10 listopada 2014

Wodospady w Shivanasamudra i na co w Indiach idą podatki









Kilka tygodni temu wybraliśmy się na rodzinną jednodniową wycieczkę, by zobaczyć pokaźne wodospady w Shivanasamudra. Tak jak chyba większość wodospadów w Indiach, największe wrażenie robią pod koniec monsunu, gdy są pełne wody, a efekt jest spektakularny. Najmniej wody w wodospadach jest podczas indyjskiego lata (kwiecień-maj), gdy wody bywa jak na lekarstwo i może nas spotkać lekki zawód. Nawet początek monsunu i kilka tygodni deszczy nie gwarantuje dobrych widoków. Kilka lat temu odbyłam w takich okolicznościach, najmniej udaną wycieczkę w Indiach do słynnych Jog Falls. Na miejscu mgła tak gęsta, że strach iść przed siebie, a o widoku choćby kilka metrów można zapomnieć. Gdy w końcu mgły lekko ustąpiły, to wodospad okazał się jedną nędzną stróżką wody, która za moment znów została ukryta we mgle. Tym razem jednak widoki były znacznie lepsze.















Wycieczkę zaczęliśmy z Bangalore o 6 rano, gdyż do wodospadów w Shivanasamudra było aż około 130km na południe od miasta. Muszę tu zaznaczyć, że wycieczka była w typowym indyjskim stylu. Wynajęta została 7-osobowa taksówka, do której weszło 9 osób. Rodziny w Indiach są liczne, a często nawet jak mają samochód, to na wycieczkę nie zmieszczą się przecież wszyscy, a bez całego kompletu pojechać się nie da. Do tego sporo osób nie czuje się pewnie prowadząc samochód za miastem, więc kierowca z dużą taksówką musi być. Samochód został więc pod domem, a my załadowaliśmy się w całym komplecie i ruszyliśmy w drogę. 

Thatte idli
Nie minęło nawet pół godziny, a już pierwszy postój. Wszyscy przecież głodni, mimo że rano nawet coś przekąsiliśmy. Jednak wycieczka bez postoju na śniadanie i kawę się nie liczy, więc postój musi być. A w przydrożnej jadłodajni tłumy ludzi i tłumy samochodów. Miejsce siedzące trzeba było upolować, bo inaczej zaraz by usiadł kto inny. Wszyscy zamówili słynne w tym miejscu thatte idli, które różni się od zwykłych małych placków idli kształtem, gdyż jest duże i rozpłaszczone, a na wierzchu miało kapkę masła. W tym miejscu udało nam się też w końcu spotkać z dalszą częścią rodziny, która przybyła z drugiego końca Bangalore i w końcu w 13 osób, plus kierowca ruszyliśmy dalej. 


Shivanasamudra to wioska, której nazwa oznacza "morze Shivy" - gdyż jak przyjrzeć się podobiznom tego boga, to z jego głowy wypływa "wodospad" wody. Sama wioska położona pomiędzy dwoma pokaźnymi wodospadami. Wodospady noszą imiona: Bharachukki i Gaganachukki, a siostrzeńcy twierdzili jakoby według legendy wodospady były siostrami. Nie pamiętam niestety tej historii, którą mi opowiadali. 

Z wodospadami, wiąże się za to inna, całkiem współczesna historia. Stanowią one bowiem część słynnej świętej południowoindyjskiej rzeki Kaweri. Jej bieg rozpoczyna się na zachodzie, w stanie Karnataka, w słynącym z plantacji kawy regionie Coorg, płynie przez wyżynę Dekan, m.in. przez zabytkowe miasteczko Srirangapatna, a jej ujście znajduje się w położonym na wschód sąsiednim stanie Tamil Nadu, gdzie rzeka wypływa do Zatoki Bengalskiej. Obydwa stany od lat kłócą się o wodę z rzeki Kaweri. Wody na suchej wyżynie brakuje, a według Tamil Nadu Karnataka daje im z tej rzeki za mało wody, z kolei Karnataka twierdzi, że inaczej u nich będzie susza. Konflikt ciągnie się od lat i co roku wciąż się powtarza to samo. Karnataka spuszcza więcej wody z tam, tylko w przypadku obfitych deszczy, lub jak tego właśnie dnia, na specjalną okazję - bo do wodospadów przybył sekretarz generalny z Bangalore i zorganizował "festiwal wody"

















"Festiwal wody" był dość szokującym widokiem i namacalnym doświadczeniem, jak w Indiach marnotrawi się środki publiczne, które ten kraj tak bardzo potrzebuje na rozwój w wielu sektorach, a które tego dnia tak bezmyślnie, a może właśnie perfidnie zostały przepuszczone. 

Sekretarz generalny stanu zorganizował bowiem w swoim imieniu i w imieniu rządzącej partii politycznej wielką imprezę dla całego regionu. Po okolicy jeździły więc darmowe autobusy (czyli opłacone z podatków), które zgarniały wszystkich mieszkańców z okolicznych wiosek i wiozły do wodospadów. A nawet jak już pozgarniały to jeździły nadal, tylko że puste! A przy wodospadach koncerty, przedstawienia, konkursy z nagrodami, programy rozrywkowe dla dzieci i dorosłych pełną parą. Dodatkowo namioty rozdające za darmo (z podatków) przekąski, a o wyznaczonej godzinie zaczęły się pielgrzymki na zupełnie darmowy nielimitowany lunch. Tłumy były nieprzeprane, aż przechodziły ludzkie pojęcie. Tego dnia na koszt podatników, najedli się chyba wszyscy mieszkańcy całej prowincji. Jakby tego było mało, już trochę mniej oficjalnie, rozdawano małe buteleczki z alkoholem!

I choć wodospady tego dnia były piękne, to nieprzebrana tłuszcza mało kulturalnych ludzi, przez którą ledwo szło się przedrzeć, oraz wydarzenia naokoło popsuły mi jednak humor. A gdy dowiedziałam się, że w tej prowincji szykują się jakieś małe lokalne wybory, to wszystko stało się jasne...
















Wodospady opuściłam z wyraźną ulgą i udaliśmy się nieopodal do Talakad, na brzeg rzeki Kaweri. Atmosfera była już całkiem inna. Prawdę powiedziawszy, to miejsce jak żadne dotąd w Indiach, przypominało mi Ustkę, czy też inną Łebę, albo jakieś polskie jezioro! Wszędzie ścieżki z piasku, dookoła drzewa iglaste, ludzie tylko pieszo bo samochodom nie wolno, a do tego małe sklepiki i ta atmosfera niedzieli nad jeziorem - z tą różnicą, że była to rzeka. Nawet kilka rodzin siedziało na kocyku i zrobili sobie piknik, a do tego mnóstwo osób w wodzie. Wprawdzie nikt się nie opalał, ludzie siedzieli w cieniu i w ubraniach, a także w ubraniach się kąpali, a jednak sceneria jakoś znajoma i żałowałam, że nie zostaliśmy tam dłużej. Na brzegu superowe tradycyjne łódki, które za śmieszne grosze (20Rs - 1zł od osoby) oferowały przejażdżkę wzdłuż brzegu i kręcenie wirków w wodzie. 

















Tradycyjne superowe łódki - teppa.

Granie w siatkówkę w wodzie, odbijanie piłek i dziewczyny kąpiące się w ubraniach. Mężczyźni w Indiach do wody zakładają zwykłe majtki, bokserki, czasami szorty. Zazwyczaj mają też podkoszulkę, ale tego dnia jakoś sporo bez. Stroje kąpielowe nie są w użyciu.

Na koniec tego dnia zaliczyliśmy jeszcze świątynię Vaidyeshvara w Talakad - świątynię boga Shivy, jedyną która w tym miasteczku przetrwała, gdyż resztę pochłonął piasek (jakieś świątynie nieopodal jednak odkopano), po czym rozpętała się taka ulewa, że ściany deszczu uziemiły nas na kilka chwil w samochodzie. Dzieci zasnęły, dorośli już nie mieli na nic ochoty, więc ruszyliśmy z powrotem do Bangalore.

Linga i byk Nandi (pojazd Shivy) to nieodłączne elementy w świątyniach poświęconych temu bogowi.
Słynne ogniwa łańcuchu - wyryte z jednego kawałka kamienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...