29 grudnia 2014

House warming - Puja

W pierwszym poście dotyczącym imprezy na otwarcie domu pisałam o tym, że cała otoczka i goście to tylko dodatek. Najważniejsza jest bowiem puja - czyli specjalna modlitwa występująca w hinduizmie. Puja z okazji house warming ma za zadanie wprowadzić do nowego domu boga, gdyż przecież żaden dom czy mieszkanie nie może funkcjonować bez opieki bóstw, oraz rozpalić nowe ognisko domowe - jak się potem dowiedziałam, te dwie rzeczy odbywają się całkowicie dosłownie!

Pomyślna data została ustalona na kilka tygodni w przód. Modlitwy nie można przecież zrobić w obojętnie jaki dzień! Pomyślność ustalana jest przez gwiazdy, więc wyznacza ją astrolog. Tymczasem, być może według gwiazd data była idealna, ale w życiu ziemskim okazała się beznadziejna! Rodzina jednak za żadne skarby nie chciała dostosować swoich planów do ziemskich przesłanek, gwiazdy przecież wiedzą lepiej!

Mieszkanie było używane, całe do remontu, a remont w toku i końca nie widać. Nic jeszcze nie wykończone, w każdym pomieszczeniu czegoś brakuje. To jednak nie ważne. Najgorsze, że nie ma kapłana! Wszyscy znajomi kapłani już na ten dzień zarezerwowani. Kapłana z innej community - czyli kasty, rodzina absolutnie nie chce! Co robić? Teściowa się wydziera na wszystkich już od kilku dni. Szuka kapłanów w innych miastach. Wszyscy są w stresie, a "pomyślna data" już za kilka dni. Wściekłość, rozpacz, wrzaski teściowej - to na pewno będzie pomyślny dzień, jak nic! 

Nadszedł w końcu ten dzień. Impreza oczywiście wcale nie gotowa. Bóstwo musiało być jednak tego dnia koniecznie wprowadzone do domostwa. Nie jestem pewna, czy dobrze tutaj ich zrozumiałam, ale wyszło na to, że skoro rodzina pochodzi z kasty braminów, czyli ex-kapłanów, to rolę przewodnika modlitw spełnił senior rodu, czyli dziadek. Przeprowadzony został prosty rytuał, zaproszono dosłownie kilkoro sąsiadów. Najważniejsze jednak, było że bóg Ganesha zajął o wyznaczonej godzinie swoje miejsce. Rozbito kilka kokosów na szczęście, walono z całej siły w blaszany bębenek by zrobić dużo hałasu, a rodzina złożyła bóstwu pokłon na podłodze. Obowiązek został dopełniony, aczkolwiek pozostało pewne uczucie niedosytu i żalu. 


Co się odwlecze, to się jednak nie uciecze. Kolejna bardzo pomyślna data została wyznaczona niebawem. Tym razem nie było mowy o fuszerce! Choć syn planował skromną uroczystość dla najwyżej 40 osób, wściekła teściowa, zażenowana poprzednim niepowodzeniem, wymogła by impreza była z rozmachem. Postaw się, a zastaw się, a synu płać!

SATYANARAYAN PUJA
Obowiązkiem każdego domownika przed rytuałem była kąpiel. Nie można się modlić brudnym. Kolejka do łazienki ustawiła się więc już skoro świt. Z resztą kapłan miał przyjść około 8.00 rano, a catering ze śniadaniem pojawił się około 7.30. 

Jako, że lubię wstawki o jedzeniu, to jest i jedzenie! W miseczce mamy sambar - najpopularniejsza zupa na południu Indii, która służy raczej jako dip do innych rzeczy. Białe placki idli - gotowanie na parze, tym razem zawinięte w zielone liście, stąd tutaj nieregularny kształt. Brązowa kulka to ambade. Żółty pudding to ananasowa sheera, a do tego chutney kokosowe, ale z dodatkiem czegoś zielonego. 


Kapłan przybył z reklamówką wypchaną po brzegi różnymi artefaktami. Przedmioty mają różne znaczenie symboliczne, a jednak hindusi zapytani jakie, nie mają zielonego pojęcia. Wśród najistotniejszych są liście bananowca, dużo suchego ryżu i kokosy. Poza tym sporo wieńców z kwiatów, haldi i kumkum - żółty i czerwony proszek służący do wymiany błogosławieństw i najważniejszy tego dnia, kociołek z drewnem, a do tego jakieś specjalne gałązki, które miały szczególne znaczenie. 


Kapłan rozpakował artefakty w białych szatach roboczych, by za moment przebrać się w szaty czerwone. Rozpoczęły się rytuały, w których przez kilka godzin brali udział syn i synowa. Razem z kapłanem zasieli na niziutkich stołeczkach, by przez kolejne długie minuty powtarzać za nim przeróżne gesty. Kapłan co i rusz przekładał jakieś źdźbła roślin z jednego miejsca na drugie, kładł kwiaty to tu to tam, kazał rzucać ryż i wykonywać tysiące innych gestów, których znaczenie nie było znane nawet zgromadzonej indyjskiej rodzinie. Cała ceremonia poprowadzona została w sanskrycie - starożytnym języku indyjskim, który obecnie jest bardziej językiem "liturgii" i tekstów religijnych.


Po ponad godzinie rytuałów zapalono w końcu ognisko. Nawet mi się spodobało, ale jednak kapłan wciąż i wciąż dokładał coraz to więcej drewna. Po kilku minutach buchnął ogromny ogień, cały pokój się zadymił, a ze spokojnych modłów zrobiła się impreza pod tytułem "zaraz się wszyscy zaczadzimy!". Dym rozprzestrzenił się wszędzie, w każdym pokoju i na klatkę schodową. Wszedł do oczu powodując straszliwe pieczenie i potoki łez, wszedł do płuc sprawiając dotkliwy ból, atak okropnego kaszlu i brak tchu. Wszyscy zaczęli kaszleć i się dusić. Ból fizyczny był nie do opisania. Już rozumiem na czym polega śmierć przez zaczadzenie w płonących budynkach. Wyszłam po prostu na ulicę. Nie mogłam tego znieść. Stałam przed blokiem i tylko witałam kolejnych gości jak odźwierny. Indyjska rodzinka dalej twardo stała w czadzie. Niepojęte. Kilka osób z lekceważeniem zaśmiało się na moje uwagi o niebezpieczeństwie dla zdrowia i niebezpieczeństwie pożaru. A jednak wieczorem szwagier zaczął się skarżyć na bóle w klatce piersiowej i trudności w oddychaniu... 

Płonie ognisko, płonie w..... mieszkaniu!
Około południa nastąpiła długa przerwa. Kapłan dostał poczęstunek i zaaranżował nowe dekoracje. W tym czasie zeszło się już bardzo dużo gości. Dom ledwo ich mieścił. Sporo osób poszło na dach bloku, gdzie jest taras i gdzie rozstawiono baldachimy i krzesła. Tymczasem zaczęła się druga sesja modłów. 


Punktem kulminacyjnym było ponowne zapalenie mniejszego ognia na tacy i szybka grupowa modlitwa. Ogień puszczony został w tłum, by każdy sobie "pobrał" błogosławieństwo z ognia, wykonując gest zagarniający od płomienia na własną głowę. Była wymiana błogosławieństw poprzez pozostawienie żółtej i czerwonej kropki na czole, a także dotykanie stóp. W podzięce za przybycie każda zaproszona kobieta otrzymała też dla swojej rodziny podarek: metalową miseczkę wypełnioną bananami, kwiatami, kokosem, pieniędzmi (10 rupii) oraz skrawkiem materiału, który służy do uszycia sobie bluzeczki do sari. 



Ponieważ cała ceremonia poprowadzona została w sanskrycie to dopiero na sam koniec kapłan przemówił do ludzi w zrozumiałym języku i zaczął opowiadać historię. Historia ta dotyczyła źródeł pochodzenia pujy, korzyści jakie daje i zagrożeń, które mogą się pojawić jeśli ominie się modły. 

Punktem kulminacyjnym i powodem dla którego przyszły rzesze innych ludzi , nieobecnych na modlitwie, był lunch, czyli darmowe jedzenie. Kapłan otrzymał posiłek jako pierwszy. Następnie zaproszeni zostali goście. Znów miejsca było za mało i goście jedli turami. Rodzina znów musiała czekać na sam koniec, bo nie wypada jeść przed gośćmi.

Jak zawsze w przypadku uroczystości religijnych u braminów jedzenie było wegetariańskie, a w zasadzie wegańskie: 
  • biały ryż polany wodnistym dalem (zupą z soczewicy)
  • pakora z kalafiora - kalafior smażony w cieście (na środku talerza)
  • papad - duży chrupek (skrajnie na prawo)
  • togari gashi - jasny sos pod ryżem 
  • ambat z białą fasolką - czerwony sos
  • makaron ryżowy seviyan - nitkowate coś na dole (w Kerali znany też jako idiyappam)
  • jakieś chutney (po lewej stronie na dole)
  • tendli bibbe upkari - świeże, niedojrzałe orzechy nerkowca smażone z małymi indyjskimi a'la ogórkami zwanymi tindora. Rzadkie danie spotykane tylko w tej konkretnej kaście. 
  • sapat - (na lewo od ryżu) specjalny pudding podawany tylko w dniu pujy, przypomina sheerę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...