16 grudnia 2014

House warming - Indyjska "parapetówka"

Życie rodzinne i domowe w Indiach bogate jest w wiele nieznanych mi dotąd tradycji, rytuałów czy też przesądów. Niektóre z nich mają znaczenie ściśle religijne, inne związane są raczej z miejscową kulturą, a czasem - jak w tym wypadku, łączą obydwa powody. 

Nie wiem jak to dokładnie powiedzieć po polsku? 

House Warming, czy też House Opening - to najważniejsza impreza na otwarcie nowego domu, jest jednym z najważniejszych filarów przyszłego szczęścia i powodzenia rodziny w tym miejscu. Ale czy można powiedzieć, że jest to "parapetówka"? Nie! Wcale nie! W dosłownym znaczeniu to raczej pierwsze "otwarcie domu" dla szerszej "publiczności", albo też "ocieplenie domu" - w sensie zapalenie w nim nowego "ogniska domowego".

Huczne "otwarcie domu" świętowane jest przez wszystkie grupy religijne. Muzułmanie zamawiają wtedy ogromne kilkunasto-kilogramowe gary z potrawą zwaną biryani. Katolicy sprowadzają księdza i zapraszają gości. Hindusi z kolei organizują pooję - modlitwy z udziałem kapłana. 

Wejście na imprezę zawsze ustrojone jest specjalnym baldachimem.
House warming jest zawsze bardzo huczne w przypadku wybudowania całkowicie nowego domu. Odrobinę mniejszy rozmach widać, gdy nie jest to dom, a jedynie nowe mieszkanie. Tymczasem zakup i odremontowanie mieszkania używanego jest trzecie w kolejności, tak przynajmniej wynika z moich obecnych obserwacji. Jeśli rodzina jedynie wynajmuje mieszkanie, to imprezy w zasadzie nie ma wcale. 

Przede wszystkim data musi być pomyślna! Jak wiele innych aspektów życia, także i w tym wypadku, dzień uroczystości wybrany został przez kapłana specjalizującego się w astrologii. Wybrano nie tylko najlepszy możliwy dzień, ale także godzinę. Hindusi podporządkowują wszelkie aspekty swojego życia horoskopowi, astrologom i pomyślnym datom. W tym wypadku nie może być inaczej!

Żaden hinduski dom nie może zacząć funkcjonować, jeśli nie zostanie do niego wprowadzony "Bóg" - dosłownie i w przenośni. Każdy dom, posiada specjalnie wyznaczone miejsce, w którym trzymany jest domowy ołtarzyk. 

Tego dnia zaproszeni zostaliśmy na ogromną imprezę. Gości było prawie 1000. Wiedziałam, że będzie sporo ludzi, ale to już przechodziło wszelkie pojęcie! Właściciele domu - bardzo daleka rodzina, sami zajmują się cateringiem na takie zloty, więc skoro koszty były dla nich samych znacznie niższe, postanowili zaprosić chyba pół miasta.

Już od rana odbywały się specjalne rytuały. Kapłan instruował domowników w jaki sposób mają się modlić oraz wprowadził posążki bóstw. Dla gości taka impreza jest dość nudna, a jeśli nie lubi się spędów rodzinno-towarzyskich, to może być wręcz nieznośnie uciążliwa. Nic specjalnego się nie dzieje. Siedzenie, ploty, dzieciarnia biega dookoła i wrzeszczy. Póki trwają modły nikt nie wchodzi do domu. Dopiero po ich zakończeniu można wejść. Każdy chodzi i podziwia co i jak zostało zrobione z miną znawcy, lub jakby oglądał wystawę w muzeum. Nie przynosi się prezentów! Jedynie zupełnie najbliższa rodzina daje coś na nowy dom.

Garkuchnia polowa.
Tak naprawdę każdy przyszedł na darmowe jedzenie! Mieszkanie, powiedzmy sobie szczerze, mało kogo obchodzi. Darmowa wyżerka jednak, to jest to! Rodzaj cateringu zależy zawsze od wyznania, a w przypadku wyznawców Hinduizmu - od kasty domowników. Tego dnia dawali południowo-indyjskie wodniste curry. Jak zawsze w rodzinie męża, typowa bramińska kuchnia wegetariańska podawana na liściach bananowca. 

Dania w garach. Typowe południowo-indyjskie wodniste curry i pulao z ryżu. Wszystko wegetariańskie. 






Choć na co dzień używam sztućców, to na takich spędach nie robię scen, tylko jak inni jem ręką z liścia. Nie stanowi to dla mnie żadnego problemu, a zawsze jest to jakieś inne kulturowo doświadczenie, plus wiem, że wielu osobom sprawię tym małym gestem ogromną przyjemność. Wszyscy się cieszą, że mi smakowało i że jadłam razem z innymi. Jedzenie razem i tak jak inni może być jakimś znakiem, że jesteśmy częścią community-społeczności, a w Indiach  bycie częścią społeczności rodzinnej jest ważne. 

Moja porcja (od prawej): papad - duży okrągły "chrupek", podi (smażony jackfruit), curry z mango, biały ryż, rasam - wodnista zupa polana po ryżu, valval (białe curry), curry z ziemniaków i zielonej papryki.
Tego dnia ludzi były nieprzebrane tłumy, więc do stołów zasiadali turami, a większość od razu po lunchu uciekła do domu. Takie imprezy w Indiach charakteryzują się jednak całkowitym brakiem jakiegokolwiek wyrafinowania w podawanym jedzeniu. To zawsze przypominający stołówkę bufet, plastikowe krzesła ogrodowe i często stalowe stoły przykryte jednorazowym papierowym "obrusem". 

Zaplecze imprezy.




Upał był po prostu niesamowity. Wykończeni zasiedliśmy pod wiatrakiem, gdy reszta gości kończyła jeszcze jeść. Dzieci urządziły pokazy tańców z podkładem muzycznym z komórki. Gospodyni odbierała ostatnie błogosławieństwa od gości, którym w zamian za dobre słowo dotykała stóp - na znak podziękowania i szacunku, a ja załapałam się nawet na mehendi! 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...