1 grudnia 2014

Payyanur - O tym jak pojechaliśmy na pogrzeb, a trafiliśmy na rajską plażę

Pewnego razu musieliśmy pojechać na pogrzeb. Zmarł ojciec tego przyszywanego kuzyna, który przyjechał z mężem na lotnisko w Mumbaju, gdy wylądowałam w Indiach pierwszy raz. Tak naprawdę to jest on kuzynem ciotki, która wżeniła się w rodzinę. Czyli to kuzyn cioci, która jest żoną wujka, który jest rodzonym bratem matki mojego męża, czyli mojej teściowej - to chyba łatwe do zrozumienia :D a przynajmniej mam taką nadzieję. W Indiach takie różne zawiłe opisywanie relacji rodzinnych to standard. Czasami jak mąż mi mówi kto jest kim to aż robię wielkie oczy. Ale że co? Że kim on jest? Dla kogo? W której linii?? Jedna osoba będzie bratankiem tego i tamtego patrząc z tej strony, ale jednocześnie wujkiem dla tego i tamtego patrząc z drugiej strony. Moja reakcja to zazwyczaj: nieważne! I tak nie rozumiem, nie zapamiętam i nie interesuje mnie to! Ponieważ mąż i ten "kuzyn" są niemal w tym samym wieku to mówią na siebie kuzyni. 

Po mojej wizycie kuzyn stał się bardzo, ale to bardzo zazdrosny! Skrycie zazdrosny, jawnie nigdy tego nie okazał, ale minę miał coraz to bardziej i bardziej zasępiałą. Mocno jednak go ubodło, że mąż zdobył taką piękną kobietę jak ja, a on był nadal sam, bez szans na ożenek, bo rodzice nadal mu żony nie szukali, mimo iż dawno osiągnął odpowiedni wiek. Jego starszy brat także nadal był bez żony, więc "kuzyn" nawet nie był pierwszy w kolejce. Domyślam się tylko jak musiał być sfrustrowany. Startowali z moim mężem na tym samym poziomie, ale w tamtej chwili być może poczuł, że jego sytuacja jest beznadziejna. Był tak zazdrosny, że kilka razy nas okłamał, byle by się nie spotkać twarzą w twarz, i na lotnisko nie chciał już odwieźć, gdy wracałam z pierwszej wyprawy. W międzyczasie jednak zdobył żonę! Niemrawi rodzice znaleźli w końcu partnerki dla obydwu braci. Niestety! Nowa żonka "kuzyna" okazała się być niezłą jędzą. Odseparowała go od całej rodziny. Przestał się nawet kontaktować z wujkiem i ciotką, z którymi mieszkał kilka lat w Mumbaju. Żonka to wredne babsko jakich mało. Miałam nieprzyjemność ją spotkać na pogrzebie i mam nadzieję, że to był pierwszy i ostatni raz. 

Od 2009 roku już go nie widziałam. Mąż był tylko sam na jego ślubie. Jednakże, gdy zmarł jego ojciec to trzeba było pojechać. Pogrzeb odbywał się w miasteczku Payyanur w północnej Kerali, 110km na południe od Mangalore. 

POGRZEB
Tak właściwie to wcale nie był pogrzeb! A przynajmniej nie w naszym rozumieniu. W rodzinie męża zwłoki muszą być koniecznie spalone jeszcze tego samego dnia przed zachodem słońca. Tylko osoby, które są na miejscu będą więc w tym uczestniczyć. Główne pożegnanie następuje jednak dopiero trzynastego dnia po śmierci. To wtedy wysłane są imienne zaproszenia i wtedy zjeżdża się cała rodzina. Obchody 13-tego dnia koncentrują się na modlitwach i rytuałach, w których od świtu uczestniczy najbliższa rodzina zmarłego. Goście, tacy jak my, zjawiają się dopiero pod sam koniec, aby oddać cześć, złożyć kondolencje i zjeść wspólny lunch. 

Tego dnia pojechaliśmy pociągiem, który startował skoro świt i w przeciągu dwóch godzin byliśmy już na miejscu. Niestety było to dość niefortunne! Po wczesnym przybyciu nie wiadomo było co ze sobą począć. Rodzina w żałobie, a ja nawet zmarłego nie znałam. Indyjska gościnność nie pozwala jednak gościom poczuć się jak ktoś niechciany. I mimo, że zostaliśmy ugoszczeni i starano się nas zabawiać rozmową, to od razu poczułam, że jesteśmy chyba za wcześnie. Poza tym goszczenie i zabawianie w domu zmarłego nie było dla mnie ani miłe i przyjemne, ani komfortowe. Dom był strasznie stary i zaniedbany, w pokoju obok kapłani coś recytowali, brzydziłam się iść do łazienki, śniadanie było dla mnie niedobre, kawa bardziej przypominała syrop z cukru, a do tego zostałam zaproszona do pokoju kobiet, z których znałam tylko kilka. Poza tym kobiety i tak rozmawiały sobie po swojemu, mimo że kilka młodszych zna angielski. Miałam nieprzyjemność poznać żonę "kuzyna". Co robić? Siedzieć z nimi? Wyjść? I im ze mną źle i mnie z nimi. Całe szczęście mąż po mnie przyszedł i powiedział, że idziemy stąd i wrócimy dopiero na obchody w świątyni. 

Zamiast więc uczestniczyć w żałobie poszliśmy sobie stamtąd. Tylko co robić w takiej nieciekawej mieścinie? Ale zaraz! Przecież Payyanur jest nad morzem. Tak więc trafiliśmy na plażę. Albo nie, wróć! Trafiliśmy do raju! Okazało się bowiem, że plaża w Payyanur jest prze-pięk-na! Czy to już raj? Czy to jeszcze Ziemia? 


Jadąc na pogrzeb zdecydowałam się na tradycyjny ubiór - salwar kameez w stonowanych kolorach. Tak samo jak wiele osób, także i ja czerpałam swoją wiedzę o Indiach częściowo z filmów bollywood, gdzie pogrzeb i żałoba wiążą się zawsze i nieodłącznie z prostym ubiorem w bieli. Okazało się jednak, że biel - jest kolorem śmierci raczej w obrębie kultury północnych Indii. W rodzinie męża zwyczaj białego ubioru nie występuje. Kobiety ubrane są na pogrzeb w kolorowe sari albo w salwar kameez, a mężczyźni w formalne spodnie i kolorowe koszule. Nie do końca podoba mi się ten zwyczaj. To tak jakby ubrać się w jak każdy inny dzień, a przecież dzień pogrzebu to nie powinien być dniem jak co dzień. 

Siedzenie na plaży w pełnym ubiorze to nie jest jednak to, o czym biała osoba marzy najbardziej. Niestety tego dnia wyboru nie było. A może jednak stety. Północna Kerala jest obszarem bardzo tradycyjnym i konserwatywnym, a na dodatek miejscowo niemal całkowicie zdominowanym przez muzułmanów i to niestety takich, którzy wzorce religijności czerpią wprost z Arabii Saudyjskiej, do której emigrują za pracą. Ta grupa religijna żąda wręcz wydzielenia z północnej Kerali nowego państwa islamskiego! Mieli czelność zorganizować miesiąc temu z tego powodu protesty i konferencję w Mangalore! Powiem tylko, że ten dzień był w mieście po prostu przerażający! Zero kobiet, ani jednej! Wszyscy ubrani jakby wyjęci gdzieś z pustyni Afganistanu. Syf jaki zostawili po sobie na ulicy był nie do opisania. Jestem zdegustowana tym, że władze miasta wyraziły zgodę na ten zlot. Wracając jednak do tematu...

Plaża choć rajska, nigdy nie przyciągnie żadnej turystyki. Zaraz obok jest duża baza wojskowa. Zostaliśmy z plaży zawróceni. Szliśmy tylko brzegiem morza, gdy strażnik wygonił nas z powrotem gwiżdżąc zawzięcie w głośny gwizdek.





O! Krab :D


Kolorowe wstążki na drzewie. Nie wiem co oznaczają.

Hindustan Ambassador - samochód "ikona" Indii.






















Droga do rajskiej plaży też była piękna. Wszędzie palmy. Trzeba jednak było wrócić na ten pogrzeb, tym razem do świątyni. Rytuały już dobiegały końca. Sporo nowych, nieznanych mi osób. Każdy się na mnie gapił. Rzadko kiedy piękna biała dziewczyna trafia do takiej dziury jak Payyanur. Przynajmniej przedstawiać się nie musiałam, każdy od razu wiedział, że to ja jestem tą białą żoną. Lunch, jak to u nas w rodzinie, podany został na liściach bananowca. Wszystkie oczy wlepione na mnie, jak będę jeść ryż ręką i czy w ogóle będę jeść! Całe szczęście jestem prawie wszystkożerna, bo niemal nic tak nie pozwala przypodobać się indyjskiej rodzince, niż jedzenie ich jedzenia bez marudzenia, a do tego jedzenie ręką. A jeśli jeszcze odpowiem twierdząco na pytanie "czy smakowało?", to już są w siódmym niebie i staję się niemal "swoja".

"Kuzyn" choć był już wolny po rytuałach nadal jednak gdzieś uciekał. Jakimś trafem wciąż był gdzieś z dala. Jego żonka była na horyzoncie, ale strzelała różne ostentacyjne miny pod adresem ludzi, więc nawet się nie zbliżałam. Trzeba było wracać na pociąg, gdy w końcu "kuzyn" przyszedł sam się pożegnać. Złożyliśmy kondolencje, ale rozmowa się nie kleiła. Tą znajomość uważam więc raczej za zakończoną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...