14 lipca 2014

Ucieczka do Indii - Moja pierwsza podróż do Indii

Wszystko zaczęło się naprawdę wieki temu, w 2006 roku. Zalogowana byłam wówczas na pewnym portalu dotyczącym... telefonów komórkowych. Właśnie miałam nowy telefon z kolorowym wyświetlaczem i szukałam darmowych tapet. Portal ten, wiem że zmienił życie wielu osobom, choć obecnie nie ma tam chyba nikogo z tego starego grona. Ja sama dawno usunęłam tam konto. Na pewno pierwszy wiadomość zostawił on. Miałam tam naprawdę mnóstwo innych internetowych znajomych, a moje konto wisiało już w sumie od dawna. Z nim jednak od początku było jakoś inaczej.

Po prostu czasami się czuje od razu z kim nadaje się na podobnych falach, a z kim nie. Absolutnie jednak wykluczone były z mojej strony jakiekolwiek miłości internetowe. Jak wiele innych osób myślałam, że to przecież takie żałosne. Los jednak chciał inaczej. W sumie to raczej nie los zdecydował, lecz jego determinacja. Choć z drugiej strony, jestem na 100% przekonana, że gdyby obecnie ktoś zagadał do mnie w taki sposób, gdyby prosił o rozmowy na komunikatorach (zaliczyliśmy ICQ, Yahoo Messenger i potem Skype) oraz o mój numer telefonu, to zdecydowanie bym odmówiła. Wtedy też długo mówiłam, że absolutnie nie. Rozmowy na portalu układały się super, ale we własnym mniemaniu nie chciałam być przecież tak naiwna. A może byłam naiwna? Obecnie myślę, że nawet bardzo. Co nie znaczy, że żałuję. Ta znajomość odmieniła moje życie (i na lepsze i na gorsze też).

W końcu uległam, bo jak można nie ulec komuś tak wytrwałemu. Czaty na komunikatorach, smsy w ciągu dnia. Tak, zakochałam się przez internet. Przyznaję to. Nie ja pierwsza myślę i nie ostatnia. Choć o spotkaniu póki co nie było mowy. Bez wdawania się w szczegóły powiem, że na spotkanie przyszło nam czekać jeszcze 3 lata. Trzy lata skypowania i smsowania. Tak naprawdę, gdy o tym teraz myślę, to była straszna porażka. Czekać latami, robić sobie złudne nadzieje i tracić czas, na kogoś kto może się okazać zupełnie inny w realnym życiu. Prawdę powiedziawszy miałam w zanadrzu takie myśli, żeby jednak zakochać się w kimś na miejscu. Gdyby tylko ktoś inny się napatoczył to pewnie na tym by się skończyło nasze love story. Nikogo jednak nie było. Niestety obydwoje nie posiadaliśmy wówczas środków finansowych, wobec czego tak czy inaczej spotkanie musiało poczekać.

Moje życie w Polsce nie było wtedy też za szczególne. Problemy w domu, problemy w pracy i z pracą, a raczej z bezrobociem. Pieniędzy brak. Miałam wtedy fatalny okres w swoim życiu. Wszystko się sypało. Nic zupełnie mi nie wychodziło. Wróciłam do domu rodziców i miałam ogromne problemy by znaleźć pracę. W sumie nic nowego w Polsce. Nie ja pierwsza natrafiłam na takie przeciwności. Psychicznie było ze mną z różnych względów coraz gorzej. Długo to narastało, lecz zwłaszcza po pewnym traumatycznym dla mnie przeżyciu, załamałam się psychicznie. Zaliczyłam okres nie wychodzenia przez kilka tygodni z domu. Codziennie płakałam i miałam klasyczną depresję. Objadałam się też bardzo i okropnie przytyłam. Jedną jedyną osobą, w której znalazłam jakiekolwiek wsparcie był on. Moje złe samopoczucie i niepowodzenia przeszły w domu bez echa. Naprawdę to co wtedy się u mnie działo było po prostu straszne. Musiałam się z tym mierzyć sama. W sumie to nawet nie planowałam nic pisać o tych sprawach, ale jakoś mnie naszło.

To właśnie wtedy zapadła decyzja. Nie ma na co czekać, bo to i tak do niczego nie prowadzi. Skoro i tak nie pracuję, to lepiej żebym przyleciała do Indii od razu na dłużej. Lepiej się poznamy, a i ja nabiorę sił psychicznych na powrót. Prawdę powiedziawszy bardzo chciałam też gdzieś po prostu uciec. Zmienić całkiem otoczenie, zmienić ludzi! A najbardziej chciałam być w towarzystwie tego szczególnego osobnika, gdyż byłam przekonana, że jest on, oprócz tego że zakochany, to też po prostu po ludzku mi przychylny. Jeśli nie wyjazd do Indii, to na pewno musiałaby nastąpić jakaś inna zmiana, inaczej bym zwariowała, albo pogrążyła się całkiem w rozpaczaniu i rozmyślaniu. Beznadziejna motywacja do budowania wspólnego związku prawda? To fakt, ale co poradzić. Mnóstwo błędów popełniliśmy w rozwoju tych wydarzeń, i to się czasem mści do dziś. Co poradzić, jesteśmy tylko ludźmi i to dość słabymi. Pieniądze na wyjazd wysłał mi on. Ja sama swoje grosze zachować miałam na własne wydatki. Bilet kupiłam na 25 lutego 2009 roku.

Nie konsultowałam tego jakoś specjalnie z nikim. Powiedziałam, że wyjeżdżam do Indii na ponad 3 miesiące. Przeszło to bez większych emocji. Nikt też nie protestował, ani nie starał się mnie powstrzymać. Wiem tylko, że dalsza rodzina ze mnie kpiła, a babcia była załamana moją głupotą i zniesmaczona takimi pomysłami. Tata tylko miał kilka dość powierzchownych pytań, no i zaoferował że mnie podwiezie na lotnisko. Prawdę powiedziawszy dopiero jak kupiłam bilet zdałam sobie sprawę z tego co robię! Byłam po prostu ciężko przerażona. Nocami nie mogłam spać, aż mną telepotało z nerwów. W sumie wiedziałam, że on na pewno po mnie przyjdzie, akurat co do tego nie miałam wątpliwości, ale ten strach przez nieznanym i przed nowością paraliżował. Byłam wówczas po prostu bardzo mało zaradną życiowo osobą, która właśnie przeszła depresję i wszystko przychodziło mi z wielką trudnością. Nawet zaaplikowanie o wizę szło mi ciężko. Nadanie kuriera zeszło mi w 3 dni, bo tak się zbierałam i zebrać nie mogłam. Na szczepienia przy pierwszym wyjeździe nie było czasu. Z resztą było mi to wtedy obojętne. Jeśli jednak ktoś jest tematem zainteresowany, to najlepiej iść po poradę do lekarza.

Moje przygotowania do wyjazdu denerwowały mamę, choć widziałam też ulgę w jej postawie, że na reszcie nie będzie mnie w domu. Była niezadowolona, że ojciec zdecydował się mnie zawieźć na lotnisko, ale ostatecznie jakoś pominęła to milczeniem. Ja z kolei zdałam sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie leciałam samolotem i nie mam pojęcia co się robi na lotnisku!! Spędzało mi to sen z powiek. Czytałam fora internetowe i w końcu zapytałam się taty. On wytłumaczył co się robi, a ja i tak co i rusz pytałam się ponownie. Byłam przerażona, że zabłądzę na lotnisku.

Miałam lecieć sama do Indii. Pierwszy raz w życiu lot samolotem. Nigdy wcześniej nie byłam dalej za granicą niż w Czechach i Austrii, a tu nagle Indie. Lot był około południa, wyruszyłam więc z tatą z domu około 2 lub 3 nad ranem. Dopiero dzień przed rodzice jakoś zdali sobie sprawę, że nawet nie mają żadnego adresu ani telefonu do mnie w Indiach. Niestety była zima, padał śnieg, utknęliśmy w korku, a na koniec nie mogliśmy znaleźć miejsca do zaparkowania! Tylko cud sprawił, że zdążyłam na ten lot! Jak się okazało wbiegłam niemal w ostatnim momencie. Nie było nawet czasu na pożegnania. Jak wiele osób lecących pierwszy raz myślałam, że zejdę na zawał, a po wylądowaniu na przesiadkę w Helskinach już wtedy byłam u kresu wytrzymałości. Z przerażeniem w oczach patrzyłam gdzie idą inni. Wciąż bardzo się bałam, że zabłądzę. Dotarło też do mnie bardzo realnie, że zaraz mam opuścić Europę i nie ma już odwrotu. Na przesiadkę czekałam kilka godzin, podczas których pierwszy raz zobaczyłam na żywo ludzi z Indii. W zasadzie przy mojej bramce byłam jedną z nielicznych białych osób. Byłam z tego powodu jakoś irracjonalnie zażenowana. Nie wiedząc jednak co ze sobą począć siedziałam i czekałam wysyłając przy okazji setki smsów do lubego, który w odpowiedzi zapewniał mnie że jest już w Mumbaju i że przyjedzie z krewnym. Drugi lot trwał już znacznie dłużej, a za sąsiadkę miałam rozgadaną Induskę, która miała męża Niemca i córkę starą pannę. Gdy się dowiedziała, że mam chłopaka z Indii była cała w skowronkach. Zostałam też zmuszona do obejrzenia albumu ze zdjęciami i wysłuchania sagi rodzinnej. To właśnie w samolocie miałam okazję pierwszy raz spróbować indyjskiego jedzenia (samolotowej wersji), które od razu przypadło mi do gustu.

Lot jednak w końcu zbliżał się ku końcowi. Był środek nocy, 2.30 nad ranem (czasu lokalnego). Siedziałam przy oknie i patrzyłam na Mumbaj z lotu ptaka. Nawet patrząc nocą było inaczej, zupełnie inaczej! Inny świat. Serce waliło mi jak oszalałe. Taki niesamowity stres spotyka człowieka może kilka razy w życiu.

Wychodząc z samolotu od razu uderzyło mnie w twarz wilgotne i lepkie powietrze. Było też bardzo ciepło, mimo że była noc. Poza tym przyleciałam właśnie z zimy, pierwszy raz do "ciepłych krajów". Znów w panice patrzyłam za ludźmi dokąd mam iść. Okazało się że pierwszym punktem jest imigracja. Po sprawdzeniu paszportu, wizy, zadaniu mi kilku pytań o cel podróży i wbiciu pieczątki, zamiast iść dalej na przód, ja się cofnęłam do tyłu. Co za wstyd! Facet z imigracji oraz ludzie mnie zaczęli wołać, żeby iść do przodu. Wszystko mi się pomieszało. Nie dość, że nie wiedziałam co mam robić, to jeszcze doszedł straszny stres i ogromne zmęczenie po prawie 24 godzinach podróży. Prawdę powiedziawszy wyglądałam wtedy też fatalnie. Nie dość, że się roztyłam, miałam nieciekawy trądzik, to jeszcze podróż mnie zmaltretowała. Tym bardziej więc źle mi było samej ze sobą. Na walizkę niestety czekałam dość długo. Wysłałam w międzyczasie smsa, że czekam na bagaż. W odpowiedzi dostałam zapewnienie, że on też już jest i czeka od 2 godzin. Gdy w końcu bagaż trafił w moje ręce, nie było już odwrotu. Wiedziałam, że muszę iść do wyjścia, a jeśli jego tam nie będzie, to koniec. Zginę przecież w tym innym, obcym kraju. Ze strachem w oczach poszłam więc do wyjścia (omijając bez obowiązkowego w Mumbaju skanowania walizki przy wyjściu, tylko dlatego że ja i dziewczyna obok byłyśmy blondynkami). Przeszłam jedno "exit", potem następne. Minęłam długi korytarz, a na jego końcu widzę ludzi opuszczających budynek. A jego nie ma!! Myślałam, że popadnę w rozpacz! Zanim całkiem straciłam głowę wysłałam jednak smsa, z pytaniem "gdzie on do cholery jest?!". W tym samym czasie, pewien obcy mężczyzna siedzący wewnątrz na ławce, mnie zawołał i kazał spojrzeć poprzez szybę na zewnątrz. Tam był on! Machał mi zawzięcie i próbował wyjrzeć spoza gęstego tłumu. Cały stres w tym momencie ze mnie zszedł. Na zewnątrz niemal dosłownie wybiegłam, powstrzymywała mnie tylko ciężka walizka.

Nie wiedziałam niestety, że w Indiach nie wolno osobom odbierającym wchodzić na teren lotniska, a on nie wiedział, że ja nie wiedziałam, bo dla niego z kolei oczywistym było, że on na teren lotniska bez biletu wejść nie może. Całe komitety powitalne gromadzą się więc na zewnątrz, a do tego odgrodzeni są barykadą. Tłum ludzi o 3.30 nad ranem mocno mnie zaskoczył. Sporo też było żebraków wyciągających ręce w moim kierunku. Ja jednak nadal biegłam z tą walizą w kierunku końca barykady, on biegł po swojej stronie, za tłumem przyklejonym do barierki. Gdy w końcu stanęliśmy na przeciwko siebie, obydwoje zwolniliśmy i zaniemówiliśmy. Powitanie było szybkie, krótki moment przytulenia, ale za moment on przejął walizkę i bez żadnych konwersacji ruszyliśmy do samochodu, gdzie czekał krewny. Właśnie stawiałam swoje pierwsze kroki na indyjskiej ziemi... 

Żegnaj Europo...

5 komentarzy:

  1. Czytam twojego bloga w miarę regularnie ... i muszę przyznać, że historie "z życia wzięte" lubię najbardziej :) Czekam na ciąg dalszy ! Mam nadzieję, że będzie ?!? Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciąg dalszy będzie :) Na takie historie człowiek jednak bardziej potrzebuje natchnienia :D Dzięki za zaglądanie na bloga! Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje odwagi !! Na Twojego bloga zaglądam często i aż chce się czytać więcej i więcej !! :) Miło powspominać indyjską przygodę :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahh dzięki! Twój blog też jest po prostu rewelacyjny! No i zostałaś gwiazdą w Chennai :D :D

      Usuń
  4. Taka sama sytuacja jak moja. Pierwszy kontakt przez internet moje nie dowierzanie w internetową miłość, kpiny ze strony znajomych i bliskich aż w końcu mój lot do Indii. Dziś mija miesiąc od mojego pobytu. Wróciłam do Europy w lutym planujemy ślub w Indiach oraz ściągniecie jego do Europy. Jednak sutuacje o których dużo ludzi myśli że są nie realne można przeistoczyć w prawdziwe życie. Pozdrawiam Cie serdecznie

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...