31 maja 2014

Południowoindyjskie curry z kurczaka - wersja podstawowa

Kolejny przepis. Tym razem mięsny ze składnikami o wiele łatwiej dostępnymi w Polsce. 
Nie jest to danie oryginalne o jakiejś unikatowej nazwie. Raczej coś co można ugotować w miarę szybko.

SKŁADNIKI:

  • kurczak - w Indiach zazwyczaj gotuje się kurczaka bez skóry, ale mąż skórę bardzo lubi. Ja z chęcią mu ją oddaję ze swoich kawałków. Gotując ze skórą mięso jest trochę bardziej soczyste a sos lepszy. Kawałki powinny być dość małe, z kością. U mnie są duże, gdyż początkowo planowałam gotować co innego. Mięso bez kości będzie gotowe błyskawicznie, więc czas gotowania będzie krótszy.  
  • cebula poszatkowana w kostkę - 1 duża lub 2 mniejsze
  • pomidor pokrojony w kostkę - 1 duży lub 2 mniejsze
  • liście curry (można pominąć)
  • czosnek poszatkowany na małe kawałeczki - 2 łyżeczki lub jak kto lubi
  • mleczko kokosowe - około 250ml
  • olej
  • sól
  • natka świeżej kolendry (można pominąć)
  • Przyprawy: luźne podejście do przypraw w tym przepisie. Ma to być coś indyjskiego. Można użyć gotowej mieszanki, chociażby sprzedawanej w polskich supermarketach "Bombay Masala". U mnie przedstawia się to następująco: 
- kurkuma - 1/4 łyżeczki
- garam masala - 1 łyżeczka
- sproszkowana kolendra - 1 łyżeczka
- sproszkowany kmin rzymski - 1 łyżeczka
- chilli w proszku - 3/4 łyżeczki (Uwaga! W indyjskich przepisach zarówno sól jak i chilli w proszku daje się "do smaku", czyli proporcje każdy dobiera pod siebie)

1.Na rozgrzanym oleju podsmażyć cebulkę, czosnek, liście curry. Trochę posolić, aby cebula smażyła się szybciej. W momencie, gdy jest już miękka dodać wszystkie przyprawy w proszku oprócz garam masali. Zamieszać i chwilę podsmażyć. Uważać żeby nic nie przywarło.

2. Szybko dodać pomidory, podlać trochę wodą jeśli zaczyna przywierać. Smażyć na średnim ogniu i mieszać ugniatając pomidory aby się rozmiękły i stworzyły pastę.


3. Jeżeli posiadamy blender, lepiej w tym momencie zmiksować całość na pastę, ale nie jest to absolutnie niezbędne i bez tego też wyjdzie. Taką pastę można też przygotować wcześniej i potem użyć do dalszego gotowania. Zdażało mi się też trzymać pastę w zamrażarce. Jednak ostatnio przesiąkłam indyjską obsesją na świeżość składników i jakoś przestałam to robić. W Indiach gotowe pasty można też kupić w supermarkecie. Czasem zdaża mi się korzystać.


4. Pastę i kurczaka szybko wrzucamy z powrotem na patelnię i mieszamy (lub też dorzucamy kurczaka do tego co jest na patelni). Teraz trzeba chwilę podsmażyć mieszając. Mięso ma się z wierzchu trochę ugotować, w środku nadal ma być surowe. 

5. Zalać wodą tak aby mniej więcej zakryć mięso do 1/2-3/4 wysokości. Przykryć pokrywką i zostawić na średnim ogniu na 10-12minut. Czas gotowania zależy od rodzaju kawałków mięsa. Po 10 minutach sprawdzić i zdecydować ile jeszcze trzeba. Nie dolewać wody jeśli sos się zredukował.



6. Gdy mięso jest gotowe zalać mleczkiem kokosowym i dorzucić garam masalę (można nie dorzucać). Podkręcić grzanie na max i chwilę zagotować. Wrzucić natkę świeżej kolendry. Dosolić! Wyłączyć i odstawić do przestygnięcia. Konsystencja sosu powinna być średnio-gęsta lub wodnista. Na południu Indii dominują wodniste curry gdyż jadane są zazwyczaj z ryżem. Smakuje jeszcze lepiej następnego dnia.


Najlepiej podawać z: białym ryżem, appam, neer dosą, idiyappam.

Ja użyłam gotowca:





SMACZNEGO!

30 maja 2014

Imbirowe Chutney

Pierwszy post z przepisem. Będę zamieszczać raczej przepisy lokalne, popularne w regionie z którego pochodzi mój mąż oraz takie, które poznałam za pośrednictwem jego rodziny. Zdaję sobie sprawę, że niektóre składniki mogą być ciężko dostępne w Polsce. Sporo przypraw można jednak kupić w sklepach z orientalną żywnością, a inne można pominąć lub czymś zastąpić. 


IMBIROWE CHUTNEY

Zdecydowanie najpopularniejsze chutney w regionie Tulu Nadu. Wprawdzie w lokalnych jadłodajniach króluje chutney kokosowe, lecz w domach zdecydowanie zwycięża chutney z imbirem.


SKŁADNIKI:


  • 3/4 szklanki świeżego startego kokosa. Można też użyć wiórków kokosowych, lecz nie mogą być słodkie. Należy je namoczyć do miękkości w wodzie.
  • 1 świeża zielona papryczka chilli (u mnie dwie bo lubię na ostro)
  • 3 czubate duże łyżki świeżej natki kolendry
  • 1 czubata łyżka świeżego korzenia imbiru poszatkowanego na małe kawałki (można dać trochę mniej lub więcej, jak kto lubi)
  • 1/4 łyżeczki namoczonego owocu tamaryndowca lub pasta z tamaryndowca (porcja wielkości ziarna grochu)
  • szczypta soli
  • łyżeczka oleju
  • 1 łyżeczka czarnych nasion gorczycy
  • 10-15 świeżych liści curry (albo w ostateczności suszonych)
  • 1/4 łyżeczki asafetydy (hing)
Będzie też potrzebny mikser, blender lub moździerz. Wykonanie samo w sobie jest banalne i więcej czasu zajmuje przygotowanie samych składników.

1. Do miksera należy włożyć: kokos, papryczkę chilli, natkę świeżej kolendry, imbir, tamarynd, sól oraz wodę. Wody ma być tyle aby po wymiksowaniu konsystencja była półpłynna w stronę gęstej konsystencji. Można sprawdzać i dolać więcej jeśli uznamy, że jest za mało. Jeżeli nie posiadamy blendera można utrzeć składniki w moździerzu.


2. Po wymiksowaniu składników uzyskujemy gotowe chutney i w zasadzie można na tym etapie poprzestać:

3. Tradycyjnie jednak należy jeszcze podsmażyć pozostałe składniki w oleju. Nasiona gorczycy po wrzuceniu na olej mają zacząć strzelać niczym popcorn, lepiej więc przygotować sobie pokrywkę. Także świeże liście curry strzelają wrzucone na gorący olej, gdy wydobywa się z nich aromat. Podsmażyć należy też aseftydę (hing). Należy robić to szybko i całość nie powinna trwać dłużej niż 30sekund-1min.


4. Gotowe chutney można przechowywać w lodówce do następnego dnia. Najczęściej jada się z różnymi dosami lub z idli.


Według mnie pysznie i zdrowo. Smacznego :)

Obsesja jedzenia

Bardzo ciężko jest sprecyzować kuchnię indyjską. Jedzenie, jakie serwuje większość lokali z kuchnią indyjską w Europie to przede wszystkim kuchnia z północnoindyjskiego Pendżabu. Jedzenie z tego regionu to typowe szlagiery jak np. butter chicken, dania z serem paneer, chlebki roti czy naan. Jednakże każdy, kto choć trochę zna Indie wie, że dania są przeróżne i zależą przede wszytskim od regionu i wyznawanej religii. Na pewno jednak można powiedzieć, że jest to kuchnia pikantna i wypełniona aromatami przypraw.


Thali
Talerz z zestawem pełnego dania: chlebek, ryż, pikle, dania w sosie i na sucho, maślanka i deser


Indusi mają obsesję na punkcie jedzenia. Cały dzień kręci się wokół tego co i kiedy będziemy jeść. Idąc w gości, czy spotykając kogoś na mieście od razu pada pytanie "Czy już jadłeś?" np. lunch albo śniadanie, zaraz potem pytają "Co jadłeś?" a jeśli nie jadłeś to "Co będziesz jeść lub gotować?". Z tymże lepiej, żeby to było coś indyjskiego, bo jak powiesz, że jadłeś gotowane ziemniaki to pokiwają głową w kontemplacji nad dziwactwem z Polski. Trochę żartuję, bo nie jest tak źle, a zwłaszcza rodzina mojego męża jest bardzo otwarta na różne potrzeby jedzeniowe innych osób i nie wciskają swoich poglądów na siłę. Muszę przyznać, że obsesja jedzenia jest jedną z tych rzeczy, która bardzo mi tutaj odpowiada. Z całą pewnością nie ma szans aby chodzić głodnym. Zaraz ktoś Cię weźmie w obroty i nakarmi. W zasadzie nic nie może być na tyle ważne, żeby będąc głodnym nie przerwać swoich zajęć i się nie najeść. W szkołach jest porządna przerwa na lunch, nie to co w Polsce, gdzie spóźnianie się na lekcję po 20-minutowej długiej przerwie podczas której dzieciaki jak najszybciej starają się pochłonąć jedzenie na stołówce, lub jedzenie kanapek ukradkiem po kątach na korytarzu to norma. Ponieważ miasto nie jest typowym ogromnym molochem sporo ludzi wraca na lunch na 1 godzinę do domu.

Szczęście z jedzenia :D



W Mangalore lokalni mieszkańcy mają specyficzne podejście do jadania w domu i na mieście. W domu każdy preferuje dania tradycyjne, odpowiednie do przynależności do danej grupy, te dania pojawiają się także podczas obchodów świąt religijnych czy ceremonii typu ślub. Na mieście jednak zdecydowanie wolą jadać dania które, jak twierdzą nie są w stanie przygotować w domu, albo chcą po prostu zjeść coś innego. Nikt tutaj nie ma w domu pieca tandoor, wobec tego idąc do restauracji wybierają właśnie północno-indyjskie specjały z tego pieca. Co więcej, jeżeli w menu pojawi się jakieś lokalne domowe danie, wywołuje to raczej śmiech i pojawiają się ironiczne komentarze.

Kuchnia Mangalore jest jedną z bogatszych i bardzo unikatowych kuchni w Indiach. Tak duża różnorodność dań i wpływów jest ciężka do opisania w jednym poście. Przede wszystkim jest to kuchnia południowoindyjska, która pozostaje pod ogromnym wpływem kuchni z miasteczka Udupi (kuchni wegetariańskiej podyktowanej ścisłymi religijnymi nakazami i zakazami w spożywaniu określonych produktów). Dodatkowo gotowanie domowe zależy w ogromnym stopniu od przynależności do danej religii i kasty. Muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, z kolei katolicy jedzą zarówno wieprzowinę, jak i wołowinę, za to hindusi nie jadają wołowiny a ponadto mnóstwo ludzi to wegetarianie. Część wegetarian jada też jajka (mówią o sobie żartobliwie "eggetarian"), większość jednak jajek nie jada. Z kolei modny na Zachodzie weganizm, nie jest tutaj znany i nawet teoretycznie wykształcone osoby nie wiedzą o co w tym chodzi, a jednak wiele dań to właśnie dania wegańskie.

Niestety zarówno o katolickim, jak i muzułmańskim lokalnym gotowaniu wiem bardzo niewiele. W przypadku jadania na mieście muzułmanie najliczniej odwiedzają miejsca z kuchnią arabską, albo lokale z biryani i mięsem tandoori. Takie miejsca są też przez muzułmanów prowadzone. Byłam też kilka razy w knajpkach prowadzonych przez katolików i faktycznie w menu były zarówno wieprzowina, jak i wołowina. Niestety miałam pecha, bo były strasznie niesmaczne, a kawałki "mięsa" to był sam gumowaty tłuszcz. Tylko raz jadłam przepyszną wieprzowinę, jednak przyrządzona była mało indyjsko, gdyż lokal oferował bardziej styl fushion, czyli pewną wariację na temat kuchni indyjskiej z innymi wpływami, głównie kuchni kontynentalnej.


Kuchnia w Mangalore jest oparta na tym, co rośnie dookoła, czyli na ryżu i kokosach. Ja sama najbardziej znam kuchnię z rodziny mojego męża. Jest to kuchnia typowo wegetariańska, co podyktowane jest względami religijnymi. Jednakże rodzina jest jedzeniowo bardzo liberalna i mało ortodoksyjna. Sporo osób jada jajka czy owoce morza, a nawet mięso kurczaka. Jednakże nawet "mięsożercy" jadają mięso dość sporadycznie i często jest to ograniczone tylko do jadania w restauracjach. Wiem, że są osoby mające poczucie, że splamią czystość domu wprowadzając do niego nieczyste mięso. Dodatkowo dominują rodziny wielopokoleniowe, w których starsi dziadkowie są ścisłymi wegetarianinami. W zasadzie 99% osób, które jadało mięso na starość z niego całkowicie rezygnuje.  

Kilka zdjęć jedzenia:
 Dania podczas różnych uroczystości podawane są na liściu bananowca.

Khotto, moodo, imbirowe chutney, czyli różne specjały z kuchni mojego męża.

Masala dosa, sambar i kokosowe chutney. Bardzo populane danie kuchni południowoindyjskiej.

Puri bhaji

Vada sambar



29 maja 2014

Ślub cywilny w Indiach


Dwa miesiące temu obchodziliśmy z mężem pierwszą rocznicę ślubu :) Wracając myślami do wydarzeń sprzed roku przypominam sobie nasz stres (a właściwie mój, mąż był aż za bardzo wyluzowany). Niepewność i obawy czy wszystko dobrze przygotowałam. Biorąc ślub w innym kraju trzeba bowiem zacząć przygotowania papierologiczne już przed wyjazdem. 


Przyszły mąż był w Indiach i tam właśnie postanowiliśmy zalegalizować nasz związek. Narzeczony w pierwszej kolejności udał się do lokalnego Marriage Registrar, w którym miał być zawarty związek. Dowiedział się tam co jest potrzebne oraz dostał papierowy wniosek do wypełnienia. Poszukiwanie informacji np. w internecie może być w pewnym stopniu pomocne i też to polecam, ponieważ urzędnicy indyjscy bywają niekompetentni. Jednak ostateczna lista wymaganych dokumentów zależy tylko od lokalnego urzędu, a nawet od widzimisie konkretnego urzędnika. Trzeba sobie także zdać sprawę, że procedury różnią się w zależności od stanu. Nasz ślub zawarty został w Karnatace w miejscowości Mangalore. Wiem także, że wiele osób korzysta z pomocy prawnika. Myślę, że jest to dobra opcja jeśli chce się wziąć ślub w przyspieszonym tempie, zwłaszcza jeśli ślub musi być zawarty w przeciągu kilku tygodni urlopu. Zapewne prawnik płaci urzędnikom odpowiednią kwotę w celu ominięcia procedur. My jednakże nie skorzystaliśmy z tej opcji i wszystko odbyło się wedle procedur. 

3 podstawowe wymagania do zawarcia związku małżeńskiego w Indiach:

- Trzeba być pełnoletnim. Potwierdzenie daty urodzenia i wieku jest na naszym akcie urodzenia i w paszporcie.


- Nie można pozostawać w innym związku małżeńskim. "No Objection Letter", czyli "Brak przeciwwskazań do zawarcia związku małżeńskiego" był koniecznie wymagany.

- Trzeba posiadać adres stałego zameldowania. W Indyjskim paszporcie adres jest wpisany, w przypadku obywateli Polski potwierdzenie adresu znajduje się w dowodzie osobistym. 

Co potrzebowałam ja?

- dokument pt. "Brak przeciwwskazań do zawarcia związku małżeńskiego". Do pobrania ze swojego USC. Ważny jest 3 miesiące, więc pobrać najlepiej tuż przed wyjazdem. Aplikując podaje się dane przyszłego męża i kraj w którym odbędzie się ślub + tłumaczenie przysięgłe na język angielski


- akt urodzenia w wersji pełnej (kopia potwierdzona u notariusza) + tłumaczenie przysięgłe na język angielski 

- kopia paszportu potwierdzona u notariusza (strona z imieniem oraz strona z wizą) 

- kopia dowodu osobistego potwierdzona u notariusza 

- dużo zdjęć (około 10 sztuk lub więcej). Zdjęcia obydwojga kandydatów muszą być w tym samym rozmiarze.


Co potrzebował narzeczony?

- kopię paszportu potwierdzoną notarialnie

Kopie dokumentów były wymagane w kilku egzemplarzach a notariusz był indyjski, gdyż wyszło wielokrotnie taniej. O ile pamiętam cena za kopię to 50Rs. 

Obcokrajowiec zawierający związek małżeński w Indiach z obywatelem Indii podlega tylko i wyłącznie "Special Marriage Act, 1954". Żadne inne akty małżeństwa nie będą ważne (np. Hindu Marriage Act, 1955 czy też Christian Marriage Act, 1872). Nawet jeżeli odbyła się ceremonia zaślubin w obrządku hindusitycznym, to rejestrując małżeństwo w indyjskim Marriage Registrar należy dopilnować, aby akt małżeństwa był wystawiony jako Special Marriage Act. O konieczności zarejestrowania w urzędzie ślubu religijnego myślę, że nie trzeba nawet wspominać. Wprawdzie miejscowi często nie rejestrują swoich ślubów, lecz jest to temat na odrębną notkę, a my jako obcokrajowcy tak czy inaczej musimy dokonać urzędowej rejestracji ślubu. 

Aby złożyć podanie z kompletem dokumentów przynjmniej jedna ze stron musi przebywać pod danym adresem przez 1 miesiąc. Nie mam pojęcia jak to mogą sprawdzić. Jeżeli narzeczony ma wszystkie dokumenty na dany adres i aplikuje w tym samym mieście to nikt nie będzie raczej pytał o nic. Nas nie pytali. 

Dzień przed złożeniem wzniosku spędziliśmy trochę czasu biegając pomiędzy punktem ksero, noratiuszem, fotografem i urzędem. Już podczas aplikowania musieliśmy przyprowadzić 3 świadków. Był to pewien problem. Znajomi byli zajęci, potem jeden się spóźniał, inny już chciał iść. Przed nami kolejka. Jak już wszyscy się razem zebraliśmy to jeszcze kilkadziesiąt podpisów i kilka razy musieli wpisywać swoje szczegółowe dane. My także złożyliśmy dziesiątki podpisów. Pomimo, że wszystko odbywało się w jednej zatłoczonej sali, to do każdego biurka musieliśmy czekać w kolejce i sami biegać po podpisy. Dane zostały od razu wprowadzone do systemu komputerowego. Stałam nad panią i dyktowałam literka po literce i sprawdziłam wszystko kilka razy zanim zatwierdziła, ponieważ późniejsze ewentualne literówki w imionach byłyby zapewne przeszkodą przy umiejscowianiu aktu małżeństwa w Polsce. 

Po złożeniu wniosku trzeba odczekać aż 31 dni. Niestety dzień składania wniosku się nie liczy, o czym oczywiści nikt nie raczył powiedzieć. A zatem zaczynamy odliczanie od dnia następnego. Ja na to mówiłam "zapowiedzi", ponieważ ogłoszenie z naszymi danymi, zdjęciami, a nawet takimi informacjami jak wykonywany zawód! wisiało na głównej ścianie urzędu rejestrującego małżeństwa. My sami z ciekawości pooglądaliśmy sobie dane innych kandydatów, które wisiały na całym korytarzu ku wiadomości publicznej. Podobno jest to czas w którym ktoś może ewentualnie zgłosić swój sprzeciw. W naszym wypadku nikt tego sprzeciwu jednak nie zgłaszał, choć były pewne obawy ze strony teściowej :D 

Ślub cywilny w Indiach wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Nie ma podniosłej atmosfery ani ładnej sali. Budynek rządowy jest zazwyczaj zaniedbany i pełen interesantów. W tej samej sali w której składa się podpis przebywa mnóstwo innych osób, zajętych swoimi sprawami. 



Wejście do Marriage Registrar














Śpieszyło nam się i już nie mogliśmy się doczekać, a mąż wieczny optymista postanowił, że idziemy pierwszego możliwego dnia. Z kolei ja pesymistka postanowiłam, że 3 dni  przed idziemy się upewnić, czy wszystko ok. Urzędnicy szczęśliwi na nasz widok. Od początku wszyscy w urzędzie bardzo się cieszyli że jakaś blondynka bierze u nich ślub z lokalnym chłopakiem. "Tak oczywiście, przychodźcie, wszytsko ok". Taaak... Jasne...

Trzy dni minęły. Świadkowie zwołani. Znów trzeba przyjść z tymi samymi świadkami. A w urzędzie niestety wielki zawód! Najbliższa możliwa data to dzień następny. Okazało się, że dane wprowadzone do systemu w komputerze wyznaczały też datę! A dzień składania wniosku się nie liczył. Ale oczywiście nikt o tym nie wspomniał bo po co? To nic, że trzy dni wcześniej wszystko było ok i no problem. Ehhh...

Muszę przyznać, że popsuło mi to humor i następnego dnia już szłam z innym nastawieniem. Świadkowie i my złożyliśmy niekończące się podpisy. Akt małżeństwa przeszedł przez system komputerowy i na wydruk czekaliśmy pół godziny. Świadków w międzyczasie pożegnaliśmy. Znów nasze podpisy i podejście do kolejnego biurka, po podpis pani kierownik urzędu. Na koniec obydwoje otrzymaliśmy po jednej kopii aktu małżeństwa, potwierdziliśmy to kolejnym podpisem w zeszycie i tyle. Żadnej przysięgi, ani nic w tym rodzaju. Jakaś pisemna przysięga była bodajże na jednym z dokumentów do podpisu lecz niestety nie pamiętam :D I tak oto zostaliśmy mężem i żoną. :)



Budynki dookoła Marriage Registrar

28 maja 2014

Gdzie w Indiach? I dlaczego Indie?

Mangalore, Kudla, Mangaluru, Kodial, Maikala, Mangalapuram

Średniej wielkości miasto w południowo-indyjskim stanie Karnataka na pograniczu z Keralą. Miasto o przynajmniej sześciu znanych mi imionach jest typowym przykładem indyjskiego wymieszania kultur, języków i religii. Ja znalazłam się w nim "za pomocą" mojego męża. Póki co mieszkamy tutaj, ale co przyniesie przyszłość to czas pokaże. 

Obszar od Mangalore po Udupi stanowi odrębny kulturowo i językowo region nazywany Tulu Nadu. Region umowny, gdyż nie ma odzwierciedlenia w podziale administracyjnym. 

Głównym językiem który usłyszymy "na mieście" jest tulu. Znana aktorka Aishwarya Rai urodziła się w Mangalore w tulu-języcznej rodzinie. Oczywiście język kannada także jest w użyciu. Są one językami rdzennych i stanowiących większość wyznawców hinduizmu. Poza tym mamy do czynienia z językiem konkani w dwóch wersjach: katolickie konkani i hinduskie konkani. Katolików jest w Mangalore naprawdę wiele, a kościoły widoczne są na każdym kroku, dlatego właśnie to miasto odwiedził z pielgrzymką w 1986 roku papież Jan Paweł II. Aktorka Freida Pinto pochodzi z rodziny katolików z Mangalore, lecz sama urodziła się już w Mumbaju. W Mangalore jest też język muzułmanów beary. Niestety pomimo ogromnej ilości muzułmanów o ich społeczności wiem najmniej. Sporo rodzin pochodzi z Kerali i mówi w ojczystym malayalam.  Wiele ludzi zna też angielski. W mieście mieszka też mała grupa protestantów oraz jest jeden znany mi zbór Świadków Jehowy. 


Miasto uporało się z wieloma problemami dręczącymi inne regiony Indii. Stosunek populacji żeńskiej do męskiej wynosi mniej więcej 50-50. Wskaźnik alfabetyzacji prawie 95%. Odwiedzając i pomieszkując w Mangalore od 2009 roku muszę jednak powiedzieć, że ostatnio zaczęli się częściej pojawiać żebracy uliczni i samochodowi (pukający w szybę gdy stoi się na światłach). W 2009 roku nie było tego w ogóle! Koło dworca mnóstwo ludzi śpi teraz na parkingu. Nie jest to ludność lokalna, ale napływowa mówiąca w hindi, języku który w ogóle nie jest tutaj w użyciu na codzień. Tania siła robocza z północnych Indii i żebracy podobno świadczą o rozwoju miasta... Hmm...


Dla turystów nie jest to jakieś bardzo atrakcyjne miejsce. Najwięcej podróżników traktuje to jako miejsce przesiadkowe w dalszej podróży do Kerali lub być może na wschód do Bangalore. Turyści zatrzymują się tutaj na chwilę i jadą dalej. Muszę przyznać, że najwięcej "białych twarzy" to jednak panowie wyglądający w większości na lat 50+. Domyślam się, że to marynarze lub inni pracownicy statków, ponieważ mamy tutaj ogromny port załadunkowy z którego wychodzi m.in. 75% kawy na eksport i niemal cały indyjski eksport orzechów nerkowca.

Kilka zdjęć miasta:







Początek

Witam wszystkich, którzy trafią na ten blog :)


Bardzo długo zastanawiałam się, czy pisać blog czy nie. Od 2009 roku regularnie odwiedzam Indie i być może mogłabym napisać o kilku interesujących rzeczach, które miałam okazję podpatrzeć, doświadczyć. Niestety brak pewności siebie i obawa przed krytyką internetową, zawsze mnie powstrzymywała. Myślałam, że i tak nic ciekawego nie napiszę, a strach przed wyszydzaniem mnie i mojego życia skutecznie mnie hamował. Przełamałam się jednak i stwierdziłam, że chyba jestem gotowa. Nie wiem jeszcze w jakim kierunku rozwinie się blog i na ile starczy zapału. Myślę, że mogę podzielić się wiadomościami o różnych lokalnych ciekawostkach oraz podpowiedzieć co ciekawego można tutaj zobaczyć.
Dostawałam swego czasu pytania odnośnie zwiedzania mojej okolicy, a jako że sama także wyszukuję podobne wiadomości na blogach, myślę że może się to okazać pomocne przy planowaniu wycieczki. Każdy kto choć trochę zna Indie wie, że każdy region charakteryzuje się unikalną kulturą, zwyczajami i kuchnią. O kulturze regionu w którym obecnie przebywam w Polskim internecie nie znalazłam zbyt wiele wiadomości. Jeżeli więc kogoś zainteresuje moje zwykłe/niezwykłe życie w południowych Indiach to zapraszam :) 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...