17 grudnia 2014

House warming odsłona druga, czyli - Trochę o indyjskich Katolikach

Huczne "otwarcie domu" świętują wszystkie grupy religijne. O tym, czym jest "house warming" pisałam już w tym poście. A niedawno miałam okazję zobaczyć jak to wygląda w przypadku indyjskich Katolików. 

Nowy dom robił naprawdę dobre wrażenie. Zostało dobudowane dodatkowe piętro, a parter powiększono o kilka nowych pomieszczeń. Odbyło się to jednak kosztem "podwórka", wobec czego imprezę zorganizowano u sąsiadów. Miejsca nie dało się przegapić. Już z dala widać było rozwieszone baldachimy - zupełnie takie same, jak na imprezie u Hindusów. 


U indyjskich Katolików, przede wszystkim najważniejsze było poświęcenie nowego domu przez księdza. W każdym pomieszczeniu zawieszono małe krzyże, ale punktem centralnym był bogato przystrojony kwiatami ołtarzyk z licznymi krzyżami i podobiznami Jezusa. 

Ołtarzyk, przy którym ksiądz święcił dom.
Samo poświęcenie domu w gronie najbliższych to jednak wcale nie wszystko! Pod baldachimem ustawiono w rzędach mnóstwo plastikowych krzeseł, a scena ustawiona z przodu posłużyła za ambonę. Po poświęceniu miała miejsce msza, w której uczestniczyli wszyscy zaproszeni goście. Co poniektórzy mniej zainteresowani, albo osoby innego wyznania stali jednak bardziej z tyłu, lub siedzieli w ostatnich rzędach i tylko patrzyli. Tym bardziej, że msza poprowadzona została w języku konkani, w dialekcie którym mówią tylko Katolicy z Mangalore. Mój mąż także mówi w konkani, a jednak w innym dialekcie! Dialekt katolicki jest inny i hinduistyczny jest inny. Dodatkowo Katolicy z Mangalore mówią w jeszcze innym dialekcie niż Katolicy z Goa, a wszyscy teoretycznie posługują się jednym językiem! Z kolei Goa to jedyny stan w Indiach, w którym język konkani jest językiem urzędowym. 

Tymczasem mój mąż umie się posługiwać zarówno w hinduistycznym, jak i w katolickim dialekcie, a dialekt z Goa częściowo rozumie. Stąd brany jest bardzo często za Katolika, a gdy się okazuje że jednak nie jest, wzbudza w ludziach totalną konsternację. W Indiach każdy chce innych szeregować, klasyfikować. Nie można być przecież nikim! Bez wiary, bez pochodzenia, bez swojego jednego głównego języka! Mąż ludzi w Mangalore szokuje. Płynnie przechodzi w każdy lokalny język, a jednak nad je wszystkie przedkłada komunikacje po angielsku, pytany o wiarę odpowiada, że jest niewierzący, pytany o nazwisko unika odpowiedzi (po nazwisku można poznać wyznanie i kastę), z wyglądu zbyt nowoczesny, nie do zaklasyfikowania. Peszy i szokuje ludzi, zupełnie nie wiedzą jak go mają "ugryźć". 

Msza i ksiądz w białych szatach prowadzący kazanie.

Co było mocno zaskakujące, to fakt, iż z imprezy zrobiono dwa w jednym! Oprócz poświęcenia nowego domu zorganizowano też 80-dziesiąte urodziny seniorki rodu. Odśpiewano "Happy Birthday", wręczono prezenty, po czym zaczęła się ustawiać ogromna kolejka do sesji zdjęciowej z babcią. Gdzieś pomiędzy były jeszcze tańce, konkursy z nagrodami, a także wciśnięto wręczenie prezentów i podziękowanie wszystkim osobom zaangażowanym w budowę domu. Na scenę zaproszono od inżyniera po murarzy. Babcia wręczyła im pakunki. 

Kolejka do zdjęć.

Podarki dla budowniczych.




































W międzyczasie rozdano kawałki ciasta śliwkowego (plum cake) oraz kieliszki z czerwonym winem. Zszokowałam się lekko, w końcu było wczesne popołudnie, a ludzie w Indiach mają dość restrykcyjne podejście do alkoholu, tym bardziej na imprezie familijnej. Tymczasem mój szok się pogłębił totalnie!! Naprawdę, nie wiem co mam o tym myśleć. Indyjscy Katolicy, zwłaszcza tutaj na wybrzeżu, faktycznie słyną z luźnego podejścia do alkoholu, ale żeby aż tak! Wino podane zostało dzieciom - malutkim dzieciom! Pominięto może niemowlęta, ale już takim trzylatkom matki i ojcowie sami podali kieliszki i dzieci jak najbardziej z chęcią sobie golnęły. Szok! Ale jak to? Dzieci nie sięgające mi pasa, stały i sączyły czerwone mocne wino. O co w tym wszystkim chodzi? 

Byłam też bardzo ciekawa co będziemy jeść. Nie zawiodłam się! Były nowe, nieznane mi rzeczy. Catering prowadzony był przez katolicką firmę. Na talerzu znalazły się więc: 

  • Placki Sanna - bułki ryżowe gotowane na parze. Tak naprawdę jest to idli z dodatkiem drożdży, dzięki czemu bułka wychodzi puchata, pełna powietrza i rewelacyjna. Podobno mówi się, że ma być puchata jak bawełna i coś w tym jest. Idli mogą się schować! Od dziś chcę jeść tylko placki sanna.
  • Pork Bafat - czyli curry z wieprzowiny. W Indiach wieprzowina nie jest aż tak szeroko dostępna, a jednak indyjscy Katolicy słyną z dań z wieprzowiny. Co ciekawe, mięso jest krojone bez zastanowienia jaka to część. Kawałki samego tłuszczu i czegoś w stylu bekonu, a tylko gdzieniegdzie można w daniu znaleźć mięso. Powiem szczerze, że szukanie mięsa to jak szukanie igły w stogu siana. Pork bafat było wstrętne i obrzydliwe. Ordynarne kawały tłuszczu ze świni zanurzone w bardzo tłustym i oleistym sosie. Tego nie zjadłam. Co ciekawe placki sanna jedzone z pork bafat to tutaj podstawowe danie na Boże Narodzenie.
  • Oprócz tego było jakieś curry z kurczaka i kurczak po "chińsku" bez sosu, a do tego warzywne pulao z ryżu.


























Na imprezie spotkaliśmy niestety sąsiadkę. Choć mieszkamy na tym samym piętrze, to jakoś nie było okazji poznać się bardziej. Sąsiadka odegrała scenkę sugerującą, żeby ją odwieźć razem do domu, więc dla dobra sąsiedzkich relacji zabraliśmy się razem. Rozmowa mało się kleiła, więc mąż zagadał w jej katolickim dialekcie i powiedział, że pochodzę z kraju papieża Jana Pawła II i że on i ja byliśmy też w Watykanie kiedyś. Sąsiadka się zszokowała. Cała się aż podnieciła. Zaraz się posypały standardowe pytania. Od razu też założyła, że ja też jestem Katoliczką. Gdy stwierdziłam, że jestem niewierząca aż nie potrafiła uwierzyć. Nie chciało mi się też tłumaczyć, że prędzej byłam kiedyś Świadkiem Jehowy. Zaraz pytania do męża kim jest i skąd i dlaczego! Ludzie w Indiach nie mają skrupułów i są niezmiernie wścibscy. I znów łatwa umiejętność przechodzenia na różne dialekty i nie przyznawanie się konkretnie do żadnej religii wprowadziła kolejną osobę w totalną konsternację. A gdy jeszcze dodał, że jest niewierzący i chodzi i do świątyni i do kościoła i obchodzi Diwali, jak i Boże Narodzenie przyprawiło sąsiadkę o całkowity zawrót głowy. Niepojęte! Totalne bzdury jakieś! Sąsiadka nie była w stanie pojąć takich bezeceństw. Gdy tylko usłyszała jednak, że choinka już u nas stoi, to zatrzymała się na tej myśli już nie dopuszczając tych pozostałych grzesznych słów. "Wasz dom jest katolicki" - stwierdziła z całą pewnością, wręcz nam narzucając, po czym się pożegnała. 

2 komentarze:

  1. Ale się ubawiłam ;-) Takie bezeceństwa opowiadacie, sąsiadka zawału by dostała ;-0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dałabym "Lubię To" :D
      Dziękuję za komentarze! Mało osób komentuje u mnie :)

      Usuń

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...