11 lipca 2014

Monsunowa chandra

Niebo dzień w dzień zasnute jest czarnymi chmurami.

























Dopadła mnie monsunowa chandra :/ Wszystko i wszyscy dookoła mnie denerwują. Nawet teraz siedząc i pisząc, czuję że to droga przez mękę. Jako osoba o skłonnościach do depresji i bardzo zmiennych nastrojach po prostu nie mogę znieść tego typu pogody. Ujawnia ona wszystkie moje najgorsze cechy. A może pogoda to tylko moja wymówka.

Czarne chmury codziennie wiszą nisko na niebie. Jest mrocznie, jak w Polsce późną jesienią. Przejaśnienia są bardzo sporadyczne, a od kilku dni ich brak. W dniu wczorajszym padało niemal nieprzerwanie od rana do nocy, dziś też od rana pada. Co prawda monsun w tym roku jest bardzo skąpy. Normalnie ściany deszczu są w tych rejonach Indii od początku czerwca. Owszem popadywało, ale w sumie nic więcej. Dopiero lipiec pokazał gorsze oblicze. Obecnie jest po prostu obleśnie. Wilgotno i wcale nie ciepło. Chociaż podobno jest w okolicach 25 stopni, to wcale tego nie czuć. Choć być może akurat mi jest zimno do szpiku kości przez gorączkę.

Niestety od powrotu z Coorg nie czułam się najlepiej. Pierwsze objawy przeziębienia. W górach było okropnie zimno i wilgotno. Non stop też padało. Wprawdzie siedziałam okutana w kilka warstw, ale buty miałam liche i wymarzłam od stóp. Zwłaszcza, że dla Indusów zimna pogoda to fantastyczna pogoda, po prostu genialna i super przyjemna. Siedzieliśmy więc w tej wilgoci i tylko słyszę "fantastic", "pleasant weather". Wrr... Już wracając w niedzielę czułam, że mam lekkie dreszcze. Dość niewyraźnie czułam się też następnego dnia. Pewnie by jednak samo minęło, gdybyśmy nie poszli w środę do kina. Dobiłam się tym całkowicie. W indyjskich kinach bowiem klima włączona jest wiecznie na full. Idzie zamarznąć. Pod koniec filmu myślałam, że zacznę chuchać w dłonie, jak zimą na mrozie. Ręce i nos jak sopel lodu, a miałam na sobie sweter! Choć taki słaby sweter, mogłam wziąć coś grubszego. Siedzę więc w domu i umieram. A za oknem takie widoki:





Jadąc przez miasto też wcale to lepiej nie wygląda. Tworzą się tymczasowe potoki. Całe szczęście miastu nie grozi powódź, gdyż wszystko spływa od razu do morza (czy gdzieś tam). Mangalore jest w wielu rejonach bardzo górzyste i powodzi nigdy nie było.





Pranie nie chce schnąć. Wisi i wisi nadal wilgotne. Choć i tak jest o niebo lepiej niż było u teściowej w domu. Jako że dom jest bardzo stary, posiada ściany które chłoną wilgoć, sporo w nim drewna, a dookoła drzewa i krzewy to obleśność monsunu okazuje się tam w całej okazałości. W powietrzu czuć zapach grzyba. Ubrania w szafach pokrywają się grzybem!! A jak mąż przyleciał do Polski rok temu w porze monsunowej, to wszystkie ubrania musiały być od razu wyprane, tak cuchnęły stęchlizną. Nie mówiąc już o tym, że po powrocie z Polski łóżko było po prostu mokre, gdyż zebrało wilgoć w powietrza...

Reklamy na mieście też nie pozwalają zapomnieć o tym jaką mamy porę roku.




Oprócz płaszczy przeciwdeszczowych warto też zaopatrzyć się w odpowiednie obuwie. A jakie obuwie jest najlepsze na deszcze i tymczasowe potoki na ulicy? Oczywiście gumiaki! Ale za to jakie. Oprócz kaloszy, mamy w Indiach całą rewię mody gumowych butów, balerinek, sandałków i klapek. Do wyboru do koloru, a zwłaszcza do koloru gdyż sprzedawane są w każdym kolorze tęczy. W przeciwieństwie do Polski, deszcz i kałuże są w sumie dość ciepłe, więc nawet jak stopa wleci do wody, to nie ma jakiegoś strasznego szoku termicznego. 


Przy takim wyborze, moje gumowe balerinki wypadają blado. Kolor szary przezroczysty oraz beżowy matowy. Wieje nudą... Za to są bardzo praktyczne i wygodne. Plastik jest mięciutki i gumowo-sprężysty. Butki nie muszą w zasadzie schnąć, a jak się ubrudzą wystarczy opłukać w kranie. Trochę gorzej z czyszczeniem wersji matowej. 

Swój pierwszy indyjski monsun zaliczyłam w 2010 roku, gdy przyleciałam akurat 29 czerwca do Mumbaju, czyli w samo epicentrum deszczu. Mumbaj zalewany jest miejscami co roku. Tak też było następnego dnia po przylocie. Naprzeciwko super dużego centrum handlowego płynęły potoki. Chociaż podwiozła nas samochodem ciotka, to jednak pewien kawałek musiałam przebrnąć idąc w potoku do połowy łydki. Nowe balerinki, kupione specjalnie na Indie rozpadły się następnego dnia :) Więc w mocno deszczowych regionach gumiaki to jest to!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...