23 lipca 2014

Pierwsze dni w Indiach - Mumbaj



Swój pierwszy krok na indyjskim gruncie postawiłam 26 lutego 2009 roku. Aż wierzyć mi się nie chce, że to już minęło ponad 5 lat... Wszystko nadal jednak doskonale pamiętam. Takich przeżyć się po prostu nie zapomina. Była noc, a w zasadzie wczesny ranek, około 3.30. Wylądowałam w Mumbaju, po prawie 24 godzinach podróży (od wyjścia z domu w Polsce) i właśnie pierwszy raz spotkałam miłość swojego życia, po 3 latach internetowej znajomości.

Oprócz szybkiego przytulenia, nawet nie rozmawialiśmy ze sobą, gdyż ja po prostu zaniemówiłam. Szybko załadowaliśmy się w trójkę do samochodu. Był z nami też daleki krewny-kuzyn, który zgodził się być kierowcą. Do mieszkania z lotniska było jeszcze około 30km. Jechaliśmy do Nowego Mumbaju. Sam Mumbaj jest zresztą ogromnym miastem. A po drodze widoki jakich się nie zapomina! Noc jeszcze spotęgowała straszliwe wrażenie. Gdzie ja jestem!? Co to za koszmar! Ratunku! To jest naprawdę trzeci świat. Serce mi zamarło, oczy wielkie jak spodki i w głębokim szoku patrzyłam na te widoki za oknami. Ulice pełne dziur i dodatkowo często wypełnione wodą. Bezpańskie psy biegające tu i ówdzie i te budynki! Co za ochydne rudery, co to w ogóle ma być! Ściany pełne zacieków narastających latami, pełne okropnych plam i wyglądające jakby pokryte były grzybem. To właśnie było moje główne skojarzenie: zapleśniałe, rozpadające się budynki, które sprawiały wrażenie jakby miały runąć w momencie, w którym pleśń zeżre ściany zbyt głęboko. Tak naprawdę nie myliłam się chyba dużo, ponieważ w Mumbaju co roku jakieś budynki się zawalają. Oczywiście domyślałam się, że będzie inaczej i biedniej, oglądałam przecież telewizję, która jeśli już mówiła o Indiach, to przede wszystkim pokazywała je z jak najgorszej strony. Co innego jednak oglądać zdjęcia w tv czy w internecie, a zupełnie czym innym jest zobaczyć to na własne oczy. To było straszne. Nie wiem co by mogło człowieka przygotować na takie widoki. No chyba, że ktoś szykuje się na Indie jak na wojnę. Ja się nie szykowałam. Od początku starałam się traktować Indie jako kraj w którym żyją na co dzień ludzie, którzy być być może mieli zostać moją rodziną. Tym bardziej więc się zszokowałam tym jak można tak żyć?










Nie wiem jakie pierwsze wrażenia mieli inni, być może jest to kwestia indywidualna. Dla mnie ten pierwszy dzień to było coś czego się nie zapomina. Dopiero co stawiałam pierwsze kroki na indyjskiej ziemi. Zmysły w są wtedy niesamowicie wyostrzone. Wszystko dookoła odbiera się na początku o wiele bardziej i mocniej. Zapachy, dźwięki, widoki czuć wyraźniej, głośniej a oczy człowiek ma szeroko otwarte z niedowierzania. Jako, że z polskiej zimy przyleciałam do indyjskiego prawie lata (lato w Indiach jest w okolicach kwietnia-maja), to kolejnym uczuciem był porażający upał i wrażenie, że zaraz dostanę udaru, a wdychanie przeokropnie wilgotnego i ciężkiego powietrza sprawiało wrażenie, że zaraz się uduszę i poparzę sobie płuca. Dokładnie to pamiętam. Wyszliśmy z bloku w okolicach południa, a ja myślałam że zaraz padnę. Ledwo zipałam. Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym cieplejszym kraju, a tu od razu mumbajskie ciężkie, wilgotne, gorące powietrze. Około 300 metrów jakie dzieliło nas od supermarketu do którego szliśmy, było drogą przez mękę.

Pierwszym przystankiem był właśnie supermarket. Gdy się do niego doczłapałam i znalazłam się w klimatyzacji, już wcale nie miałam ochoty nigdzie dalej iść, a wizja zwiedzania miasta przestała być pociągająca. Trzeba było jednak ruszać dalej. Na ulicy szaleństwo. Wszyscy trąbią, jadą jak chcą. Hałas był nie do opisania. Nie byłam w stanie przejść na drugą stronę ulicy! W celu dotarcia na przystanek autobusowy musiałam być poprowadzona za rękę, jak małe dziecko... Jeszcze naprawdę duuużo czasu upłynęło zanim nauczyłam się przechodzić przez jezdnię. W Indiach prozaiczne czynności nabrały nowego wymiaru. 

Rudery tu i ówdzie to nic nadzwyczajnego dla mieszkańców.




Poza tym od pierwszego dnia, do dziś nieustannie ktoś się na mnie bezczelnie gapi. Niestety blada blondynka nigdy nie przejdzie w Indiach niezauważona. Wiele par oczu wgapionych na raz. Każdy mój ruch pod baczną obserwacją. Każdy element mnie, strój, fryzura, każdy gest poddane ciągłej lustracji, cały czas i bez przerwy. Tak jakby w obrębie całej ulicy pełnej ludzi wszyscy patrzyli się na jeden punkt. Oczywiście bardzo się tym zszokowałam i zawstydziłam. Po chwilowym zażenowaniu, stwierdziłam jednak że... tragedii pod tym względem nie ma i już wkrótce nauczyłam się miewać momenty, gdy ta sytuacja mi się nawet podoba! Poczułam się jak celebrytka, moja próżność została połechtana. Od razu zaczęłam się sama do siebie uśmiechać i choć wiedziałam, że ludzi interesuje moja inność, a nie moja domniemana wspaniałość, to postanowiłam nauczyć się czasem czerpać z tego jakąś przyjemność. 

Miałam też swojego osobistego przewodnika, więc w sumie niczym się nie przejmowałam, a jedynie patrzyłam z otwartą buzią na świat dookoła. Było tak zupełnie inaczej! Jeśli ktoś marzył kiedyś o wyprawie na inną planetę, to polecam Indie. Całe szczęście Nowy Mumbaj, na tle wielu miejsc w Indiach, jest dosyć czystym, zadbanym i zorganizowanym miejscem (jak na Indie). To nowa część miasta, położona na wschód, do której dojeżdża się dłuuugim mostem nad zatoką. Jest to miasto planowane i młode, są więc powszechne chodniki, szerokie drogi i naprawdę jak się przyjrzeć widać podobieństwo do miast europejskich. Po nocnym szoku zobaczyłam więc trochę lepszą stronę Indii i jakoś tak nabrałam bardziej pozytywnej opinii. Stwierdziłam, że tragedii jednak nie ma, ruszajmy więc dalej.

Żeby sprzedawać nie potrzeba sklepu. Wystarczy kawałek chodnika lub ulicy. Swoją drogą ta księgarnia pod gołym niebem ze zdjęcia po prawej ma różne ciekawe pozycje. Prawie zawsze coś tam kupię. Można też zakupić pirackie kopie znanych książek drukowane lekko krzywo z dziwnymi okładkami, ale w środku normalny, oryginalny tekst. Oryginalne książki też mają.


Otwarty ściek w środku miasta to nic nadzwyczajnego. Bombay smell to wizytówka wielu miejsc w tym mieście. Smród płynących fekaliów i innych nieczystości roznosi się nad różnymi częściami Mumbaju. Weszłam na mostek ponad ściekiem i myślałam, że padnę trupem. To był najbardziej odrażający zapach w moim życiu - otwarte szambo. 









W Mumbaju spędziliśmy wtedy 4 dni. Zaliczyłam przejażdżkę słynną mumbajską kolejką podmiejską w drugiej klasie w przedziale ogólnym. Żałuję, że nigdy tych podróży nie uwieczniłam, bo to wszystko co pokazują w telewizji z wiszącymi za drzwiami ludźmi to prawda, a na żywo będąc tam w środku wrażenia są jedyne w swoim rodzaju. Tłumy w tym mieście są po prostu nie do opisania. Wszędzie dookoła ciągle ludzie. Każdy gdzieś zmierza, spieszy się, toruje sobie drogę łokciami. Zobaczyłam niewyobrażalną biedę, ludzi ulicy. Zaczepiona zostałam przez niezliczonych żebraków i ciągnęły mnie za ubranie bezdomne dzieci. Widziałam ohydne, odrażające slumsy i ludzi kucających z gołą pupą wzdłuż linii kolejowej, w celu załatwienia swoich potrzeb. Zawsze jednak czułam zażenowanie robiąc zdjęcia tej biedy. Niczym osoba szukająca taniej sensacji z ubóstwa innych ludzi i tak naprawdę unikałam tego, stąd brak fotek naprawdę sensacyjnie ohydnych miejsc. Byłam też w nowoczesnych centrach handlowych, we współczesnych przybytkach typu Hard Rock Cafe, widziałam znane punkty miasta i ładniejsze, reprezentacyjne dzielnice. Próbowałam swoich pierwszych indyjskich dań w fajnych i mniej fajnych restauracjach i choć było ostro, to do zniesienia, za to nie mogłam przełknąć świeżej kolendry dodawanej do wszystkiego. Uczyłam się jeść prawą ręką oraz tego jak się zachowywać. Bacznie obserwowałam co i jak robią inni i ciągle się dziwiłam, dlaczego? Pokochałam bezgraniczną miłością sok z trzciny cukrowej oraz inne świeże soki z ulicy. Byłam wiecznie spragniona i pochłaniałam hektolitry wody i soków. Byłam skonsternowana indyjską łazienką i ubikacją, a także indyjską wersją języka angielskiego. Czułam się tym miastem zmaltretowana, przeżuta, wyprana z siebie, a jednocześnie jednak fascynowało mnie ono i nie mogłam oderwać wzroku. 

Tak naprawdę, jestem osobą czasem żądną przygód, która uwielbia ładować się w dziwne miejsca. Już pierwszy dzień w Indiach zaspokoił te moje żądze. Do dziś też mam wrażenie, że nawet zwykły dzień potrafi być przygodą. Nie zawsze jednak są to przygody pozytywne... Indie wystawiają człowieka na wiele prób. Wiem, że zabrzmi to może dziwnie, albo też może pompatycznie, ale w Indiach wielokrotnie ma się poczucie, że żyje się bardziej, przeżywa mocniej. Wszystko jest jakby bardziej namacalne, życie i śmierć, radość i nieszczęścia, bieda i bogactwo. Teraz już, po upływie czasu nie czuję tego tak jak na początku, lecz tych pierwszych wrażeń nie zapomnę nigdy. 

Lepsza ulica w centrum miasta.
Brama Indii i jedna z moich lepszych fotek. Przez pierwsze dni w Indiach wyglądałam tragicznie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...