29 listopada 2014

Nie do końca udana weekendowa odskocznia - plaża w Malpe i Manipal

Tegoroczny późny monsun nareszcie się skończył i można korzystać z niemal codziennej idealnej pogody. Ostatni miesiąc to bardzo częste wizyty na okolicznych plażach. Nad morzem jestem raczej popołudniu, głównie po to by chodzić kilometrami brzegiem morza. Jednakże takie typowe w naszym rozumieniu plażowanie nie za bardzo jest tutaj możliwe, dlatego w tym celu trzeba pojechać kawałek dalej.

Krowy na plaży. Normalka! :D



Dwa tygodnie temu wybraliśmy się ponownie do Udupi, a w zasadzie tylko na tamtejszą piękną plażę w Malpe, z której rozciąga się widok na Wyspę Kokosową. W naszym Mangalore także mamy ładne plaże, ale do pływania się nie nadają, a ja bardzo chciałam po prostu siedzieć w morzu i pływać choćby i pół dnia. Dla mnie to była pierwsza kąpiel w morzu w tym sezonie. Ostatni raz możliwe to było jakoś pod koniec maja. Podczas trwającego od czerwca do początku października monsunu morze jest bardzo wzburzone a pływanie niebezpieczne. 




















Syf. Ściek obok plaży.












Dzień zapowiadał się genialnie. Ludzi z rana niewiele, cudowna pogoda, po prostu sielanka. Na głównej plaży stoi kilka konstrukcji na palach z daszkiem, pod którym spokojnie się zmieści przynajmniej 5-6 osób. Można więc siedzieć na kocyku choćby i cały dzień bez konieczności prażenia się na słońcu. Na pierwszy rzut oka było też bardzo czysto, aż nieskazitelnie. Kilka kroków w głąb i jednak jest! Jest syf! Indie bez syfu by chyba nie istniały ;) Piękny kanał ze śmieciami i nie wiadomo czym, tuż obok budki z jedzeniem, domków i małego resortu położonego niemal na samej plaży. Swoją drogą, nie mam pojęcia, czy ktoś przebywał w resorcie bo wyglądało raczej na zaryglowane. Ceny podobno zaczynają się od 1500Rs za noc (około 75zł).






Na głównej plaży byli też ratownicy, których obecność jest bardzo ważna na zdradliwych wodach Morza Arabskiego. Wody nie przypominają tych z Bałtyku. Prądy są silne i nieprzewidywalne. My jednak wcale nie zdecydowaliśmy się pływać z zapleczem ratowników za plecami, nawet w sytuacji gdy pływać potrafię tylko ja. Dlaczego? Ponieważ plażowanie i pływanie w stroju kąpielowym w Indiach poza miejscami nastawionymi na białych turystów nie jest zbyt fajne. Wszyscy się gapią! Wlepiają oczy, śledzą każdy ruch, robią fotki z ukrycia lub jawnie się nie krępując. Błogi odpoczynek i święte lenistwo? O nie! Nic z tych rzeczy na zwykłej plaży w Indiach. Dlatego jak zawsze poszliśmy sobie hen daleko, z dala od ludzi, z dala od budynków. 
Plaża w Malpe leży obok portu i stoczni.
Obwoźny sprzedawca lodów nie krzyczy na plaży jak w Polsce. Jacyś chętni i tak się znają :)



 
Im dalej tym więcej łódek rybackich.









Wyspa Kokosowa na horyzoncie.




Sielanka na całego. Czysta plaża, morze gładkie jak nigdy. Bardzo rzadko gdzieś w oddali kilku rybaków, a ci miejscowi z mojego doświadczenia są zupełnie niegroźni. Gdzieniegdzie w buszu pod palmami poukrywane pary zakochanych. Też zaszyli się z dala oczu ludzkich. Zostawiliśmy tobołki na brzegu i pływaliśmy w morzu długie godziny. Fale niegroźne. Uczyłam znowu męża pływać, lecz chyba nigdy się nie nauczy :) Po prostu rewelacja. 

A jednak Udupi i plaża w Malpe to nie jest Goa. Wybór stroju na plażę może być kłopotliwy, zwłaszcza jeśli nie lubimy nadmiernych spojrzeń. O ile krótsze spodnie i bluzka na ramiączkach nie stanowią problemu, to już bikini na pewno by się bardzo wyróżniało. Ja zdecydowałam się na strój jednoczęściowy, a i tak byłam jedyną kobietą na horyzoncie tak skąpo odzianą. Nawet zakryta od stóp do głów budzę niechcianą ciekawość, więc tym bardziej nie miałam zamiaru robić sensacji paradując nawet na odludziu w bikini. Tego dnia nie byłam z resztą jedyną białą kobietą. Wszystkie siedziały poubierane. Jedynie jedna miała ogromny dylemat! Widziałam z oddali, że chyba bardzo się wahała co ma zrobić, gdyż jak się okazało miała właśnie bikini. Ostatecznie owinęła się cała ręcznikiem i tak owinięta weszła z nim do morza i z ręcznikiem pływała i z owiniętym mokrym wyszła z wody. Jest to jak widać jakieś rozwiązanie :D 

Fish and chips po indyjsku :D

























































Nad samym morzem grzechem by było nie spróbować lokalnych rybek. A tymczasem w budkach prawie sama chińszczyzna.... Udało się jednak też rybki: z lewej "naked fry" (sama ryba i trochę przypraw), z prawej "masala fry" (w ostrym sosie pomidorowym). Słynnej ryby "rava fry" (smażonej w panierce z semoliny) brak :/ Za to frytki po chińsku rewelacja! Smażone ze skórką, w chrupiącej panierce i jakieś przyprawy. Pycha. 

I gdy już byłam w stanie prawdziwego błogostanu, gdy dzień chciałam zaliczyć do jednego z najlepszych od dawien dawna, gdy niemal się rozpływałam z zachwytów, musiałam zostać sprowadzona znów na ziemię. 

Już prawie schodziliśmy z plaży, mieliśmy na popołudnie inne plany. Jeszcze tylko chciałam się trochę ponapawać widokami. Tym bardziej, że po południu na plaży zaczęły się inne atrakcje. Pojawiły się wielbłądy i paralotnia.




















Nie dane mi było jednak! No nie dane! A tylko sobie grzecznie siedziałam. Zbyt pięknie by było. Owszem ludzie jak zawsze spoglądali. Trafić się jednak oczywiście musiał samozwańczy paparazzi! Naprawdę wiele zniosę. Nawet jak ktoś ukradkiem, bardziej subtelnie chce tą fotkę pstryknąć, to zupełnie inaczej wygląda. Nie znoszę jednak, do szpiku kości nienawidzę! Nie toleruję po prostu, gdy jakiś chojrak jeden z drugim po chamsku robią mi zdjęcie z wyciągniętym na wprost moją twarz smartfonem! I jeszcze bez skrupułów podszedł, myśląc że co? Że może jeszcze zapozuję!? Po moim trupie. Jakiś przełącznik zmienił w tym momencie we mnie tryb z pełnego relaksu na pełną agresję. Jak nie wystrzeliłam pędem w jego stronę. Już dwa razy wyrwałam takim chojrakom telefon z ręki! Tego też dopadnę! A jacy się potulni robią widząc agresywną kobietę! Szybko uciekał, oj szybko! (trochę za szybko jak na moje warunki, ups...). Zrobiło się jednak zbiegowisko. Tłum go zatrzymał, mąż dobiegł pierwszy, wywiązała się kłótnia. Gdy tak biegłam i biegłam zaczęłam się jednak zastanawiać co zrobię jak dobiegnę. Pomyślałam, że w Indiach zniewagą jest chyba kontakt ze stopami i z obuwiem, postanowiłam go więc zbić swoim klapkiem O_O Dobiegłam, faceci się z nim kłócili, podeszłam, uderzyłam w zakuty łeb tą nieszczęsną japonką (lekko, nie mocno). Ktoś w tłumie krzyknął "you should slap him". Uciekłam jednak stamtąd szybciej niż przyszłam. Złość mi zeszła i przyszła przerażająca refleksja: po 1. co jeśli on mnie poda na policję czy gdzieś za pobicie?, a po 2. dlaczego taka niekontrolowana agresja mną w ogóle rządzi?! 

Zbiegowisko szybko sobie poszło. Chojrak zniknął. Mąż mówił, że podobno był przyjezdny z północnej, słabo rozwiniętej Karnataki. Podobno miejscowi ze zbiegowiska bardziej się z nim wykłócali, niż mąż. Ja tylko chciałam się jak najszybciej ulotnić, bo wstyd! Wstyd za siebie...

Udupi jest w sumie stosunkowo często odwiedzane przez białych turystów, którzy zazwyczaj nie mają tutaj większych kłopotów. Oprócz plaży i wyspy jest tutaj też słynny kompleks świątyń. Przede wszystkim jest jednak tutaj Manipal - bardzo znane miasteczko uniwersyteckie, a na nim całe rzesze studentów z zagranicy. Prowadzone są też wymiany ze studentami z Polski. Niestety dwa lata temu dla jednego z polskich studentów pobyt w Manipalu zakończył się tragicznie, gdyż niestety utonął w wodach Morza Arabskiego, właśnie obok plaży w Malpe.    


Manipal od strony osiedla strzeżonych domków jednorodzinnych.


Choć Manipal jest małym miasteczkiem to posiada wszelkie wygody. Standard budynków i dostęp do różnych usług stoją na bardzo wysokim poziomie. Szerokie ulice, chodniki i swobodna atmosfera sprawiają wrażenie, że nagle nie jesteśmy na indyjskiej, jakby nie patrzeć, prowincji. Wszystko nastawione jest na bogatych studentów, za których edukację i wygodny pobyt płacą zamożni rodzice. Miasteczko uniwersyteckie pociągnęło za sobą rozwój całego regionu i pomogło w ulepszeniu infrastruktury w Udupi, które inaczej byłoby pewnie małą zapyziałą mieściną. Władze uczelni sfinansowały budowę szerokich dróg nawet poza Manipalem. Co pół godziny kursuje też klimatyzowany autobus z samego Manipalu do Mangalore, gdzie dotychczas zjeżdżali studenci na większe zakupy czy do kina. Wkrótce jednak chyba nie będzie ku temu potrzeby bo Manipal przypomina obecnie wielkie centrum handlowe, nastawione na wyciąganie pieniędzy od zamożnych studentów. Niektóre słynne kluby i imprezownie ściągają też tutaj młodzież z Mangalore. Żeby nie było jednak, to poziom nauczania jest podobno wysoki. Zwłaszcza medycyna, która jest w Indiach bardzo drogim kierunkiem studiów, a także tutejszy szpital uniwersytecki słyną w całym regionie i sprowadzają najwięcej studentów spoza Indii, głównie z innych krajów azjatyckich, m.in. z Malezji. Luźna atmosfera jednak bardzo mi odpowiadała. Nagle dookoła Induski na ulicy w szortach krótszych niż moje, jakieś takie wrażenie nieskrępowania i przyzwolenia. Popołudnie i wieczór w Manipalu zaliczam do udanych.

To jest biblioteka. Wygląda prawie jak Manufaktura w Łodzi. Czerwone cegły i szkło.

Jakiś budynek rządowy. Coś jak ratusz. 


Szeroka ulica prowadząca do Manipalu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...