do nowego domu. Każdy dostaje coś do picia i bakalie. Ostatnia modlitwa przed domowym ołtarzykiem. Pożegnanie z rodzicami i zabranie przygotowanej walizki. Kuzynka męża się poryczała, bo faktycznie ten cały moment był bardzo dziwny. Odjechać z jedną walizką do nowego domu. 

To jednak wcale nie koniec rytuałów...!!! Następne dni to dalszy ciąg. Trochę tego za dużo jak dla mnie :D 

I po ślubie.















29 czerwca 2014

Ślub w południowych Indiach - Dzień 2. Phool Muddi

Drugi dzień obchodów ślubnych to już trochę bardziej skomplikowana do opisania uroczystość. Dzień drugi i dzień trzeci to już obchody typowe dla kasty z jakiej wywodzi się mój mąż. Wchodzimy tutaj w obrzędy hinduistyczne. Niektóre z nich być może są podobne wśród innych społeczności południowoindyjskich, lecz nie jestem na tyle znawcą, żeby stwierdzić co jest takie same jak u innych, a co zupełnie typowe tylko dla kasty męża. 

Mąż pochodzi z rodziny hinduistycznej mówiącej w języku Konkani. Uroczystość Phool Muddi (Flower & Ring - Kwiat i pierścionek) jest typowa tylko dla nich. 

[Osoby znające hindi zauważą zapewne podobieństwo do wyrazu phul-kwiat. Język konkani jest bowiem spokrewniony z hindi, ale o tym innym razem].

Tak naprawdę, zazwyczaj organizuje się to tego samego dnia co ślub, tylko wcześnie rano. Są w zasadzie 2 powody dla których można zorganizować Flower & Ring innego dnia: ślub następnego dnia będzie we wczesnych godzinach i będzie mało czasu, albo rodzina ma ochotę i pieniądze żeby wydłużyć obchody ślubne o dodatkowy dzień. 


Tak samo jak poprzedniego dnia, impreza zaczęła się około 18.00. Tym razem jednak było naprawdę wyraźnie i dobitnie zaznaczone, żeby przyjść na czas. Zwłaszcza strona rodziny dziewczyny musi być na miejscu pierwsza, ponieważ pierwszym krokiem jest przywitanie rodziny pana młodego. Przywitanie organizują kobiety ze strony dziewczyny. Czekają u wejścia na samochód z chłopakiem (pan i panna młoda przyjeżdżają osobno). Kobiety trzymają talerze z różnymi symbolicznymi przedmiotami (coś jak u nas witanie chlebem i solą). Gdy nadchodzi rodzina chłopaka wymieniają się błogosławieństwami.





















Następnie ojciec panny młodej udziela specjalnego błogosławieństwa chłopakowi przez założenie mu m.in. naszyjnika z kwiatów jaśminu i prowadzi go za rękę do środka sali i sadza na krześle (pewnie co by nie uciekł! :D ). 

Zarówno pan młody, jak i panna młoda mają swoich drużbę i druhnę. To zazwyczaj najstarszy/najstarsza nieżonaty/niezamężna chłopak i dziewczyna z ich rodzin. Ich rola jest w sumie minimalna i ogranicza się do siedzenia obok i wyglądania ładnie. Dostają też od rodzin jakieś skromne prezenty. 

Sala ślubna jest zaaranżowana jak teatr, tzn. jest pełna dekoracji i oświetlona scena, a na przeciwko wiele rzędów krzeseł - plastikowych krzeseł, znanych u nas jako ogrodowe :D Ładniejsze krzesła są tylko na naprawdę bardzo bogatych ślubach. Indusów tak naprawdę plastikowe krzesła w wystroju nie rażą nic a nic. Jeśli zwróci im się na ten element uwagę, są mocno zaskoczeni, że to w ogóle może być dla kogoś dziwne.
Pan młody ma kwiaty od ojca dziewczyny i siedzi z drużbą, obok jego teściowie. Następnie kobiety z rodziny dziewczyny błogosławią chłopaka.







































Na scenie odbywają się różne rytuały religijne. Całość odbywa się pod nadzorem i wedle instrukcji panditów - kapłanów. Ojciec dziewczyny myje stopy chłopaka w wodzie i daje mu złoty pierścionek. Małżeństwo to związek dwóch rodzin i aranżowane jest przez rodziców, więc ceremonie ślubne dają temu bardzo wyraźne odzwierciedlenie. 

Posypywanie ryżem

W dalszej części błogosławieństwa chłopakowi udziela matka panny młodej. Błogosławi się przede wszystkim poprzez posypywanie szczyptą ziaren ryżu. Ryż ma w południowych Indiach znaczenie symboliczne. Ponieważ stanowi podstawę codziennego wyżywienia oznacza pomyślność, płodność i dobrobyt. Posypywanie ryżem oznacza więc życzenia wszelkiej pomyślności i dobrobytu na nowej drodze życia. 


Dopiero po tej części na scenę wkracza panna młoda. Teraz ona i jej druhna zajmują tron. Odbywa się jej część rytuałów i błogosławieństw. W tym momencie otrzymuje też prezenty od przyszłej teściowej, tradycyjnie jest to sari i biżuteria. W tym momencie, także ona otrzymuje kwiaty jaśminu, z tymże w jej przypadku są one wpinane we włosy. Także ona błogosławiona jest ryżem przez rodzinę chłopaka. Na sam koniec błogosławi ją ryżem matka. 


W dawnych czasach Flower & Ring to były swoiste zaręczyny. Obecnie tą uroczystość robi się tuż przed ślubem, a zaręczyny odbywają się zaraz po zaaranżowaniu związku, na kilka miesięcy przed ślubem. Jeśli rodzina jest bogata, albo ma taką ochotę, to same zaręczyny też są obchodzone z pompą. W tym wypadku zaręczyny były skromne, w gronie kilku osób i miały miejsce w październiku, o czym reszta rodziny poinformowana została przez WhatsApp. 












Tego dnia to już był koniec części religijnej. Kapłani sobie poszli, ale to wcale nie oznaczało końca zabawy, ponieważ druga część wieczora była bardzo rozrywkowa.

Na scenę wkroczył wodzirej, znajomy panny młodej, który pracuje w radiu. W programie przewidziane były różne zabawy dla dzieci i dorosłych oraz konkursy z nagrodami. Mój mąż wygrał kupon na zakupy w centrum handlowym :D W ogóle byłam w szoku, bo zazwyczaj jest dziki i ucieka. Znajomi przygotowali show dla państwa młodych, były też pokazy tańca bollywood, jakże by inaczej! :D Pozowanie do zdjęć na scenie i poza nią. Wodzirej chodził też pośród widowni i robił różne konkursy. 







Dziewczynki z 4 klasy tańczą bollywood, a po prawej koleżanki panny młodej tańczą też... bollywood :D





















Tego dnia było już zdecydowanie więcej gości. Poza tym wśród zaproszonych osób różni bardzo dalecy znajomi i znajomi znajomych. Spora część przyszła się tylko najeść za darmo. Jadłodajnia była piętro niżej w pomieszczeniu znacznie odbiegającym urodą od tego, w którym siedzieliśmy najpierw. Jeśli chodzi o jedzenie to panuje zupełnie inne podejście niż na polskich ślubach. Nie ma siedzenia przy stołach i sadzania gości. Zjeść idzie się dopiero na sam koniec, w warunkach stołówkowych. Po jedzeniu od razu idzie się do wyjścia. Jedzenie wegetariańskie, serwowane na liściu bananowca. Sztućców brak, trzeba jeść prawą ręką. Jedzenie roznoszą w garach kucharze, czy też kelnerzy-roznosiciele. Spożywaniu takiego posiłku brak jakiejkolwiek elegancji i wyrafinowania. Należy zjeść jak najwięcej i jak najszybciej i tyle. 






































Jak zawsze był biały ryż. Do tego jakiś mały kotlecik warzywny, papad, curry z miękkich orzechów nerkowca (to było naprawdę pyszne), ziemniaki z przyprawami, jakieś wodniste curry z małymi ogórkami oraz noodle ryżowe - iddiyappam. Potem był jeszcze deser. Prawdę powiedziawszy rodzajów jedzenia było o wiele więcej, ale rodzina chłopaka i dziewczyny zawsze czeka do zejścia na kolację, aż reszta gości skończy, więc dla nas mało zostało. Ludzie byli niezadowoleni, gdyż brak jedzenia to lekki skandal.

Impreza skończyła się wcześnie, około godziny 21.00. Następnego 3-ciego dnia wcześnie rano ślub, więc goście i państwo młodzi muszą się wyspać. 

27 czerwca 2014

Ślub w południowych Indiach - Dzień 1. Mehndi Party

Relacja ze ślubu kuzynki męża.

Równo tydzień temu, w piątek rozpoczęły się trwające 3 dni uroczystości ślubne. Same zaślubiny trwają 1 dzień, a w zasadzie pół dnia. Jednakże podczas ślubu pojawia się jeszcze mnóstwo innych uroczystości przed i po ślubnych. W wielu z nich nie brałam udziału gdyż odbywają się w domu panny lub pana młodego. Nie można niestety powiedzieć, że jest jakiś uniwersalny ogólno-indyjski ceremoniał. Są wprawdzie elementy występujące w prawie każdej społeczności wyznającej hinduizm, lecz jednak nawet bardzo znane, zwłaszcza z filmów, okrążanie ognia w siedmiu krokach nie jest aż tak popularne w południowych Indiach, choć też się zdarza. Obrządek i rodzaje następujących po sobie rytuałów zależą od regionu, ale przede wszystkim od kasty. Każda kasta ma swój własny ceremoniał. Póki co byłam tylko gościem na kilku ślubach znajomych. Były to śluby połudnowoindyjskie, jednak każdy był w jakiś sposób inny.   

Ilość dodatkowych dni oraz program i przewidziane atrakcje na dany dzień zależą od zamożności rodziny panny młodej, ponieważ tradycyjnie koszta ślubu pokrywa rodzina dziewczyny. Strona chłopaka ma bardzo niewielki wkład finansowy i ogranicza się do zakupu sari i mangalsutry (ślubnego naszyjnika), oraz jakichś innych niewielkich wydatków. Nawet nocleg dla gości chłopaka pokrywają rodzice dziewczyny. Wprawdzie mieliśmy w rodzinie 3 lata temu ślub, w którym kuzyn męża i jego rodzice włożyli w ślub syna ogromne kwoty pieniędzy, dzieląc się kosztami z rodziną dziewczyny niemal na pół, lecz jest to wyjątek. Obecnie sporo zależy od osobistych poglądów rodziców młodych i w przypadku osób myślących bardziej nowocześnie są różne inne scenariusze, niż scenariusz tradycyjny. W Indiach za ślub płacą jednak rodzice, młodzi się nie dokładają. 

Dzień nr 1 rozpoczął się od Mehndi Party. Tradycyjnie odbywa się to w dzień przed samym ślubem i jest to zabawa typowa dla północnych Indii. Polega na ozdabianiu panny młodej oraz zaproszonych kobiet ornamentami z henny na dłoniach. W Indiach południowych mehndi party raczej nie występuje. U nas w rodzinie jest to nowość. Panna młoda, osoba dość mocno rozrywkowa namówiła zapewne rodziców na jeden luźniejszy dzień z tańcami. Na pewno był to najbardziej atrakcyjny dzień dla młodych osób. Do naszej rodziny mehndi party przywędrowało z Mumbaju. Spora część krewnych przeniosła się tam z południa i nasiąknęła innymi rodzajami obchodów, duży wpływ ma też bollywood. Akurat zwłaszcza w Karnatace, gdzie lokalne filmy są tragicznie beznadziejne, ludzie wolą oglądać bollywoodzkie filmy w hindi i chyba łatwiej nasiąkają innymi wpływami niż w pozostałych południowoindyjskich stanach. W każdym bądź razie, po ślubie innego kuzyna, który mieszka właśnie w Mumbaju i jako pierwszy zaprosił krewniaków z południa na Mehndi Party, kilka innych osób też postanowiło zorganizować taki dzień (choć póki co jednak większość ślubów jest bez tej imprezy). 





























Impreza rozpoczęła się o 18.00 i miała miejsce w niezbyt dużej sali bankietowej w hotelu. Przyszło około 80 osób. Większość zamiejscowych gości przyjechała dopiero następnego dnia rano. Niestety mąż nie zdążył na czas więc zjawiliśmy się dopiero po ponad godzinie. W sumie nic w tym specjalnego. W Indiach normą jest się spóźnić pół godziny. Jeżeli goście zjawią się idealnie na czas mogą wprawić w zakłopotanie, albo mogą jeszcze nie zastać organizatorów. Ta zasada ma zastosowanie w zasadzie wszędzie. Przychodzimy przynajmniej 15 minut po czasie. Choć spóźniliśmy się ponad godzinę to impreza się dopiero zaczynała. W zasadzie tylko przegapiliśmy początek gdy chłopak i dziewczyna siedzieli na tronie i pozowali do zdjęć. Akurat jak weszliśmy była końcówka pozowania i zabrali trony ze sceny.

Na wejściu, jak zawsze powitalny napój. Tym razem było to zimne badam milk - milkshake migdałowy. Od razu zostałam zawołana do nakładania henny. Zamówieni byli dwaj chłopcy z północnych Indii, którzy nakładali dość proste wzory po kolei każdej chętnej kobiecie. Większość chciała tylko na lewej ręce, żeby mieć choć jedną rękę zdatną do użycia w tamtym momencie. W pomieszczeniu było chłodno od klimatyzacji i henna schła bardzo wolno. 


Panna młoda miała już nałożoną hennę wcześniej w domu. Skomplikowane wzory pokrywały jej ramiona do łokci oraz stopy powyżej kostek. Pośród wzorów na jej ramionach ukryte były litery składające się na imię pana młodego. Żeby wzory były trwałe nakłada się je wieczorem, nawilża wysychającą pastę wacikiem nasączonym ciepłą wodą z cukrem i sokiem z limonki. Wieczorem idzie się spać z nadal wysychającą pastą. Rano pościel wygląda tragicznie, a zaschnięta pasta albo odpada albo przywiera do skóry. Trzeba trochę się postarać żeby usunąć pozostałości. Taki wzór jednak powinien się trzymać do 3 tygodni. W południowych Indiach w przeciwieństwie do obchodów na północy, nakładanie henny odbywa się raczej w zaciszu domowym, bez muzyki i gości.

Tymczasem Mehndi Party kuzynki połączone było z tańcami do najnowszych bollywoodzkich hitów. Ponieważ impreza była zaczerpnięta z północnych Indii panna młoda założyła też strój z północy kraju - lehengę choli, czyli spódnicę, bluzeczkę i fantazyjnie udrapowany szal. Program rozrywkowy rozpoczął się od układu tanecznego zatańczonego solo przez dziewczynę. Ładnie tańczyła w stylu bollywood, chyba musiała dużo trenować :D






 
Zaraz po tym cała młodzież wleciała na scenę i zaczęli tańczyć. Starsi woleli jednak siedzieć z tyłu i patrzeć. DJ'a nie było, być może z oszczędności. Pan młody z kolegami rozstawili się z boku z laptopem i głośnikami. Nie zawsze udawało im się trafić z piosenką i były przestoje jak szukali czegoś bardziej imprezowego. Pełna improwizacja. Cała impreza odbywała się bez ani kropli alkoholu. Kelnerzy tylko rozdawali wodę. Wprawdzie nie było żadnych ograniczeń i były momenty, gdy wszyscy się na scenie wymieszali, jednak przez większość czasu chłopcy i dziewczyny woleli tańczyć osobno. 




































Styl tańczenia typowo bollywoodzki. Indusi tańczą rękami i ramionami, u nas raczej biodra idą w ruch. Ja nie bardzo wiedziałam jak tańczyć, więc mieszałam swoje ruchy i starałam się naśladować co prostsze układy. Nie wszystkie piosenki z filmów też znałam, a jako że były to znane hity z teledysków to nagle wszyscy zaczynali tańczyć ten sam układ. Chłopaki też zatańczyli na scenie znany lokalny taniec tygrysów, o którym kiedyś napiszę przy innej okazji. Na pewno tańcami nie była znana z Pendżabu bhangra, ale jakieś tam elementy się wkradły. Oprócz hitów bollywood wszyscy zatańczyliśmy też gangam style, był też znany z polskich wesel wężyk :D 

Po pewnym czasie, co poniektóre osoby pośród starszej widowni się też rozochociły. Matka panny młodej wywijała rękami w sari, a ciotka oszalała i tańczyła ze szklanką  na głowie!! O co chodzi z tą szklanką?? Czy ktoś coś wie? Podobno była taka akcja w jakimś filmie, tylko zamiast szklanki był dzbanek?! Ale w którym? Nie mam pojęcia o co chodzi!
























































Wkrótce ludzie zaczęli się robić głodni, zwłaszcza że jedzenie cały czas na nas czekało obok. Pierwsi ruszyli do talerzy najstarsi goście, zwłaszcza pełne powagi matrony, którym nie w głowie takie hulanki i tak naprawdę przyszły się tylko najeść za darmo. Pozostając w temacie imprezy jedzenie także było po części północnoindyjskie, z kilkoma lokalnymi specjałami. Jedzenie było przez całe 3 dni wegetariańskie. U mnie na talerzu tylko część  dostępnych opcji jedzenia, na resztę już nie starczyło miejsca w brzuchu :D Jedzenie jak zawsze w Indiach, to bufet. Bierze się talerz i prosi o nałożenie wybrane dania. Następnie każdy siada gdzie chce.

Na talerzu mamy: wegetariańskie biryani (ryż z warzywami), matar paneer (ser paneer z groszkiem), kulcha (rodzaj chlebka pszennego), neer dosa (lokalna dosa z ryżu i kokosa), paneer ghee roast (ser paneer prażony w ghee i przyprawach), sałatka cebulowo-warzywna, makaron w czerwonym sosie. A na deser gulab jamun z lodami. 





















Po jedzeniu niektórzy od razu poszli. Młodzież za to znów ruszyła na parkiet, aby się jeszcze wyszaleć. Impreza jednak pomału zbliżała się ku końcowi. Swoją drogą podobno w północnych Indiach takie tańce są bardziej typowe dla imprezy zwanej Sangeet, a nie dla Mehndi, jednak do końca nie wiem bo nigdy nie byłam. Tak czy inaczej, o godzinie 21.50 matka panny młodej kazała kończyć, muzykę wyłączono i przed 22.00 wszyscy opuściliśmy hotel.  








19 czerwca 2014

Indyjska kultura piękna

Brzuch nie musi być płaski
Wygląd zewnętrzny jest w Indiach bardzo ważny. Jak Cię widzą tak Cię piszą. Oczywiście jest grono kobiet mało dbających o siebie, lecz większość przywiązuje do tego sporą wagę. Status społeczny nie ma tu znaczenia. W Indiach panuje kult piękna. Tzw. "beauty parlours", czyli salony piękności są tak samo w slumsach jak i luksusowych miejscach dla wyższych sfer. W moich oczach ichnie dbanie o siebie ma różny skutek i często jednak efekt końcowy jest bardzo daleki od ładnego, choć innym razem powala na kolana. Z drugiej zaś strony kobiety są poddane różnym presjom i naciskom, a nadmierna koncentracja na wyglądzie będzie niesmaczna i w złym guście. Panna młoda jaka by nie była mądra i fajna, i tak na ślubie będzie oceniana po wyglądzie. Ideałem piękna jest kobieta o jasnej cerze i o ciemnych bardzo długich i gęstych włosach. Ma być wysoka o normalnej, lekko zaokrąglonej budowie. Szupłe dziewczyny są uznawane za zanadto wychudzone. Rok temu byłam świadkiem jak się zastanawiano, czy zgodzić się na aranżowanie małżeństwa z pewną dziewczyną czy nie, bo była za chuda. Dużo Indusek nosi sari i wylewający się tłuszczyk z boczków oraz lekko wydatny tłusty brzuszek nie jest tabu, nikomu to nie przeszkadza, nie dziwi. 

Podstawowe zabiegi urodowe to:


Najpopularniejszy olejek
kokosowy
1. Olejowanie włosów, robią to mężczyźni i kobiety. Ludzie tutaj w większości mają genetycznie grube i mocne włosy. Mnóstwo kobiet na ulicy ma warkocze grubości mojego przedramienia. Długość optymalna to do pasa. Dbanie o włosy to podstawa dbania o siebie. Reklamy olejków do włosów królują w mediach. Odżywki do włosów może nie być, ale olejek koniecznie! Włosy mają być lśniące i mocne. Nie zapomina się też o skalpie i pielęgnacji skóry głowy. Są olejki specjalnie przeznaczone na skalp, lecz są trochę mniej popularne i częściej będą poszukiwane jako specyfik leczniczy niż kosmetyk. Najpopularniejszym olejkiem jest olej koksowy. Ten sam olejek stosują wszyscy i bogaci i biedni. Dobrze sprawuje się na indyjskim grubym włosie. Na moich cienkich blond włosach niekoniecznie, efekt jest wręcz odwrotny od zamierzonego. Znalazłam jednak inne indyjskie olejki pasujące moim włosom.


2. Dla kobiet nitkowanie brwi to podstawa. Dużo Indusek miałoby bez tego okropne krzaki zamiast brwi. Z drugiej strony jeśli brwi są naturalnie w miarę ok, to często nie są w ogóle ruszone. Kształt brwii po wynitkowaniu mają przepiękny. To mój lekki fetysz, a te zrobione indyjskie brwi mnie fascynują. Metoda nitkowania brwi znana jest w tych regionach od wieków i do dziś stosowana w każdym salonie piękności. 



3. Depilacja: Indusi w dużej mierze mają genetycznie nadmiar włosów na ciele.  Depilacja włosów to często konieczność. Zwłaszcza włosy na twarzy u kobiety (wąsik, bokobrody) oraz przedramię. Indusi potrafią się mocno zdziwić jeśli kobieta ma włosy na przedramionach (ok jeśli ktoś ma krótkie, cienkie i niewidocznie to nie, bo tego nawet nie widać). Nie wiem jak to jest z nogami, gdyż kobiety ich raczej nie pokazują. Brzydko za to wyglądają już takie dojrzalsze uczennice (ok 15-16lat), które mają mundurki ze spódniczką, a do tego włosy na nogach niczym dżungla. 

4. Cera ma być idealna, bez skaz. Powietrze w Indiach bywa przeokropnie zanieczyszczone, czasem nawet nie spalinami tylko ogólnym kurzem i pyłem. Z kolei w nadmorskich rejonach o dużej wilgotności powietrza jest lepko, pot płynie po twarzy zatykając pory, a brud jeszcze łatwiej osiada na skórze. W takich warunkach łatwo o trądzik, przebarwienia czy inne kłopoty z cerą. Maseczki, żele do mycia twarzy, kremy itd., w zasadzie wszystko jest nastawione na głębokie oczyszczanie i walkę z trądzikiem. Produkty do cery suchej są w mniejszości, choć oczywiście też się znajdą. Na mieście mnóstwo dermatologów oraz klinik urodowych specjalizujących się w dbaniu o piękną skórę. 

Fair & Lovely
kultowy krem wybielający
5. Mania białości: W Indiach panuje kult białej cery. Kremy wybielające do twarzy i ciała to podstawa reklam w telewizji. Im kto ma bielszą karnację tym lepiej. W Indiach sami Indusi oceniają się nawzajem po kolorze skóry. Ludzie chcą wybielać skórę, żeby podkreślić swój status społeczny. Mężczyźni też się wybielają. Im kto bielszy tym teoretycznie wyższa klasa, im ktoś ciemniejszy tym niższa. Poza tym im się to bardziej podoba. Ciemna czy czarna cera jest uznawana za brzydką, nieatrakcyjną. Im bledsza cera tym piękniejsza. Zwłaszcza młode dziewczyny o ciemniejszej karnacji czują się mniej atrakcyjne, a ich szansa na dobre zamążpójście trochę maleje. Filtry do twarzy z faktorem SPF 50 i PA+++ bez problemu są wszędzie do dostania, tak samo jak kremy wybielające do twarzy i ciała. Nie wiem niestety tak do końca jak ze skutecznością tych kremów. Faktycznie przyspieszają schodzenie opalenizny. Kiedyś przez przypadek używałam wybielającego żelu do mycia twarzy i faktycznie zrobiłam się całkiem biała jak w zimie. Na mojego męża jednak Fair & Lovely nie działa wcale. Ja tym kremem smarowałam skórę na górnej części stóp, aby zlikwidować opaleniznę ale też bezskutecznie. Krem jest chyba przereklamowany :D 

6. Makijaż: na co dzień mało kobiet się maluje. Zwłaszcza w południowych Indiach, pełen makijaż w zwykły dzień jest trochę w złym guście i może niezbyt dobrze świadczyć o dziewczynie. Również mi kilka osób zwróciło uwagę, że za dużo się maluję. Jednak ogólnie rzecz biorąc mam to gdzieś. Dominuje tutaj czarna kreska na linii wodnej. Ten tak wyśmiewany i krytykowany makijaż w polskich blogach urodowych jest tutaj często całym makijażem. Owszem mi także się to średnio podoba, choć są osoby którym tutaj nawet pasuje. Ponieważ włosy, brwi, oczy mają czarne, to czarna kredka na linii wodnej nie razi aż tak bardzo. Czasem dochodzi też eyeliner na górną powiekę. Jak gdzieś wychodzą to w użyciu jest szminka. Siostra mojego męża za cały makijaż ślubny miała właśnie tylko samą szminkę, choć obecnie panny młode się bardziej malują. Podkłady, róż, cienie itp. większość kobiet nie używa, chyba że właśnie na ślub. Te produkty na twarzach dziewczyn można tylko czasem zobaczyć w centrach handlowych. Ewentualnie podkład noszą czasami osoby z trądzikiem i bliznami, czyli tak jak na całym świecie starają się zatuszować problemy skórne. Od jakiegoś czasu jest trend aby wprowadzić do bardziej powszechnego użycia kremy BB. Reklamy zalewają zewsząd. Faktycznie tubki znikają z półek, więc kto wie?

Swoją drogą wybór kosmetyków pielęgnacyjnych jest w Indiach zdecydowanie mniejszy niż w Polsce. Rynek w tym zakresie dopiero się rozwija. O ile w dużych miastach, w dużych centrach handlowych są drogerie z większym wyborem, to już w takim Mangalore, o takie miejsce znacznie ciężej. Jest jedna mała drogeria z prawdziwego zdarzenia. Kosmetyki są też w supermarketach, a oprócz tego mamy uliczne fancy shops, gdzie jest "mydło i powidło" od bransoletek, po właśnie jakieś kosmetyki, parasolki, plecaki, torebki, sztuczną biżuterię, rożki z henną, spinki i gumki do włosów, sztuczne włosy itd. 

DZIWNE FAKTY:
  • W Indiach praktycznie codziennie można się natknąć na dziewczyny, które mają długie paznokcie pomalowane na neonowe kolory u lewej ręki, a ręka prawa ma paznokcie jak ogryzki i bez lakieru.
    Wytłumaczeniem jest fakt, że jada się ręką - prawą ręką. Ręka którą wkładamy do jedzenia nie będzie mieć więc szponów, a tylko króciutkie paznokcie bez lakieru. Dla mnie to jest śmieszne i groteskowe. Ale nie ja to noszę, więc nie moja sprawa.
  • Przyglądając się paznokciom u stóp są one też długaśne, jak szpony. W życiu tak długich nie widziałam. Tutaj i tak nosi się w zasadzie tylko klapki lub sandały, szpony na stopach pomalowane neonowo muszą więc być!
  • Bodajże drugim najczęściej reklamowanym produktem po kremach wybielających jest MYDŁO - takie zwykłe w kostce. Moim zdaniem świadczy to o początkującym rynku kosmetyków oraz o rzeszy mało zamożnych konsumentów, których w zasadzie tylko na mydło stać.
  • Większość ludzi ma okropnie zaniedbane stopy. Skóra popękana tak, że aż oczy bolą gdy się patrzy. Chociaż są kremy do stóp to jednak temat pielęgnacji stóp jest zazwyczaj całkowicie pomijany, a stopy ludzie w Indiach mają przeokropne. Wynika to z ciągłego chodzenia na boso. Po domu na bosaka, na dworze w japonkach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...