29 października 2014

PIO Card - Jestem osobą o indyjskim pochodzeniu!










Po ciągnących się w nieskończoność siedmiu miesiącach oczekiwania otrzymałam swoją PIO Card! PIO - Persons of Indian Origin, czyli karta osoby o indyjskim pochodzeniu :D Mam więc oficjalnie stwierdzone indyjskie korzenie hehe 

Tak naprawdę, karta ta przysługuje faktycznie osobom, które są w stanie udowodnić swoje indyjskie pochodzenie oraz właśnie małżonkom obywateli Indii. Oprócz szeregu udogodnień, które sprawiają że mam prawa niemalże takie jak obywatel (nie mogę jednak głosować, ani kupować ziemi rolnej w Indiach), jest to także rodzaj wizy długoterminowej. Dotychczas ważność karty wynosiła 15 lat, jednakże od tego roku ma nastąpić zmiana i karta ma być dożywotnia, choć moja niestety nadal ma wpisany koniec ważności na 2029 rok. 

Wszystko pięknie i wspaniale, jest tylko jedno "ale". Żeby bowiem dostać tą kartę, będąc już na miejscu w Indiach, trzeba przejść drogę przez mękę, kilkakrotne załamanie nerwowe i zaliczyć parę stanów depresyjnych! 

Opieszałość, skorumpowanie i powolność urzędów państwowych w Indiach jest już wręcz legendarna. Nie ma co liczyć, że akurat w naszym wypadku nastąpi cud i wszystko pójdzie gładko, a zwłaszcza w wypadku takim jak mój i jest to też powód dla którego chcę opisać cały proces. Moja sytuacja była bowiem trochę inna. Aplikowałam z mniejszego miasta i nawet przekopanie całego internetu nic mi nie pomogło. Żadnych aktualnych informacji nie znalazłam. Większość obcokrajowców mieszka jednak w dużych miastach, gdzie kartę mogą wyrobić na miejscu i osobiście. 


Wszystko zależy od tego gdzie składa się wniosek. 
Można to zrobić w 3 miejscach:

  1. W Ambasadzie Indii w kraju, w którym się mieszka. W Polsce, w Ambasadzie Indii w Warszawie wyrobienie trwa około tygodnia, jednakże indyjski małżonek musi się stawić osobiście, gdyż to on składa wniosek w imieniu polskiej żony, czy też polskiego męża. 
  2. W biurze FRRO w Indiach. Biura mieszczą się w największych miastach w Indiach, głównie w stolicach stanów. Są to duże regionalne ośrodki zajmujące się sprawami obcokrajowców. Jednakże aby złożyć w nich wniosek należy być zarejestrowanym pod adresem w tym mieście. 
  3. W MHA New Delhi - czyli w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w New Delhi. Tam też musiałam aplikować i ja i tu właśnie zaczęły się moje problemy...

Mieszkam w mniejszym mieście i podlegam jedynie lokalnemu FRO, a nie dużemu FRRO. To także biuro do spraw obcokrajowców, jednakże lokalne, które znajduje się na głównym posterunku policji. Te małe lokalne biura nie mają żadnych uprawnień aby zajmować się wnioskami o karę PIO, w związku z tym nikt tam zupełnie nic nie wiedział! Zero informacji ani na temat listy dokumentów, skąd wziąć wniosek i jak go złożyć! Zupełnie nic, radź sobie człowieku sam. Zupełnie nie wiedziałam co robić, skąd wziąć wniosek i gdzie go złożyć. Skontaktowałam się nawet z FRRO w stolicy stanu - Bangalore, gdyż byłam gotowa jechać właśnie tam i załatwić to osobiście, lecz stanowczo stwierdzili że u nich nie mogę, gdyż nie jestem zarejestrowana jako mieszkaniec tego miasta. A zarejestrowanie się to też w Indiach nie jest takie hop siup - z resztą jak wszystkie sprawy urzędowe tutaj, więc próby zmiany adresu nawet nie wchodziły w rachubę.

Ustaliłam w końcu, że wniosek muszę złożyć w ministerstwie w New Delhi, a nawet udało mi się ustalić, że nie muszę składać osobiście, mogę wysłać list kurierem, co przyjęłam z ogromną ulgą. 

Następnym krokiem było zdobycie listy potrzebnych dokumentów, lecz niestety jedyną odpowiedzią był link do strony internetowej ministerstwa, którą i tak już wcześniej widziałam i wiedziałam, że zawiera niepełny spis. 

Ostatecznie udało mi się zdobyć listę od znajomej, która aplikowała w innym mieście. Lista ta była inna, bardzo rozległa i mnie przeraziła. Nie posiadaliśmy tych dokumentów, a ich zdobycie potrwałoby kolejne miesiące. Dostałam też od niej w końcu poprawny wniosek do wypełnienia! Żaden urząd w Indiach nie potrafił mi przesłać tego wniosku :/ 

Zgromadziłam wszelkie dokumenty jakie tylko mogłam. Załączyłam wszystko w 2 kopiach, a każdą z nich potwierdziłam notarialnie. Zapakowałam w kopertę i chciałam wysłać kurierem, lecz tutaj pojawił się kolejny problem, gdyż były aż 3 różne adresy! I skąd miałam wiedzieć na który wysłać?! Uzyskanie informacji u źródła kolejny raz było niemożliwe!! Nawet własnego adresu w Delhi nie znają czy są tak leniwi albo wredni??? 

Ludzie w Indiach w takiej sytuacji biorą tzw. agenta, który w naszym imieniu zajmuje się sprawą. Jest to na pewno jakieś rozwiązanie i nie mam pojęcia, czy w czymś by to pomogło, ponieważ ostatecznie dostałam poprawny adres i wniosek wysłałam jednak sama kurierem.

A jak już wysłałam, to cisza jak makiem zasiał. Jeden miesiąc minął bez odzewu, zaczął się kolejny... Czekaj sobie przecież człowieku. Zero informacji, zero potwierdzenia czy dotarło czy nie. Jaki status? Nie wiadomo. Jakiś numer wniosku? Brak! Pytania czy dostali, ale albo zero odpowiedzi, albo że niby skąd mają wiedzieć który to mój wniosek, potrzeba numeru ale numer mi nieznany. Naprawdę, żeby cokolwiek tu załatwiać trzeba mieć anielską cierpliwość. Na nic jakieś oczekiwania standardów, osiwiejesz człowieku z oczekiwaniami. Pogódź się z losem, taka karma. 


Weryfikacja adresu przez dzielnicowego.
Równo po 45 dniach do drzwi zapukał dzielnicowy policjant. Napomknę tylko, że nie było nas akurat w domu, i w sumie też nie do końca dokładnie tam mieszkamy... W tamtej chwili myślałam, że zejdę na zawał. Policjant musiał zweryfikować czy faktycznie tam właśnie mieszkam. Taka jest standardowa procedura. Nie zna się dnia ani godziny. A do tego ten typ był po prostu straszny! Dzielnicowy był bowiem typowym indyjskim policjantem. Oślizgły lawirant, ciągle coś kombinuje i węszy gdzie petent popełni najmniejszy błąd, gdzie można go naciągnąć na łapówkę. Policjant zdecydowanie łapówkę chciał! Jego podteksty i komentarze przyprawiały mnie o mdłości. Poprzedniego dnia, gdy nas nie było przyszedł późno wieczorem, więc stwierdził że przyjdzie jutro. Mąż jednak w kwiecistych słowach zapewnił go że nie musi się aż tak fatygować, gdyż z rana będziemy na komendzie. Ja blada ze stresu, spać nie mogłam. W końcu nie byliśmy tu też bez winy... Pal więc już licho, że spóźnił się jedynie 3 godziny. Rozmowa, wypytywanie o prywatne szczegóły jak się poznaliśmy, jak mi się mieszka, czy lubię Indie, czy znam język tulu, czy znam język kannada. A ja jak małpa w zoo powtarzam te pojedyncze znane mi zwroty ku uciesze posterunku, zwłaszcza że nie rozmawialiśmy na osobności a na samym środku komendy. To my byliśmy teraz petentem na łasce i niełasce "oślizgłego". Policjant tu i ówdzie wtrącał wstawki o długopisach - "popatrz jaki mam drogi, firmowy długopis", albo też o zegarku "właśnie dostałem taki zegarek, a Twój pewnie był drogi" i wskazuje na mój nadgarstek - "nie, kupiłam ze straganu ulicznego w Colabie w Mumbaju". Za chwilę zaś przeszedł do cygar "spójrz podarowano mi prawdziwe cygaro" po czym nastąpiła prezentacja. Gdy jednak obydwoje powiedzieliśmy, że nie palimy mina mu trochę zrzedła. "No ale whisky lubicie sobie chyba wypić" - "nienawidzimy smaku whisky, dla nas jest wstrętny" - tu się już lekko zirytował i przeszedł do dokumentów. "Imię, nazwisko, do kiedy paszport ważny?" - "do 2023 roku, sir". Zły humor wstąpił na jego twarz, żarty się skończyły, idziemy razem do gabinetu kierownika komendy. A kierownik bardzo miły! Mu też zarecytowałam formułkę w tulu - małpa w zoo po raz drugi - był wniebowzięty. Podpisał i zdecydowanym tonem powiedział naszemu dzielnicowemu, że ma nie robić nam absolutnie żadnych problemów. Dzielnicowy póki co miał jeszcze chyba jakieś nadzieje na łapówkę, ale w tym momencie legły one w gruzach. Myślał jeszcze sporą chwilę co by tu zrobić, żeby tylko zrobić na złość? Kazał znów przyjść następnego dnia... Nie wiem po co. Znów poszliśmy, żeby usłyszeć litanię w stylu: "jesteście moimi dobrymi przyjaciółmi, nie zapominajcie o mnie i odwiedzajcie mnie". I bądź tu człowieku miły i uśmiechaj się do takiej kreatury, gdyż Twój dalszy los zależy od takiego typa. Uśmiechałam się więc, aczkolwiek nóż mi się otwierał w kieszeni. Spotkania w przyszłości? W życiu! Prędzej po moim trupie!

Po 3 nieszczęsnych dniach z dzielnicowym znów cisza i to absolutna! Gdy znajoma powiedziała, że miała kolejną weryfikację, tym razem przez wysłannika z Delhi, zrobiło mi się słabo. Kolejne tygodnie mijały jednak bez żadnej wiadomości. Moje maile do ministerstwa bez odpowiedzi. Nadal żadnego listu czy dostali coś, czy dokumenty ok, zupełnie nic! Nadal nie znałam numeru swojej aplikacji. Po kolejnych tygodniach bez odzewu człowieka zaczynają nachodzić różne myśli. Może lepiej było aplikować w Polsce w Ambasadzie? Niestety Ambasada Indii odrzuciła moją prośbę, gdyż za krótko byliśmy małżeństwem. Może lepiej było wziąć agenta? Ale płacić komuś w sumie za co? Bo co to za filozofia skserować dokumenty, dać notariuszowi i wysłać w kopercie? 

W końcu, w połowie września jest!! Jest list z ministerstwa! Nareszcie poznałam swój numer. Jest też decyzja: pozytywna. PIO ma być przysłane w trybie pilnym - dosłownie, tak było napisane. Moje szczęście nie trwało jednak długo. Kilka dni później ponowny list, ponieważ płatność na specjalnym czeku (DD - demand draft) się przeterminowała - nie dziwię się, minęło już pół roku. I znów odnawianie w banku, wysyłanie, czekanie. Od czasu otrzymania pozytywnej decyzji do otrzymania książeczki z PIO upłynęło kolejne półtora miesiąca - tryb pilny w całej okazałości. Jest jednak! 

Kosztowało nas to 15000Rs (około 750zł), około 350Rs za notariusza, kilkadziesiąt rupii za kurierów i całe mnóstwo stresu!

Informacje na temat aplikowania o PIO w Indiach oraz spis dokumentów można znaleźć na stronie internetowej ministerstwa. Co najlepsze link z wnioskiem póki co nie działa, a lista dokumentów jest bardzo niepełna.

A na sam koniec pełna lista dokumentów, jedynie dla zainteresowanych:
(wszystkie kopie potwierdzone notarialnie)

  1. Wniosek wypełniony odręcznie - 2 sztuki.
  2. Zdjęcia paszportowe - 4 sztuki.
  3. Kopie paszportu (strona z danymi, strony z wizami, strona z pieczątką z datą wjazdu) - 2 sztuki.
  4. Akt urodzenia + apostille + tłumaczenie na angielski - Ja nie dawałam.
  5. Residential Permit, czyli dokument który dostaje się po rejestracji pobytu - 2 sztuki.
  6. Kopie dyplomów z uczelni, jeśli osoba studiowała też w Indiach - ja nie dawałam.
  7. Kopie paszportu indyjskiego małżonka, nasze dane muszą być wpisane w paszport męża - ja nie jestem wpisana i takie kopie bez moich danych daliśmy - 2 sztuki.
  8. Akt małżeństwa - jeśli jest to indyjski akt to wystarczą kopie - 2 sztuki. Akt z innego kraju musi być przetłumaczony na angielski i opatrzony apostille. 
  9. Dane o naszym indyjskim pracodawcy (naszym, nie męża) - jednakże posiadając dotychczas wizę X - Entry nie wolno nam pracować!
  10. Dowód adresu - umowa najmu/rachunki np. za gaz, za telefon. Co jeśli się nie wynajmuje a rachunki są na np. teściową? - Mąż dał Voters ID, Ration Card, a ten sam adres był też w jego paszporcie.
  11. Demand Draft na 15000Rs.
My daliśmy jeszcze!

  1. Joint marriage affidavit - dokument sporządzony u notariusza, w którym mąż stwierdza że mieszkamy razem pod danym adresem we wspólnym gospodarstwie domowym i że z tego związku są następujące dzieci/ewentualnie że dzieci nie ma. Do tego dokumentu należy u fotografa wykonać wspólne zdjęcie - joint photo.
  2. Oświadczenie o odpowiedzialności materialnej indyjskiego małżonka za partnera obcokrajowca - także sporządzone notarialnie na tzw. stamp paper. 

5 komentarzy:

  1. O ludzie, gratuluje wytrwałości, jeszcze sie pewno nie raz przyda .... Od samego czytania brała mnie złośc na 'oslizłego'...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten dzielnicowy był po prostu tragiczny! Z resztą cała biurokracja jest tutaj tragiczna...

      Usuń
  2. Witam i gratuluję. Czyli jako żona obywatela Indii mieszkająca w Polsce również mogę ubiegać się o taką kartę? Czy słyszałaś o karcie OCI? Na czym polega różnica tych kart?Pozdtawiam i do usłyszenia, bo bardzo podoba mi się twój blog.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tak. Z Polski jak najbardziej można się ubiegać o kartę OCI. PIO jest już wycofana, teraz zastąpiła ją karta OCI. Różnica jest taka, że OCI jest dożywotnia, a nie na 15 lat, oraz nie wymaga rejestrowania się w FRRO w Indiach. Same udogodnienia. Polecam, gdyż dzięki tej karcie nie trzeba aplikować za każdym razem o wizę. Ja swoją PIO wymieniłam już na OCI. Niestety nadal nie miałam okazji odebrać. Sprawa jest w toku :) Dziękuję za pochlebny komentarz! :)

      Usuń
  3. Witam. Czekając na odpowiedź w tak zwanym międzyczasie znalazłam informację. Od 6 stycznia 2015 Ambasada Indii nie wydaje już kart PIO, zgodnie z rozporządzeniem Rządu Indii o połączeniu kart PIO i OCI. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...