26 lipca 2014

Bangalore Days - Mój pierwszy film Mollywood

Mollywood - to nazwka kina południowoindyjskiego w języku malayalam, czyli języku stanu Kerala.


Lokalne kino w Ernakulam - Kerala. 


Póki co największymi ikonami i gwiazdami wszech czasów tego kina są Mohanlal i Mammootty. Dla nas europejczyków, taki heros w filmie jest co najmniej dziwny, a nawet śmieszny!! Starszy wujek z gęstym wąsem, wydatnym brzuchem. Myślimy sobie - tragedia, co to ma być?! Ale tak już właśnie jest. Mówiąc o kinie Mollywood trzeba więc zacząć od tych panów. 



Mohanlal jest najpopularniejszym Keralczykiem wszech czasów. Po lewej plakat z ostatniego filmu, w którym zagrał: Drishyam z 2013 roku. Film ten bił w zeszłym roku rekordy popularności i był do pewnego czasu najbardziej kasowym filmem z Kerali. Póki co nie oglądałam, ale może się skuszę ;)


Mammootty jest równie znany, a jego syn Dulquer Salmaan jest jednym z trójki głównych aktorów w filmie Bangalore Days (jako aktor najsłabszy z całego tria). 



Bangalore Days - najnowszy hit w Kerali i pozostałych południowoindyjskich stanach, to mój pierwszy obejrzany w całości film Mollywood :D

Co w nim jest takiego szczególnego?? Przede wszystkim to pierwszy film malayalam wyświetlany w indyjskich kinach z angielskimi napisami! Myślę, że sam ten fakt przyczynił się do ogromnego sukcesu finansowego. Film bowiem pobił w pierwszym tygodniu od premiery finansowy rekord wszech czasów kina Mollywood. Filmy z Kerali są w lokalnych kinach grane na okrągło, a w mieście przygranicznym jak Mangalore, nawet szyldy na ulicach są pisane zarówno w kannada, jak i w malayalam. Jednakże to wcale nie znaczy, że ludzie znają ten język. Mój mąż oprócz kilku zwrotów nie zna ani trochę. Dotychczas więc filmy malayalam były oglądane tylko przez ludzi z Kerali. Bangalore Days wyświetlany był w multipleksach nieustannie przez 8 tygodni i dopiero 2 dni temu zszedł z ekranów. W małych lokalnych kinach będzie jeszcze z pewnością długo dostępny. My wybraliśmy się na niego dobre kilka tygodni po premierze, a sala była prawie pełna. Prawdę powiedziawszy nie miałam pojęcia o tym, że film ma napisy i dowiedziałam się o tym przez przypadek. Dopiero wtedy podjęta została decyzja by iść. Ciężko jest oglądać indyjskie filmy w kinie, gdy nic się nie rozumie. 


Film trwa prawie 3 godziny, ale o dziwo wcale się nie dłuży. Jest to typowa komedia romantyczna i w sumie film pod względem treści nie jest w żaden sposób przełomowy, a historia jest dość prosta. Mamy trójkę kuzynów z Kerali, którzy przeprowadzają się do Bangalore - stolicy stanu Karnataka. Każdy przeżywa swoje perypetie. Miasto pokazane jest oczywiście z perspektywy bogatszej klasy średniej. Jest śmiesznie, jest poważnie a nawet dramatycznie. 


Co mi osobiście bardzo się spodobało, to że film osadzony jest w znanej mi, lokalnej kulturze. Niby szczegóły, ale jednak! - zwłaszcza, gdy się tutaj mieszka już dłuższy czas. Mamy więc facetów latających w lungi (zwanych też tutaj mundu), są keralskie domy z nadumuttam, czyli z otwartą przestrzenią wewnątrz domu, są też sceny z ulic Bangalore, w dialogu jest wymienione miasto Mangalore, lub chociażby bohater który przychodzi z mlekiem firmy Nandini, które jest produkowane dla Karnataki. Niby drobnostki, ale cieszą.

Główna bohaterka, grana przez Nariyę Nazim, jest przepiękna. Tak, tak! W Indiach aktorka może grać słabiej, ale musi być piękna, brzydsze postaci nie przejdą. Dwaj główni bohaterowie męscy wypadają przy niej blado. 

Bardzo ciekawy był wątek aranżowanego małżeństwa, jak do niego dochodzi, oraz co się dzieje po takim ślubie, gdy małżonkowie są niedobrani, albo nie byli gotowi. Takie filmowe momenty pozwalają zajrzeć w głąb indyjskiego społeczeństwa, ich zwyczajów oraz mentalności. Ja bym w życiu nie zachowywała się tak jak bohaterka, ale w Indiach prezentowane przez nią zachowania to standard. 

Ciekawą sprawą jest jedna z piosenek z filmu, ponieważ jest niemal idealną kopią Summer of 69 Bryan'a Adams'a. Prawa autorskie??? Kto by się przejmował! Lepiej przecież wyjść z założenia, że nikt się nie dowie o skopiowaniu piosenki w jakichś odległych Indiach, a tym bardziej że to nie jest film w hindi, a w jakimś nikomu nie znanym języku malayalam. 

Piosenka o Bangalore:

Swoją drogą, piosenki w filmie są bardzo znośne. Nie ma typowych dyskotekowych układów tanecznych. Jedyna piosenka z układem jest podczas sceny w dniu ślubu. Reszta utworów wplata się bardziej w akcje. 

Podsumowując film jednym słowem, można powiedzieć że jest uroczy. W wielu momentach naiwny, jak to indyjskie filmy, ale w wielu innych miejscach, nawet nie aż tak bardzo. Na pewno nie jestem obiektywna, ponieważ nauczyłam się lubić indyjską kinematografię mainstreamową. Osoby mające awersję na bollywood itp. raczej nie powinny oglądać. Ja po obejrzeniu dziesiątek, lub nawet setek bollywoodów, zaliczeniu Tollywood (filmy w języku telugu) oraz Kollywood (filmy w języku tamilskim) zaakceptowałam w większości tą inną specyfikę filmów z Indii i produkcja w stylu Bangalore Days bardzo mi się spodobała. 

Dlaczego jednak warto oglądać filmy indyjskie? Przede wszystkim można dzięki temu zrozumieć w jakiś sposób mentalność Indusów. Ja sama wielokrotnie czułam, że tych ludzi po prostu nie ogarniam, nie rozumiem. W akcji wielu filmów, zwłaszcza tych bardziej obyczajowych zawsze jednak coś się wkradnie. Jakieś inne zachowanie, elementy innej mentalności, lub inna logika postępowania bohatera w danej sytuacji. Przewija też się wiele zwyczajów, festiwali i obchodów świąt indyjskich. Można zaobserwować różne gesty, chociażby często się powtarzający gest dotykania stóp, ale też wiele innych. Jeżeli z jakiegoś powodu chcemy trochę nasiąknąć tą mentalnością, albo chociaż pooglądać ją z bezpiecznego dystansu, na ekranie, to warto. Pominęłabym tutaj jednak wszelkie filmy akcji, które są po prostu filmami pełnymi efektów specjalnych, przemocy, wybuchów, eksplozji i głupich, albo żenujących gagów.  

Oczywiście film to nie życie, a w kinematografii indyjskiej jest to właśnie główna idea - oderwanie filmu od rzeczywistości. W przeciwieństwie do ludzi zachodu, którzy w filmie doszukują się logiki i jeżeli akcja filmu nie zgadza się co do faktów, mieszają taką produkcję z błotem. To jest chyba najczęstsze oskarżenie: "fakty w filmie się nie zgadzają", po czym następuje cała litania i wymienianie błędów logicznych. Kino indyjskie bazuje na emocjach, kosztem faktów i logicznych wytłumaczeń. Kino to fantazja, a nie fakt. Jednakże Bangalore Days nie jest jakoś kolosalnie odlegle oderwane od rzeczywistości, więc myślę że może się spodobać. 

Jeśli ktoś ma ochotę na kino południowych Indii, które będzie znośne do obejrzenia, to polecam. 

2 komentarze:

  1. Ja podczas pobytu w Chennai byłam świadkiem kręcenia filmu w centrum handlowym - grupa chłopaków tańczyła układ, ale robili to chyba ponad godzinę, bo główny gwiazdor mylił się non-stop i trzeba było zaczynać wszystko od początku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Suuuper :D Ciekawe jaki film i kto był gwiazdorem? Pewnie to był tamilski film. Oni mają największy przemysł filmowy na południu Indii z główną siedzibą w Chennai.

      Usuń

Dziękuję za Wasze komentarze

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...