8 lipca 2014

Tydzień w zdjęciach

Ostatni tydzień upłynął w sumie dość spokojnie, choć całkiem sporo się działo, a zakończony został indyjską dramą rodzinną (tym razem całkowicie bez naszego udziału lol), lekkim skandalem i plotkami za plecami innych osób. 


























Zaczęło się od zorganizowanego w miejskim ratuszu, trwającego tydzień festiwalu Yakshagany. Są to tradycyjne miejscowe przedstawienia teatralno-śpiewano-tańczone, które dawniej trwały wiele godzin od wieczora do świtu. W okolicznych wioskach ta tradycja podobno nadal przetrwała i można natrafić na przedstawienia pod gołym niebem. Festiwal trwał 7 dni, ale my wybraliśmy się tylko jeden raz. 

Tydzień upłynął memu mężowi pod znakiem koszulki z napisem "POLSKA", z którą nie rozstawał się przez 4 dni, aż w końcu wyrzuciłam ją do prania, zniesmaczona jak długo można nosić ten sam ciuch.



























Zaliczona też została wizyta u ortodonty. Tym razem bardzo szybko. Tylko kontrolne dopasowanie druta. Następna wizyta za 6 tygodni. Co ciekawe w Indiach idąc do dentysty (i nie tylko) trzeba zdjąć przed wejściem buty. W gabinecie i w poczekalni siedzi się boso. Uważa się bowiem, że na butach wnosi się do środka zbyt wiele bakterii z zewnątrz.































Po drodze wstąpiłam też do pobliskiego kościoła katolickiego. Mnóstwo razy przechodziłam obok niego, lecz jakoś nie znajdywałam czasu czy ochoty, aby wejść do środka. Wedle plakatu rok 2014 jest rokiem sakramentu spowiedzi i pogodzenia się z Bogiem.































Wybrałam się też z kuzynką do nowego centrum handlowego, z którego rozpościerał się piękny widok na tęczę nad miastem. Mangalore małe miasto, spotkałyśmy więc córkę innego kuzyna (lat 19), co skończyło się plotkami w rodzinie, gdyż ona tą wiadomość o spotkaniu przesłała dalej. Kuzynka z którą byłam na zakupach cierpi niestety na autyzm i chociaż jest niemal moją rówieśniczką, to zachowuje się bardzo dziwacznie i niestety widać, że jest osobą z jakimś poważnym problemem psychicznym :( Reszta rodziny unika więc zabierania jej w miejsca publiczne, z powodu wstydu za jej zachowanie. Ważniejszy jest dla nich image rodziny, niż dobre samopoczucie tej dziewczyny. 


























Udało się też wyskoczyć do pubu, chyba jedynego w mieście gdzie grają rock i metal. Była promocja na wiaderko indyjskiego piwa Kingfisher. W jednym ze sklepów wypatrzyłam też męskie tanie perfumy z trupią czaszką. Wprawdzie nie było żadnych testerów, ale zapach okazał się naprawdę niezły jak za 350Rs (18zł).





























Jedna z moich ulubionych ciotek dała mi też jakieś dziwne jedzenie. Pomarańczowe podsmażone idli, w innym niż normalnie kształcie i placek z jackfruita, w jakimś fioletowym liściu. Powiedzmy, że było zjadliwe. 


Weekend zwieńczony był wyjazdem na dwa dni do pobliskiego Coorggórskiego regionu roztaczającego się wokół miasteczka Madikeri, który słynie z plantacji kawy. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę, która jest w okolicy słynna, tzn. lokal z niej słynie, choć sam w sobie wygląda oczywiście okropnie siermiężnie. Była jednak naprawdę dobra, jak na indyjską mleczną kawę. Miała jakiś taki bardziej szlachetny smak. 



















































Tuż za wjazdem na teren Coorg od strony Mangalore jest mała kapliczka boga Ganeshy, przy której podróżni zawsze się zatrzymują, w celu szybkiej modlitwy przy drodze. 































W Coorg było niesamowicie deszczowo i zimno. Wieczorem temperatura spadła do 10 stopni, a i za dnia było maksymalnie 24. W końcu wyciągnęłam jeansy, sweter, bluzę, kurtkę z eko-skóry i płaszcz przeciwdeszczowy. Wieczorem i rano cały region zasnuty był nieprzebraną mgłą, która uniemożliwiała jakąkolwiek widoczność. Za to krzaki kawy w tym roku aż uginają się od ziaren, które wręcz przypominają winogrona na winorośli. W zeszłym roku plony kawy były beznadziejne. W pokoju spał mi nad głową pewien towarzysz - malutka jaszczurka. Większość ludzi w Indiach panicznie się ich boi, ja jednak uważam, że są słodkie i nieszkodliwe. Poza tym pożerają komary. 




























W niedzielę wieczorem miałam iść na urodziny jednej z ciotek. Wprawdzie zaproszonych było tylko kilka osób, ale umówiłam się z kolejną ciotką, że pójdziemy razem. Okazało się jednak, że będzie też teściowa, a mąż stwierdził że nie idzie bo musi koniecznie obejrzeć wyścig Formuły 1. Skończyło się to moim fochem i nie poszłam. W sumie to dobrze się stało, bo solenizantka zrobiła scenę i dramę niczym z serialu telewizyjnego, a plotki o tym co się tam działo rozeszły się od razu z prędkością światła. Wywleczone zostały różne rodzinne brudy i padały różne oskarżenia, a echa tego dnia padają do dzisiaj. 

A Wam jak minął tydzień?? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...