28 września 2014

Red Bull stracił skrzydła w Indiach

Sobotni poranek zapowiadał się niesamowicie ekscytująco w Bangalore. Pierwsza indyjska edycja "Lotów na byle czym" organizowana przed Red Bull!! Impreza została mianowana z niemiecka brzmiącą nazwą India's 1st Red Bull Flugtag. Reklamy już od kilku tygodni przypominały, że po prostu nie wolno tego przegapić. 

Ok, nie to żeby mnie jakoś bardzo ekscytowało wydarzenie akurat tego typu, ale mieliśmy naprawdę blisko, a w sumie mieszkając w mniejszym mieście, czy to w Polsce, czy teraz w Indiach, jakoś nie miałam okazji uczestniczyć w zbyt wielu imprezach masowych, żeby nie powiedzieć że wręcz w żadnych... 

Żeby dostać się na teren parku trzeba było jedynie tydzień wcześniej "puścić strzałkę" lub wysłać sms i poczekać na darmowy bilet-numer. Spoko! Nawet się bardzo ucieszyłam, że wstęp za darmo. I nawet pomyśleli o indywidualnym numerze wstępu, no proszę! Wprawdzie już tutaj zaczęły się problemy. Dzwoniąc linia wciąż zajęta, a po wysłaniu wiadomości zero odpowiedzi przez 20 minut. Co więcej, na 4 telefony odpowiedź z "biletem" przyszła tylko na 3 i żadne ponowne próby niczym nie skutkowały w przypadku tego jednego nieszczęsnego numeru, a niestety próbując kolejnego dnia okazało się że wszystkie miejsca już zajęte. Chętnych było multum! Zgłosiło się 15 tysięcy ludzi. Zachodziłam w głowę, gdzie się oni wszyscy pomieszczą w tym parku, gdzie wprawdzie jezioro spore, ale ścieżki niekoniecznie. Liczyłam że może postawią jakieś trybuny. O naiwności!

Oczywiście niestety się lekko spóźniliśmy! Byliśmy 5 minut po 11.00, ale wiadomo przecież że powinniśmy być przed czasem. Punktualność przyznaję nie jest naszą mocną stroną, moją też nie. Już od razu rzucił się w oczy straszny korek, więc z parkowaniem też trochę krążyliśmy. Żadnego specjalnego parkingu dla uczestników nie przewidziano. 

Tłum o godzinie otwarcia nie był zaskoczeniem. Trochę przeraziła mnie kolejka, ale co innego było robić. Ruszyliśmy więc na koniec kolejki zająć miejsce.

Idziemy zająć miejsce. Idziemy, idziemy a końca nie widać!
No właśnie, tylko że końca tej kolejki nie widać! A przeszliśmy już niemal całą długość parku. Ludzie z ulicy zaczęli przeskakiwać bramkę. My też przeskoczyliśmy, aczkolwiek następnie pokornie zajęliśmy swoje miejsce. 

Droga obok pełna pędzących samochodów, po drugiej stronie jezdni gapie bez "biletów". Okazało się, że tak naprawdę loty do wody zaczną się za godzinę. Myślę sobie, super. W godzinę wejdziemy do środka i będzie ekstra. 

Początek niekończącej się kolejki. Humory jeszcze w normie. 
Stanie "uprzyjemnione" było głośną muzyką i zapowiedziami. Nagłośnienie mieli niczego sobie. Patrząc przez barierkę zaniepokoiło mnie wprawdzie, że w środku mało ludzi, a poza terenem imprezy nadal nieprzebrane tłumy. 

Wyskocznia i łódki ratownicze. Widzów za tym podium brak, choć do imprezy pozostało pół godziny.

20 minut do rozpoczęcia. Robi się gorąco! Tłum gęstnieje, ale humory nadal ok.
Stanie w indyjskiej kolejce to doświadczenie jedyne swego rodzaju. Niezbyt miłe niestety. Indusi mają to w zwyczaju, że się po prostu pchają! Dystans ciała do ciała jest wręcz nieistniejący! Dystans? Jaki dystans? To raczej są sardynki w puszce, ciało przy ciele. W Indiach po prostu nie ma kultury stania w kolejce, każdy chce być pierwszy i szybszy na już. Choć przyznaję, że nawet nie było aż tak tragicznie. Nikt nie popychał, a choć wszyscy stali zbyt blisko, to każdy trzymał ręce przy sobie. Do czasu! Im bliżej bramy tym coraz gorzej. Kulminacją była jednak bardzo chamska rodzinka z północnych Indii (mówili w hindi). Matka wręcz napuszczała nastoletnie dzieci by się rozpychały łokciami. Gdy jej, na oko dwunastoletni syn, stanął za mną i zaczął wpychać kolano pomiędzy moje nogi nie wytrzymałam. Mąż za to twierdził, że jego ręce wędrowały mu po kieszeniach! Babsko (matka) tylko się głupio wyszczerzyło na nasze uwagi. Rodzinka zirytowała też pozostałe osoby, i oprócz mnie jeszcze kilka osób na nich nakrzyczało. Co z tymi ludźmi z północy Indii jest nie tak?! Rodzinka wyglądała na takich na poziomie, ale ich zachowanie znacznie odbiegało od tego co na co dzień znam ze swojego Mangalore, znanego z ludzi o łagodnym charakterze.

Im dalej w las tym coraz gorzej! Ludzi coraz więcej. Brak kogokolwiek z organizatorów, brak policji, nie wiadomo co się dzieje. Brama podobno zamknięta! Nagle szybko ruszyliśmy do przodu. Podobno zaczęto wpuszczać osoby bez zaproszeń! Ludzie przeskakują przez barykadę bez kolejki. Totalny chaos. 

Ludzie przeskakiwali przez barykadę, bez kolejki tuż przed bramą wejściową. Nikt tego nie kontrolował.
Tuż przed bramą było po prostu tragicznie! Dzieci pościskane, nikt ich nie widział, płacz i wrzask. Jedna z dziewczynek poprosiła szwagra o pomoc! (Uncle, help me! - Wujku, pomóż mi!). To było przerażające! Napór tłumu nie do zniesienia. Brama zamknięta na cztery spusty. Tłum wygrażał się i krzyczał wielokrotnie: "Open the gate!" - "Otworzyć bramę!". Gdzie jest policja!? Kto to kontroluje!?! Policja była przy bramie, wyciągnęła drewniane pałki i zaczęła okładać nimi tłum!!! Jedna kobieta dostała ataku paniki, zaczęła wrzeszczeć, okładać wszystkich i ledwo oddychała!! Ja też byłam po prostu ciężko przerażona. Zaraz ktoś zostanie zadeptany na śmierć!!! Coś okropnego! Nie wiem jakie słowa mogą oddać to co tam się wyprawiało. Chciałam uciekać gdzie pieprz rośnie. Tylko jak? Tłum naciskał z każdej strony. Dawno już zostałam rozdzielona innymi ludźmi od męża. Każdy musiał sobie teraz radzić sam.

Jakimś cudem jeden chłopak za mną odepchnął trochę inne osoby i zrobił mi miejsce, gdy tylko powiedziałam, że idę stąd natychmiast! Jakimś cudem dostałam się do barierki. Żadnego wyjścia. Barierkę też musiałam przeskoczyć żeby się wydostać. 

Brama zaryglowana, tłum się niemal zadeptuje.















Facebookowy fanpage imprezy aż roi się od takich samych jak moje wrażeń innych uczestników. Kilka osób zostało rannych! Karetki, czy jakiejkolwiek pomocy medycznej brak!

India's 1st Red Bull Flugtag to była tragiczna pomyłka! Wstyd dla Indii!!! A białych osób było naprawdę dużo. Większość patrzyła z niedowierzaniem. Żenada dla Bangalore, tak zwanego miasta IT. To było by może aż śmieszne, gdyby nie takie tragiczne i niebezpieczne. Nawet nie zobaczyłam żadnego latającego pojazdu. Była wprawdzie jakaś riksza ze skrzydłami, ale z tak daleka nie widziałam nic. Na tle tego chaosu i braku organizacji, nie miało to też dla mnie żadnego znaczenia. Mój mąż, który wcześniej uczestniczył w imprezach masowych, np. w koncercie Metalliki w Bangalore i zachwalał tamtą organizację, też był przerażony i złapał się za głowę. Red Bull nigdzie w Bangalore jednak nie poleciał. Red Bull nie dodał nam skrzydeł...

Jedynymi wygranymi tego dnia, była załoga położonej na rogu najpopularniejszej indyjskiej kawiarni Coffee Day. Ruszyli w tłum i wysprzedali chyba cały zapas butelkowanej wody i soków.

Kawiarnia Coffee Day oblężona, ale i tak połowa z załogi biegała poza budynkiem z butelkami wody i soków. 









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...